Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Telemark po warszawsku

Bartosz Klimas 01-01-2016, ostatnia aktualizacja 01-01-2016 11:34

Od końca lat 50. stolica była celem letnich wizyt narciarzy 
– miejscowa skocznia jako pierwsza w kraju była pokryta igelitem.

Skocznię narciarską przy ulicy Czerniakowskiej oddano do użytku we wrześniu 1959 r.
autor: Zbyszko Siemaszko
źródło: nac
Skocznię narciarską przy ulicy Czerniakowskiej oddano do użytku we wrześniu 1959 r.

19 kwietnia 2005 roku łódzki performer Cezary Bodzianowski pojawił się pod skocznią na warszawskiej skarpie. W jasnym płaszczu, z ciemną teczką i nartami pod pachą. Wdrapał się na rozbieg, zrzucił z niego narty, z którymi pojechał następnie do galerii Zachęta. Tak wyglądał ostatni skok z mokotowskiego rozbiegu – kilka lat później konstrukcja została rozebrana. Dobiegła końca historia, która rozpoczęła się pół wieku wcześniej.

Budowa skoczni przy ulicy Czerniowieckiej ruszyła w 1955 roku. Z początku pośpiech był szalony – miała być gotowa na sierpniowy V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów i stać się kolejną z atrakcji, obok dopiero co powstałych: Pałacu Kultury i Stadionu Dziesięciolecia. Jednak kiedy okazało się, że nie ma szans na ukończenie roboty na czas, jej tempo gwałtownie spadło.

Budowa „ciągnęła się latami przy zaniżonych skandalicznie kosztorysach. Każdy bał się jej dotknąć, wietrząc wcześniej czy później prokuratorską interwencję" – komentowali po latach członkowie Warszawskiego Klubu Narciarskiego, autorzy opracowania „50 lat narciarstwa warszawskiego 1923–1973".

Dodatkowo wystąpiły problemy natury geologicznej, w efekcie obiekt oddano do użytku dopiero we wrześniu 1959 roku. Uroczyste otwarcie uświetnił konkurs z udziałem kadry narodowej. Skakał m.in. Zdzisław Hryniewiecki, ówczesny mistrz Polski (to był jeden z jego ostatnich występów – kilka miesięcy później upadek na skoczni w Wiśle przerwał jego krótką karierę, resztę życia spędził na wózku). Jeżeli więc kiedykolwiek skoki w Warszawie miał oglądać komplet 7 tysięcy widzów, to chyba właśnie wtedy.

Była to pierwsza w Polsce skocznia pokryta igelitem – drogie maty przywieziono z NRD. Wtedy był to ewenement na skalę światową, bo takich obiektów było zaledwie około 20. To dało członkom WKN widoki na rozwój nieuprawianej dotąd w stolicy konkurencji (klub zaopiekował się obiektem w nadziei na znalezienie długo wyczekiwanego lokum). Wkrótce potem młodzi skoczkowie ze stołecznej szkółki narciarskiej zaczęli brać udział w krajowych zawodach.

Krótka chwila chwały

Z początku obiekt wykorzystywany był jedynie latem, ponieważ nie opracowano jeszcze sposobu utrzymania śniegu na śliskiej powierzchni igelitu. Na letnie obozy do Warszawy przyjeżdżali więc skoczkowie z ośrodków zimowych – skakali między innymi: Wojciech Fortuna, Stanisław Pawlusiak – wicemistrz świata z Zakopanego z 1962 roku, Antoni Łaciak – oficjalny rekordzista obiektu (40,5 m), i Janusz Duda (mistrz Polski z 1983 roku). Ten ostatni, jak się uważa, wylądował najdalej w historii warszawskich skoków – na 48. metrze.

W 1971 roku rozegrano tu jeszcze konkurs zaliczany do międzynarodowego Turnieju Trzech Skoczni (Warszawa, Praga, Budapeszt), jednak był to początek końca. Wkrótce igelitem pokryto mniejsze skocznie w Zakopanem ze Średnią Krokwią na czele oraz małe skoczne w Wiśle i Szczyrku, więc warszawski obiekt stracił na znaczeniu. W latach 80. właściwie nie był już używany. Ostatnie zawody odbyły się w 1989 roku. A raczej mikrozawody, gdyż wzięło w nich udział ośmiu skoczków.

Konstrukcja zaczęła niszczeć i w połowie lat 90. rozpoczęła się jej powolna rozbiórka, która dobiegła końca w ostatnich latach.

Agrykola, 
Bielany, Otwock

Skarpa nie była pierwszą skocznią narciarską w Warszawie. Wcześniej skoczkowie korzystali z niewielkiego terenowego obiektu na Agrykoli. W 1957 roku, kiedy konstruktorzy wciąż zmagali się z budową nowej skoczni, odbyły się tu mistrzostwa świata studentów. Podczas tych, najpewniej ostatnich, zawodów na Agrykoli zakopiańczyk Władysław Gąsienica-Roj ustanowił rekord obiektu – 25 metrów. Później skocznia służyła jeszcze jako zimowe uzupełnienie letniego igelitu na skarpie, następnie pozostawiono ją amatorom, aż w końcu musiała ustąpić pola odbudowywanemu Zamkowi Ujazdowskiemu.

Jeszcze słabiej udokumentowane są przedwojenne wyczyny na małej, 10-metrowej skoczni terenowej w Lesie Bielańskim (okolice AWF) oraz loty w Otwocku. Drewniana skocznia w podmiejskim uzdrowisku powstała w jednym z najwyższych punktów miasta – na zalesionej wydmie Meran, w rejonie ulic Reymonta i Tatrzańskiej.

Wygląda na to, że przedwojenny IX Warszawski Okręgowy Związek Narciarski nie miał zbyt wiele pracy, chociaż obejmował znaczny obszar – na jego terenie znalazły się nawet skocznie w Lublinie (budowa rozpoczęła się w początkach 1927 roku) i w Kielcach (jej fotografia ukazała się tygodniku „Stadjon" w roku 1931). Obie zbudowano z nadzieją na popularyzację skoków, które istotnie zyskiwały na znaczeniu – coraz częściej pisały o nich wspomniany „Stadjon" oraz „Przegląd Sportowy", wiele uwagi poświęcano im także w roczniku PZN „Narciarstwo Polskie". Skoczkowie byli na rozbiegu i nic już nie mogło ich powstrzymać.

Warszawscy narciarze też trenowali, chociaż zdarzało się, że było bardzo pod górkę – jak wtedy, gdy w połowie lat 20. udali się do magistratu, by przedłożyć prośbę o zniżkę na przewóz nart w stołecznych tramwajach. „Wzięliśmy ze sobą narty, które, przedstawiając naszą prośbę, pokazaliśmy kompetentnemu naczelnikowi" – wspominał jeden z działaczy WKN. Jednak urzędnicy byli nieufni – obawiali się, że osobliwi petenci dokręcą do prezentowanych desek kółka, co spowoduje, że w tramwaju sprzęt zajmie znacznie więcej miejsca. Z opowieści nie wynika jasno, czy zniżkę przyznano.

Rzeczpospolita