Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

"Anoda": Zniszczyć legendę AK

Dariusz Baliszewski 10-06-2017, ostatnia aktualizacja 10-06-2017 08:11

Plan UB był wyjątkowo perfidny. Zakładał aresztowanie Jana Rodowicza „Anody", by zniszczyć jego sławę, obciążając go podejrzeniem o zdradę i kolaborację.

Jan Rodowicz (pierwszy z prawej) z przyjaciółmi. Czasy okupacji, prawdopodobnie 1943 r.
źródło: IPN
Jan Rodowicz (pierwszy z prawej) z przyjaciółmi. Czasy okupacji, prawdopodobnie 1943 r.
Jan Rodowicz „Anoda”, żołnierz Szarych Szeregów i AK oraz Delegatury Sił Zbrojnych.
źródło: IPN
Jan Rodowicz „Anoda”, żołnierz Szarych Szeregów i AK oraz Delegatury Sił Zbrojnych.
Z narzeczoną Alicją Arens, ok. 1946 r.
źródło: IPN
Z narzeczoną Alicją Arens, ok. 1946 r.

Był 10 lutego 1996 r., godzina 12. Warszawa, ulica Spacerowa. Normalnie nigdy tego nie robiłem, jednak tym razem zatrzymałem ekipę telewizyjną przed drzwiami mieszkania. – Panowie – mówię – będziemy za chwilę nagrywali Wiktora Herera, ubeckiego pułkownika. Dzisiaj jest już profesorem Wyższej Szkoły Handlowej i zasłużonym działaczem Solidarności. Ale to on w 1948 r. aresztował Janka Rodowicza „Anodę" i to on go zabił, bez względu na to, jak naprawdę zginął „Anoda". Dlatego proszę, panowie, żadnych komentarzy, żadnych gestów, żadnych nieprzyjaznych manifestacji. Jeżeli będzie chciał się przywitać i podać rękę, to podajemy rękę jakby nigdy nic, bez spluwania przy tym na podłogę. No dobra. To tyle, dzwonimy...

Wiktor Herer otwiera drzwi, ale widząc ekipę telewizyjną, cofa swoją wcześniejszą telefoniczną zgodę na nagranie. – Czy możemy chociaż sobie porozmawiać? – pytam. – No dobrze – zgadza się Herer z wyraźnym wahaniem w głosie. – Ale bez kamery! – Oczywiście, bez kamery – mówi Ignaś, operator, po czym niedbale odkłada kamerę gdzieś na krzesło czy fotel, gdzie jej nawet nie widać. Przyjaciele z ekipy, z którymi pracuję od wielu lat, są już tak znakomicie przygotowani na podobne niespodzianki, że żaden – ani Tadeusz od dźwięku, ani Stefan od światła – nawet w tę stronę nie spojrzał. Każdy z nas (oczywiście oprócz Herera) wie, że kamera pracuje i nagranie już trwa. Najważniejsze nagranie w dochodzeniu prawdy o ostatnich dniach Janka Rodowicza. Rozmowa z jego oprawcą.

Aresztowanie „Anody"

– Czy pan pamięta – pytam – dlaczego został aresztowany „Anoda"? – Wie pan, coś się mówiło o broni, którą oni ukryli po powstaniu, ale dokładnie już nie pamiętam – odpowiada, starając się sprawić wrażenie, że głośno myśli. Już po tym pytaniu wiem, że nie będzie łatwo. Każdy, kto badał tragiczną historię Janka Rodowicza, zna dokument z 15 listopada 1948 r., w którym podejrzany Wacław Gluth-Nowowiejski, przesłuchiwany przez oficera Urzędu Bezpieczeństwa, mówi, że Jan Rodowicz, student III roku architektury Politechniki Warszawskiej, w rozmowie z nim wyraził chęć przyjęcia szmajsera. A charakteryzując „Anodę", dodaje: „Rodowicz Jan, lat 25, porucznik AK. Przed wojną był w 23. drużynie harcerskiej. Kończył gimnazjum im. Stefana Batorego. Zaraz po wybuchu wojny związał się z podziemnym ruchem harcerskim. Pracował w Szarych Szeregach, małym sabotażu, dużej dywersji, a w czasie powstania walczył w szeregach »Zośki«. Dosłużył się stopnia porucznika. Dwukrotnie ranny. Jeden z najstarszych »zośkowców«. Duży indywidualista, zdolności wodzowskie, bardzo inteligentny, bardzo lubiany, dobry kolega, humorysta, energiczny (...) do dzisiejszego ustroju nastawiony raczej negatywnie".

Trudno powiedzieć, dlaczego Gluth-Nowowiejski, żołnierz Zgrupowania „Żmija", dzielny i zasłużony dowódca drużyny na powstańczym Żoliborzu, a po wojnie wieloletni więzień UB, ujawnia ubekom nazwisko „Anody" i jego zainteresowanie bronią. Ale przecież ujawnia. – Bo widzi pan – kontynuuje Herer – sprawa aresztowania „Anody" była bardziej skomplikowana. 22 grudnia 1948 r. w Belwederze, gdzie zatrzymała się Zofia Dzierżyńska, nagle wybuchł w łazience kocioł. Dla wielu ludzi, także w moim Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, to mogło być sygnałem do rozprawy z całą polską inteligencją. Pan rozumie, zamach na Zofię Dzierżyńską.

Słucham, lecz nie wiem, po co on to opowiada i jaki to może mieć związek z „Anodą". Rzeczywiście wybuchł bojler w łazience Bieruta. Rzeczywiście UB natychmiast podjęło chyba najbardziej groteskowe śledztwo tamtych lat. Zatrzymano dziesiątki osób, a niektórzy do dzisiaj uważają, że aresztowano ponad 200 osób. Wszystkich, którzy mieli choćby najmniejszy kontakt z owym bojlerem. Zaopatrzeniowców, którzy znaleźli go gdzieś na Ziemiach Odzyskanych; tych, którzy przetransportowali go do Warszawy; tych, którzy go zainstalowali; tych, których nazwiska widniały na rachunkach i dokumentach handlowych całej sprawy. Dla MBP była to próba zamachu nie na Zofię Dzierżyńską, ale na prezydenta Bieruta. Choć wszyscy wiedzieli, że nie było żadnego zamachu, tylko po prostu awaria instalacji, to wyroki, jakie zapadły, nakładały kary dziesięciu lat więzienia dla inżynierów elektryków Antoniego Zycha, Mirosława Czajkowskiego i Józefa Grudzińskiego, pięciu lat dla majstra elektryka Stefana Olaska i sześciu lat dla zaopatrzeniowca Władysława Hocha. W więzieniu na Mokotowie, dokąd przez kilka tygodni zwożono rzekomych zamachowców, śpiewano wówczas balladę o Wąsowskim, napisaną przez jednego z zatrzymanych, poetę Tadeusza Porajskiego:

W samą wilię dwóch weszło i do Stacha podeszło.

Pan pozwoli, jesteśmy z UB,

W Belwederze wypadek, będziesz pan jako

świadek,

Wszystko potrwa godzinkę lub dwie.

Minął rok i półtora od owego wieczora,

Pan Wąsowski jak poszedł, tak znikł.

Młoda żonka się smuci, kiedy wreszcie powróci

Do swej żonki, do dziatek swych.

– No dobrze – decyduję się jednak zapytać – ale co to ma wspólnego z „Anodą"? To prawda, również został aresztowany w Wigilię 1948 r., ale to wszystko. Z wybuchem w Belwederze nie miał nic wspólnego. – A pan myśli, że ci inni aresztowani mieli? – uśmiecha się Herer. Ludzie z UB kojarzyli prosto: zamach, politechnika, Rodowicz. Żeby więc uratować „Anodę", najprościej było go aresztować. Pan rozumie? Nie Departament Śledczy Różańskiego, nie ludzie gotowi aresztować i na rozkaz zabić własną matkę, tylko my, Departament V, który w ogóle żadnych aresztowań nie dokonywał, który zajmował się sprawami studentów, nauką i kulturą... – To znaczy – pytam – chcieliście ocalić Rodowicza przed nieuchronnym aresztowaniem? Nie było więc żadnej sprawy „Anody", nie było też żadnej teczki „Anody"? Wyście go nie śledzili? – Ależ skąd – wręcz protestuje Herer. – Żadnej agentury w środowisku „Zośki", żadnej agentury przy „Anodzie". Jakieś tam donosy z politechniki, jakieś tam nieważne sprawy. Nawet ta sprawa broni, którą oni ukryli po powstaniu. Myśmy o tym wiedzieli, ale myśmy tego nie ruszali, bo to nie było groźne.

Oczywiście mam pewność, że Herer kłamie w żywe oczy. Historia wie co najmniej o dwóch agentach zwerbowanych przez UB w samym sercu „Zośki". Jeden to Donat Czerewacz, ps. Zaręba, późniejszy pułkownik ludowego Wojska Polskiego, wyjątkowo przebiegły i bezwzględny agent. Drugi to Adam Abramowicz, ps. Górnik. Obaj wiedzą o wszystkim, co się dzieje w „Zośce" i o wszystkim meldują. Wiedzą o tym, że „Zośka" się rozrasta, że się znakomicie organizuje. Że na dużą skalę realizowana jest akcja samopomocy, że „Anoda" z kolegami przeprowadza ekshumacje poległych i na Powązkach Wojskowych stawia brzozowe krzyże, budując dzisiejszą kwaterę Batalionu „Zośka". Wiedzą o archiwum, o akcji pisania wspomnień, do której „Anoda" namawia, a ściślej zmusza wszystkich, by legenda „Zośki" ich wszystkich przetrwała. UB to wszystko wie. Wiele razy zatrzymuje w tramwajach i autobusach „zośkowców" wracających z Powązek. Przecież cała Warszawa mówi o tych brzozowych krzyżach powstańczych. Wie też, że zwykli ludzie przyjeżdżają na politechnikę, by choćby z daleka zobaczyć legendarnego „Anodę", dowódcę sekcji butelek podczas akcji pod Arsenałem, bohatera powstania, bohatera wielu podziemnych akcji. Janek Rodowicz jest bez żadnej przesady sławą. Jeździ po ulicach Warszawy wielkim, ciężkim motorem Zündapp, w ubraniu przypominającym mundur, jak zawsze się uśmiecha i jak zawsze się wygłupia. Jego sława, co nie wszystkim się podoba, wyrasta ponad popularność „Zośki", „Rudego" czy „Alka", głównych bohaterów „Kamieni rzuconych na szaniec" Aleksandra Kamińskiego, najpopularniejszej polskiej książki pierwszych powojennych lat.

„Przyjacielskie" rozmowy i sfałszowane protokoły

To, że Herer kłamie, jest zrozumiałe i oczywiste. Pytaniem coraz natarczywiej cisnącym się na usta jest kwestia: po co? Przecież z punktu widzenia człowieka, który kazał aresztować „Anodę" i prowadził całe śledztwo, naturalne i logiczne byłoby teraz powiedzieć po prostu prawdę, to znaczy oskarżyć Rodowicza o działalność przeciwko ówczesnej władzy, o antykomunistyczną konspirację. Ale Herer dalej opowiada o prawie przyjacielskich rozmowach z „Anodą". Żadnych zarzutów, żadnych ubeckich przesłuchań, żadnych środków pozaprawnych – bicia, konwejerów czy pozbawiania snu. Żadnych karcerów – stójek nago w celi na mrozie z lejącą się z góry lodowatą wodą. Tylko długie, dwu-, trzygodzinne rozmowy. O sensie powstania warszawskiego, o bezsensie gromadzenia broni w nowej Polsce, o wątpliwej perspektywie III wojny światowej i o przeklętym losie polskiej młodzieży, która zamiast się włączyć w nurt przemian, zamiast budować własną przyszłość, nadal myśli w kategoriach wojny i walki.

– A ile było tych rozmów? – pytam. – Może cztery, może pięć. Niedużo. Rozmawialiśmy też o technikach jazdy na nartach – przypomina sobie Herer. Wie pan, myśmy się chyba polubili... – A inni, którzy go przesłuchiwali, też rozmawiali o wczasach w Zakopanem? – pytam. – Proszę pana – w odpowiedzi Herer wyraźnie waży każde słowo, by treść tego oświadczenia rozwiała wszelkie wątpliwości – nikt poza mną nie przesłuchiwał „Anody". Nikt! – podkreśla z naciskiem. – Jak pan to sobie wyobraża? To był mój zatrzymany i to była moja sprawa. Nie może być tak, żeby go dwóch przesłuchiwało.

Jest tak przekonujący, że gotów byłbym mu uwierzyć, lecz jak wówczas wyjaśnić obecność w aktach sprawy „Anody" kilku protokołów przesłuchań podpisanych przez por. Bolesława Cykałę i por. Bronisława Klejnę? Rodowicz ujawnia w nich nazwiska kolegów z „Zośki", podaje fakty dotyczące ukrycia broni, przygotowania tajnych radiostacji dla celów łączności konspiracyjnej. Jeśli przyjąć, że są prawdziwe, to „Anoda" najzwyczajniej sypie. Co więcej – jedzie z Klejną i Cykałą na miejsce ukrycia broni i pomaga ją wydobyć. Na wszystko to spisano stosowne protokoły podpisane przez Jana Rodowicza.

Co więc w tej sprawie jest prawdą? Czy „Anoda", legenda podziemnej Polski, mógł tak zwyczajnie, bez bicia, bez tortur, bez jakiegokolwiek przymusu, wydać ubekom kolegów, wydać ukrytą broń i zdradzić najtajniejsze plany konspiracji? Porucznik Bronisław Klejna, którego nazwisko widnieje w protokołach przesłuchań obok nazwiska Rodowicza, dzisiaj przysięga, że nigdy nikogo nie przesłuchiwał i nie uczestniczył w jakimkolwiek przesłuchaniu. Z zawodu był ślusarzem spawaczem. On by tego po prostu nie umiał robić. A w MBP sprawował jedynie funkcje pomocnicze, to znaczy prowadził centralną kartotekę agentów, głównie dozorców. – Czy pan mi uwierzy – zapytał mnie Klejna podczas rozmowy – ja byłem tak mało ważny, że nawet nie miałem telefonu w tej swojej kanciapie, gdzie trzymałem kartotekę. Oficer bezpieki bez telefonu. Czy pan mi uwierzy? Prawie płakał, opisując swój brak związków ze sprawą Rodowicza. – Ktoś podrobił moje pismo i podpis. Zresztą podrobił doskonale. Ale ja nie przesłuchiwałem „Anody" i nie pisałem żadnych protokołów. – A więc kto? – dopytywałem. – Nie wiem. Pewnie naczelnik. To znaczy Herer.

Wszystko wskazuje na to, że ktoś już w styczniu 1949 r. sfałszował dokumenty sprawy „Anody". Wyprodukował nieprawdziwe protokoły przesłuchań. W usta „Anody" włożył słowa, których ten nigdy nie powiedział. Ale jeśli tak, to po co miałby to robić? – Nie trzeba wierzyć we wszystko, co jest napisane – mówi w pewnym momencie Herer. – To wcale nie musi być tak, że to Janek Rodowicz wskazał nam miejsce ukrycia broni...

A więc nawet Herer to dzisiaj potwierdza. – Tylko pan rozmawiał wówczas z „Anodą"? – zwracam się do niego. – O nic go pan nie pytał? Tylko tak sobie rozmawialiście w pańskim gabinecie naczelnika IV Wydziału w Departamencie V MBP? Jeśli to prawda, to jak wyjaśnić, że 3 stycznia 1949 r., jedenaście dni po aresztowaniu „Anody", zaczynają się w Warszawie aresztowania żołnierzy „Zośki". Zatrzymani zostają Kozłowski, Szymanowski, Celiński, Wolski. 13 stycznia kolejni, kilkudziesięciu ludzi. Proszę mi powiedzieć, skąd braliście ich nazwiska i adresy? Już wiemy, że nie od „Anody". To od kogo? I czy jest możliwe, że za całą sprawą „Anody" stoi Departament Śledczy Różańskiego, któremu pan przekazuje wszystkie informacje? – Wie pan – odpowiada Herer – nie pamiętam, ale to bardzo prawdopodobne. To bardzo możliwe...

A więc powoli wszystko staje się jasne. Wiktor Herer, notabene awansowany 1 stycznia 1949 r. na naczelnika wydziału w MBP, zagrał z „Anodą" i ludźmi z „Zośki" w tę samą grę, którą Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zastosowało w sprawie CKW PPS. Najpierw jesienią 1948 r. Departament V, ten dobry departament Julii Brystigerowej od nauki i kultury, zatrzymał kilkunastu działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, m.in. Witolda Łaniewskiego, Zygmunta Zaborskiego, Stefana Jadczaka i Marię Korytowską, a na początku 1949 r. do akcji wkroczyła grupa specjalna ppłk. Henryka Piaseckiego, by w brutalnym, okrutnym śledztwie wykazać istnienie komórki wywiadowczej w Centralnym Komitecie Wykonawczym PPS.

– Słucham pana i coraz więcej rozumiem z tej historii – oznajmiam Hererowi. – Zastanawiam się tylko, co się stało 7 stycznia 1949 r. Dlaczego „Anoda" się zabił? Nie rozumiem. Czy pan to rozumie? – pytam. – Pan go aresztował, jak pan twierdzi, aby go uratować. Pan i tylko pan go przesłuchiwał. Przyjaźnie, życzliwie, bez jakichkolwiek środków przymusu. I nagle ten człowiek, który tyle razy ranny w powstaniu cudem zdołał ujść śmierci, teraz bez żadnego zrozumiałego powodu rzuca się z okna na pewną śmierć. Czy pan to rozumie?

Wiktor Herer przez dłuższą chwilę milczy. – Wie pan – mówi wreszcie – trzeba było znać „Anodę". Gdyby to nie była zima. A tu przypadek, okno otwarte. Może pomyślał: albo teraz, albo nigdy. Wie pan – znowu stara się sprawiać wrażenie, że głośno myśli – wie pan, każdy człowiek myśli o samobójstwie. Ale żadnego konkretnego powodu, dla którego „Anoda" się zabił, ja nie znam. Musiał przeżywać jakieś załamanie psychiczne...

I tak miało zostać. Bez wyjaśnienia. Wielkie pytanie historii o śmierć Janka Rodowicza. Niezrozumiałą, zupełnie niepasującą do jego sylwetki psychologicznej, do jego wiary i przekonań. Jak mówią po blisko 70 latach jego przyjaciele, „Anoda" mógł dać w pysk przesłuchującemu go ubekowi i to do niego pasowało, mógł w proteście w ogóle zamilknąć albo odmówić przyjmowania pokarmów. Ale skok z okna, samobójstwo? To się nie mieściło w jego filozofii. Trzeba było znać Janka. Dla niego to by była forma ucieczki, a „Anoda" nie uciekał.

Jak było naprawdę?

W naszej najnowszej historii jest wiele takich miejsc, które pozostają dla potomnych wyłącznie pytaniem. Odpowiedzi, co naprawdę się stało, nie udzieli już dzisiaj nikt. Milczą ofiary, a oprawcy kłamią. Badacz czy w ogóle ktoś szukający prawdy może jedynie zebrać wszystkie osiągalne jeszcze relacje, dostępne fakty oraz dokumenty i tak długo przymierzać, tak długo układać jak puzzle, aż zaczną do siebie przylegać i pasować. Jeśli już przyjąć taką metodę pracy w odniesieniu do tej historii, to w sprawie „Anody" prawda najpewniej przedstawiała się następująco:

W 1948 r. Polska kroczyła prostą drogą do stalinizmu. Na sierpniowym plenum PPR Bierut zarzucił Gomułce tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Ujmując najprościej, chodziło o politykę personalną partii wobec towarzyszy żydowskich. Gomułka, sekretarz generalny partii, usiłował się bronić: „Można wprawdzie i mnie czynić odpowiedzialnym za wysoki odsetek elementu żydowskiego w kierowniczym aparacie państwowym i partyjnym, lecz główna wina za wytworzony stan rzeczy spada przede wszystkim na towarzyszy żydowskich". W tym słynnym liście Gomułki do Stalina z grudnia 1948 r. pisał on także: „Mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że część towarzyszy żydowskich nie czuje się związana z narodem polskim". Tym Gomułka tłumaczył Stalinowi niepowodzenie partii w zdobyciu szerokiego społecznego poparcia. Sprawa była bardzo poważna. Do zjazdu zjednoczeniowego usunięto z PPR 29 tys. członków, podejrzanych o poglądy prawicowo-nacjonalistyczne. Z kolei z PPS usunięto 82 tys. osób. Warszawa kipiała od plotek. Mówiło się, że lada chwila rozpoczną się aresztowania akowców.

Wtajemniczeni wiedzieli, że jedynym, który nie zabrał głosu na sierpniowym plenum partii (lub nie został dopuszczony do głosu), był Stanisław Radkiewicz, członek Biura Politycznego i minister bezpieczeństwa publicznego. Tylko nieliczni wiedzieli, że w tych dniach partia rozpoczęła śledztwo mające ustalić, w jaki sposób towarzysz Radkiewicz opuścił więzienie w 1933 r. Gdyby się okazało, że złożył na ręce naczelnika więzienia deklarację o zaprzestaniu działalności komunistycznej i dzięki temu wyszedł na wolność... Radkiewicz naturalnie kategorycznie zaprzeczał, ale to mogło nie wystarczyć. I wtedy pojawił się plan, żeby UB uderzyło w środowisko Batalionu „Zośka". Plan wyjątkowo perfidny. Zakładał bowiem aresztowanie „Anody", człowieka legendy, po to, by zniszczyć jego sławę i dobre imię, by obciążyć go podejrzeniem zdrady, słabości i kolaboracji.

Jak się wydaje, „Anody" rzeczywiście nie przesłuchiwano. Nie było potrzeby. Urząd Bezpieczeństwa wszystko wiedział. Najpewniej te znane historii „protokoły" pisano już po śmierci Janka Rodowicza. Jego śmierć prawdopodobnie również zaplanowano jako niezbędne ogniwo całej intrygi. Żywy „Anoda" nigdy by się do niczego nie przyznał w sali sądowej i nigdy by niczego ubekom nie potwierdził. Musiał zginąć, by martwe ciało oprawcy mogli wypchnąć przez okno, pozorując samobójstwo.

Miesiąc później, 10 lutego 1949 r., cudownie ocalony przed spodziewaną dymisją minister Stanisław Radkiewicz mógł znowu z trybuny sejmowej oznajmić: „Nasz aparat bezpieczeństwa publicznego działa coraz sprawniej i skutecznie zwalcza wrogów Polski Ludowej. (...) W Polsce Ludowej nikomu nie wolno przeszkadzać narodowi w jego trudzie, w jego marszu ku lepszej przyszłości. (...) Znalazła się jednak garstka takich, którzy w podstępny sposób wykorzystali wielkoduszność demokracji ludowej i wznowili dywersyjną robotę skierowaną przeciwko Polsce. Tą zbrodniczą grupą kierował Jan Mazurkiewicz, pseudonim Radosław".

I tylko jednego nie powiedział, być może wówczas nawet tego nie przeczuwając. Że ten tragiczny, uprzedmiotowiony przez nich, a następnie zamordowany „Anoda" po latach stanie się pierwszym polskim bohaterem swojego czasu. Że pisać będą o nim książki, kręcić filmy i programy telewizyjne i że jego imieniem zostanie nazwana nagroda dla „powstańców czasu pokoju", wręczana ludziom za wyjątkowe czyny.

– Bo wie pan, praca w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego to była szczególna praca – mówi Herer w pewnej chwili naszej rozmowy. – Cokolwiek by pan zrobił, czegokolwiek by pan dokonał, to nie liczyło się dla pana, ważne było tylko ministerstwo. I nikt nie wiedział, że – powiedzmy – zapobiegł pan zamachowi na prezydenta Bieruta czy rozpracował drugi WiN. Nikt o tym głośno nie mówił. W tym sensie każdy z nas był tylko szarym, anonimowym pracownikiem.

Czy mi się wydaje, czy słyszę żal w jego głosie?

"Rzeczpospolita"