Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Z czarnej strony na zieloną

Łukasz Majchrzyk 28-06-2011, ostatnia aktualizacja 30-06-2011 18:56

O powrocie do polskiej ligi, wyzwaniach, sentymencie do Polonii i zapale do gry w Legii.

Michał Żewłakow rozpoczynał pierwszoligową karierę w Polonii, teraz będzie grał w Legii.
autor: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa
Michał Żewłakow rozpoczynał pierwszoligową karierę w Polonii, teraz będzie grał w Legii.

Jak minęły pierwsze dni w nowej drużynie?

Michał Żewłakow: Bardzo sympatycznie. Od momentu, kiedy podpisałem kontrakt, czuję się, jakby mi odjęto dziesięć lat. Wróciła mi ochota do tego, by się męczyć i trenować.

Tak wyglądają spełniające się marzenia?

Kiedy grałem w Turcji, psychicznie się zmęczyłem i brakowało mi motywacji, bo ostatnie cztery miesiące to były nieustanne problemy i, brzydko powiem, męczenie konia. A tutaj znów mam wszystko, co dla piłkarza jest potrzebne od strony mentalnej. Jest fajny, młody zespół. Oprócz tego uczucie, że jadę na trening w swoim mieście, choć jest to jeszcze bardzo egzotyczne dla mnie, daje mi dużo satysfakcji.

Przez te kilkanaście lat dużo się zmieniło, oprócz stadionu?

Jeśli chodzi o personalia, organizację, na pewno zmieniło się na dobre. O tym, jak wygląda polska liga od środka, będę mógł opowiedzieć za kilka miesięcy, kiedy poznam drużynę i polskie realia.

Po co panu Legia na koniec kariery? Nie lepiej było wyjechać do Kataru i zarobić wielkie pieniądze?

Nie wiem... We mnie odezwało się małe, sportowe dziecko. Mam ochotę odnieść sukces. I nie ukrywam, że z Legią wiążę cele sportowe, które sobie postawiłem. Mam trzy mistrzostwa Grecji, mam dwa mistrzostwa Belgii, a mistrzostwa Polski nie mam, więc ten cel nasuwa się sam. A z drugiej strony Legia daje mi jeszcze okazję, żeby pograć na dobrym europejskim poziomie.

Kibice Legii dawno nie mieli swojego bohatera, ostatnim był chyba Artur Boruc, pański przyjaciel. Pan jako jeden z niewielu pochodzi z Warszawy, liczy pan na podobną sympatię?

Bohater to duże słowo, które wiąże się z wielkimi sukcesami. A ja chciałbym najpierw spłacić kredyt zaufania ze strony Legii, a potem zrobić coś sportowo spektakularnego, czyli zdobyć mistrzostwo Polski. Ostatni raz Legii się to udało w 2006 roku. Chciałbym coś po sobie pozostawić takiego, o czym kibice mogliby wspomnieć.

Podpisał pan kontrakt na rok, ale gdyby Legia zdobyła mistrzostwo Polski, to zagrałaby w kwalifikacjach Ligi Mistrzów...

O Lidze Mistrzów na razie nie myślę, chociaż fajnie byłoby, gdyby awansowała tam polska drużyna i to jeszcze taka, w której gram.

A chciałby pan zostać w Legii po zakończeniu kariery?

Jestem wychowankiem drugiej warszawskiej drużyny, przechodzę z czarnej strony Warszawy na zieloną. Tak mi się w życiu ułożyło, że to Polonia mnie przygotowała i wychowała jako piłkarza pierwszoligowego, więc gdziekolwiek będę grał, Polonii się nie wyprę, bo ten klub jest we mnie wpisany. Ale teraz gram w Legii i całe swoje serce będę oddawał temu klubowi.

Kiedyś pan mówił, że w wieku 35 lat trzeba kończyć karierę, ale ma nadzieję być wyjątkiem.

Patrząc na to, jakie Legia ostatnio robiła transfery, rzeczywiście jestem wyjątkiem. Samo to, że piłkarz w takim wieku może podpisać kontrakt z Legią, jest wyjątkowe. Powiedziałem tak, bo rzeczywiście jest niewielu piłkarzy, którzy w tym wieku grają lub grali na przyzwoitym poziomie, Paolo Maldini czy Edwin van der Sar. Mnie piłka ciągle cieszy, a po podpisaniu kontraktu dostałem wiatru w żagle. Ten sezon też mi odpowie na wiele pytań.

Gra na Zachodzie pomaga w utrzymaniu wysokiej formy na długie lata?

Grać na Zachodzie można różnie – w drużynie, która co roku awansuje i spada, albo w takiej, która walczy w pucharach. Wtedy sezon jest bardziej rozbudowany, mniej się trenuje, a więcej gra. Kształtuje się charakter i organizm. To daje przewagę, kiedy się gra co tydzień.

Ale jest jeszcze drugie niebezpieczeństwo polskiej ekstraklasy. Czasami trzeba pojechać do Bełchatowa czy Bielska-Białej, a pan przyzwyczaił się do gry z największymi.

Do Bełchatowa pojadę z przyjemnością, bo tam gra mój brat. Ale paradoksalnie takiego folkloru też mi brakowało. Kiedy się przegrywa i trzeba wracać trzysta kilometrów autokarem, to wtedy tworzy się drużyna. Grając w Olympiakosie nalatałem się samolotem i mam dosyć, więc chętnie wsiądę do autokaru.

A jak pana przyjęli Dickson Choto i Inaki Astiz?

Któryś z nich usiądzie pewnie na ławce. O tym, kto usiądzie na ławce, zadecyduje rywalizacja i zagrają najlepsi. To dwaj zawodnicy, którzy od dawna są w tej drużynie i trzeba będzie pokazać coś ekstra, żeby zabrać im miejsce. A jeśli chodzi o samo przyjęcie, to wszystko było jak trzeba.

Czego panu życzyć?

Żeby było tak, jak sobie wymarzyłem.

Życie Warszawy