Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Legia bez pomysłu wygrała z Lechem bez bramkarza

Piotr Żelazny 03-05-2015, ostatnia aktualizacja 03-05-2015 12:03

Puchar Polski: Legia z 17. trofeum. Zadecydował gol Marka Saganowskiego.

Przegrać z tak słabo i bez wyrazu grającą Legią było w sobotnie popołudnie dużą sztuką. A jednak Lechowi i Maciejowi Skorży to się udało. Niby zwycięzców się nie sądzi, ale o 17. Pucharze Polski dla Legii w dużej mierze zadecydowało szczęście.

Przełomowym momentem była 50. minuta spotkania, gdy po zamieszaniu, w polu karnym zawodnicy Lecha patrzyli jeden na drugiego, bramkarz Maciej Gostomski po raz kolejny w to popołudnie podjął decyzję niezrozumiałą dla nikogo na stadionie – łącznie pewnie z samym Gostomskim - a piłka trafiła do stojącego przed pustą bramką Marka Saganowskiego, który tylko dostawił stopę.

Jak się okazało był to decydujący gol. Jakże przy okazji symboliczny. Obrazował w tym samym stopniu politykę trenera Henninga Berga jak i sobotni mecz. Wszystkie gole w sobotę padły bowiem w przypadkowych sytuacjach, z niczego. Lech objął prowadzenie po samobójczym trafieniu Tomasza Jodłowca, który chwilę później wykorzystał koszmarny błąd Gostomskiego i doprowadził do remisu.

Puchar Legii zapewnił więc Saganowski – człowiek przez kibiców niewątpliwe szanowany i bardzo lubiany, ale który jest także kością niezgody wśród sympatyków Legii. Napastnik, który w każdym meczu walczy na całej długości i szerokości boiska, ale na gole zaangażowanie weterana się niespecjalnie przekłada. Saganowski w lidze strzelił tylko jedną bramkę – w sierpniu zeszłego roku przeciwko Koronie Kielce. Było to zresztą zarazem trafienie numer 100. w lidze 36-letniego napastnika.

A jednak trener Henning Berg zdecydowanie woli Saganowskiego od najlepszego strzelca drużyny – Orlando Sa, czego duża część kibiców Legii nie może szkoleniowcowi wybaczyć. Portugalczyk w finale nie znalazł się nawet w kadrze meczowej. Norweski szkoleniowiec powiedział przed spotkaniem jeszcze, że taka decyzja podyktowana była kontuzją zawodnika. Problem w tym, że pytany na okoliczność urazu Sa powiedział, że nic mu absolutnie nie dolega.

Wiadomo już, że po sezonie Orlando Sa odchodzi z warszawskiego klubu. Coraz natomiast głośniej o tym, że zdobywca Pucharu Polski przedłuży kontrakt z Saganowskim. Jakby nie patrzyć, po finale to jednak argumenty Norwega są nie wierzchu.

W pierwszej połowie Lech był zdecydowanie lepszym zespołem od Legii. Warszawianie przegrali walkę o środek pola, w którym panował Łukasz Trałka. Świetnie grał Kasper Hamalainen, który wyprowadzał ataki Lecha. No a dośrodkowania lewego obrońcy Kolejorza Barry'ego Douglasa są po prostu najwyższym doznaniem estetycznym.

Berg doskonale widział, że źle dobrał skład na finał i, że jego drużyna ma problemy. W 36. minucie przeprowadził zatem pierwszą zmianę. W miejsce Brazylijczyka Guilherme wprowadził Michała Żyro. Do tej pory prawa strona Legii po prostu nie istniała. Zarówno w defensywnie jak i ofensywie. Berg przeprowadzając zmianę dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy przyznał się więc do błędy taktycznego, ale z drugiej strony pokazał też, że potrafi szybko zareagować i wprowadzić korekty. Nawet kosztem swojego poczucia dumy (przecież wydawałoby się, że mógł poczekać do przerwy) przed 45 tysiącami kibiców.

Największym problemem Lecha było jednak to, że finał Pucharu Polski postanowili rozegrać bez bramkarza. Wyczyny Macieja Gostomskiego musiały przyprawiać poznańskich kibiców o palpitacje serca. Wychowanek szkółki w Szamotułach, który przez cztery lata nie był w stanie przebić się w Legii i nie zagrał w jej seniorach ani jednego spotkania, podejmował niemal wyłącznie złe decyzje. Gdy trzeba było zostać w bramce – wychodził. Gdy trzeba było wyjść, tkwił na linii. Jego nerwowość musiała się udzielać zresztą nie tylko kibicom, ale przede wszystkim kolegom z zespołu. Obie stracone przez poznaniaków bramki obciążają zresztą jego konto. I to mocno.

I gdy wydawało się, że pierwszy raz po Puchar sięgnie drużyna grająca bez bramkarza, Lech stracił drugiego gola i tym samym cały pomysł na mecz. Jako że Legia wielkiego planu też nie miała, to ostatnie 40 minut przypominało mecz ligi okręgowej. Owszem była walka, było bieganie, ale zabrakło konstruowania akcji i gry w futbol. Piłka przez większość czasu znajdowała się w powietrzu, przekopywana z jednej strony na drugą.

Najciekawiej długimi momentami było na trybunach. Wbrew obawom starcie zwaśnionych kibiców Lecha i Legii nie doprowadziło do demolki ani Stadionu Narodowego ani Warszawy. Owszem obie strony odpaliły race, te z sektora Lecha poleciały niestety też na murawę, ale w sumie kibice stanęli na wysokości zadania.

Pytanie teraz, który z trenerów lepiej z tego meczu wyciągnie wnioski. Maciej Skorża, który stracił szansę zostania najbardziej utytułowanym w historii Pucharu Polski trenerem (to byłby jego czwarty triumf: dwukrotnie wygrywał PP z Legią, raz z Groclinem), czy Henning Berg (11. szkoleniowiec-obcokrajowiec, który sięgnął po Puchar)? Bo do dogrywki dojdzie już w najbliższą sobotę na stadionie przy Łazienkowskiej. Legia jest liderem ekstraklasy, ma dwa punkty przewagi nad Lechem i jeśli Skorża zdoła wyszarpać punkty, wyścig o mistrzostwo Polski nabierze rumieńców.

LECH: Gostomski – Kędziora, Kamiński, Arajuuri, Douglas – Trałka, Linetty (68, Jevtić) - Kownacki, Hamalainen, Pawłowski (79, Keita) – Sadajew (72, Formella)

LEGIA: Kuciak - Broź, Rzeźniczak, Astiz, Brzyski – Vrdoljak, Jodłowiec – Guliherme (36. Żyro, 89. Kosecki), Duda (79. Masłowski), Kucharczyk – Saganowski.

Żółte kartki: Douglas, Trałka (Lech); Duda, Kucharczyk (Legia). Czerwona kartka: Douglas z Lecha (88 - druga żółta).

Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz). Widzów: 45 322. ...

"Rzeczpospolita"