Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Koniec marzeń o medalach, drużyny wracają na tarczy

Piotr Szeleszczuk 20-08-2008, ostatnia aktualizacja 21-08-2008 10:21

Smutek, złość i łzy – tak zakończyły się ćwierćfinałowe mecze siatkarzy z Włochami (2:3) oraz szczypiornistów z Islandią (30:32).

autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
źródło: AFP
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Pierwsi do walki o półfinał ruszyli siatkarze. Wydawało się, że zwycięstwo nad Rosją w ostatnim meczu grupowym doda naszej drużynie pewności. Nic podobnego. Polacy rozpoczęli mecz nerwowo, a najwięcej błędów popełniał Paweł Zagumny, który wystawiał bardzo niedokładnie. Przez to nasi atakujący często nadziewali się na włoski blok. Nic dziwnego, że rywale prowadzili już w pierwszej partii 18:14. Polakom udało się zniwelować część strat (17:19), ale w końcówce nasz zespół potężnymi atakami rozbił Alberto Cisolla.

Urwali się ze stryczka

Początek drugiego seta należał jednak do Polaków. Po efektownym bloku Łukasza Kadziewicza na Cisolli prowadziliśmy 5:3, potem nawet 12:8. Gdy wydawało się, że drugi set padnie łupem biało-czerwonych, u rywali na zagrywce pojawił się Mauro Gavotto. Po jego skutecznych serwisach nasza przewaga zaczęła topnieć, bo odblokował się też Cisolla. Przy biernej postawie naszego zespołu Włosi wygrali drugą partię 25:22.– Byliśmy spięci, przez co gra nie układała się płynnie. Usztywniła nas stawka tego meczu – przyznawał po spotkaniu asystent Lozano Alojzy Świderek.

W trzeciej partii trener Lozano posłał na boisko Marcinów – Wikę i Możdżonka. Wystawienie rezerwowych w pierwszej szóstce odmieniło grę Polaków. Gdy prowadziliśmy 16:13, na zmiany zdecydował się także trener Włochów Andrea Anastasi. Jednak jego roszady nie przyniosły rezultatu – polski blok aż cztery razy z rzędu zatrzymał włoskie ataki i nasz zespół wygrał trzeciego seta 25:18.

Polacy wyszli na czwartą partię bardzo zmobilizowani i po punktach Mariusza Wlazłego prowadziliśmy już 8:2. Rywale nie zamierzali się jednak tak łatwo poddać. Grali ofiarnie i odrobili niemal całe straty. Nasz zespół ratował Włazły, który jako jedyny umiał znaleźć luki między rękami włoskich środkowych. Końcówka seta była dramatyczna. Najpierw piłki setowej nie wykorzystał Wlazły, potem dwie szanse na zwycięstwo zmarnowali Włosi. Decydujący punkt dla nas zdobył asem serwisowym Michał Winiarski.

Smutne pożegnanie Lozano

Fortuna jednak kołem się toczy. W tie-breaku przegrywaliśmy już 6:9, ale udało nam się doprowadzić do remisu (12:12). Nasze ataki były jednak do bólu schematyczne – Zagumny zawsze zagrywał do Wlazłego. Nic dziwnego, że Włosi spokojnie bronili i wyprowadzali kontry. Polakom udało się obronić dwie piłki meczowe, ale za trzecim razem po ataku Matteo Martino nasi obrońcy byli bez szans.

– Granica porażki była praktycznie niewidzialna, ale niestety widać ją w wyniku. Liczyliśmy na to, że będziemy grać dalej. Jest nam przykro. Rywalom dopisało szczęście – przyznał po meczu kapitan kadry Piotr Gruszka.

– Popełniliśmy za dużo błędów. Jestem rozgoryczony tą porażką – dodawał Raul Lozano, dla którego był to ostatni mecz na stanowisku trenera kadry.

Nie prowadzili ani razu

To nie był jednak koniec polskich łez w Pekinie. Gdy załamani siatkarze schodzili do szatni, swój mecz z Islandią rozpoczynali szczypiorniści. I też zaczęli źle. Polska obrona praktycznie nie istniała. Potężni Islandczycy bezkarnie bombardowali bramkę Marcina Wicharego i do przerwy przegrywaliśmy aż 14:19.

– Pierwsza połowa była katastrofalna – przyznawał po meczu Sławomir Szmal, który zastąpił Wicharego, ale nie grał lepiej. Po przerwie Polacy ruszyli do ataku, ale zabrakło im zdecydowania. Kilka razy udało się dojść rywali na jedną bramkę, ale to było wszystko, co potrafili zrobić zawodnicy Bogdana Wenty. Islandczycy spokojnie pilnowali prowadzenia, a ich bramkarz Pall Gustavsson świetnie bronił nawet najtrudniejsze strzały.

– Źle zagraliśmy taktycznie, zostawialiśmy rywalom zbyt wiele miejsca na środku. Nie radziliśmy też sobie z grą w przewadze – przyznawał po meczu Mariusz Jurasik.

– To jest porażka całego zespołu, także moja. Za dużo było u nas kombinowania. Zagraliśmy zbyt indywidualnie, w najważniejszym meczu przestaliśmy być drużyną. Nie wiem, co będzie dalej – mówił po spotkaniu ze łzami w oczach Wenta.

Życie Warszawy