Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Cohen podbił Warszawę

Adam Ciesielski 10-10-2010, ostatnia aktualizacja 11-10-2010 20:46

Dobrego nigdy dosyć. Warszawa znów owacyjnie oklaskiwała tak kochanego w Polsce Leonarda Cohena, który po dwóch latach przerwy wrócił na Torwar.

autor: Gardziński Robert
źródło: Fotorzepa

Kanadyjski bard, który w zeszły poniedziałek śpiewał w katowickim Spodku, teraz do stolicy przyleciał przez Moskwę, gdzie wystąpił w największej sali widowiskowej Kremla. Artysta jest wciąż na trasie światowego tournée, które zaczęło się wiosną 2008 r. w Montrealu, a skończy się w połowie grudnia dwoma finałowymi koncertami w Las Vegas.

76-letni pieśniarz nie daje po sobie poznać trudów tego gigantycznego przedsięwzięcia ani okoliczności jego podjęcia (jak wiadomo, musi spłacać długi, bo jego była menedżerka „wyczyściła” mu wielomilionowe konto w 2005 r., kiedy to kolejny raz medytował w buddyjskim klasztorze zen).

Kilka pokoleń fanów

Cohen po dawnemu żwawym krokiem, jak zawsze nienagannie elegancki, wkracza na warszawską scenę i wita się z publicznością, z wdziękiem uchylając miękkiego kapelusza. No i już rozbrzmiewa jego charakterystyczny, głęboki baryton.

Na pierwszy ogień idzie „Dance Me To The End Of Love”, jeszcze jeden hymn Cohena na cześć kobiecości, który artysta śpiewał 25 lat temu w Sali Kongresowej, podczas swego pierwszego przyjazdu do Polski, i który potem przypomniał w 2008 r. na Torwarze.

Widownia, choć nie tak liczna jak dwa lata temu, reaguje bardzo gorąco. Na sali kilka pokoleń fanów. Od tych, którzy pamiętają jeszcze koncert z 1985 r., po młodych, których nie było jeszcze wtedy na świecie. Widać wiele znanych twarzy – muzyków, aktorów, polityków. Ze sceny Cohen dziękował za przybycie byłemu prezydentowi Lechowi Wałęsie, z którym zetknął się ćwierć wieku temu w czasie swego pierwszego przyjazdu do Polski.

Same hity

Cohen dziękuje za pierwszą owację i zaraz śpiewa dalej jedną piosenkę po drugiej, kołysząc się do rytmu, czasem akompaniując sobie na gitarze. Są więc „Bird On The Wire” z 1969 r., „Chelsea Hotel”, „Gipsy Wife”.

Natomiast mniej klimatów z kręgu „Everybody Knows”, „The Future” i „In My Secret Life” z kilku płyt powstałych w rozpoczętej w 1988 r. i trwającej do dziś współpracy artysty z Sharon Robinson – kompozytorką, aranżerką i wokalistką. Samej Sharon, oklaskiwanej w duetach z Cohenem poprzednim razem, nie ma, niestety, obecnie. Wszakże osierocony przez nią, ale obdarzony anielskimi głosami chórek The Webb Sisters, jak i sekstet instrumentalny ze znanym nam już świetnym hammondzistą Neilem Larsenem, basistą Roscoe Backiem i wirtuozem latynoskiej gitary Javierem Masem brzmi świetnie, tworząc barwne i zróżnicowane tło dla songów.

Długie pożegnanie

Nie milkną brawa. Dramaturgii koncertu nie psuje nawet półgodzinna przerwa w jego połowie. Artysta musi trochę odpocząć. Po jego powrocie na estradę napięcie nie spada, bo słuchamy przecież „Tower Of Song”, „I’m Your Man” i tyle razy kopiowanego „Hallelujah”.

A potem jeszcze „So Long, Marianne” z 1968 r. i „Suzanne”, spopularyzowane w Polsce przez jego niestrudzonego tłumacza i Macieja Zembatego.

Warszawska widownia od lat z górą 30 uwielbiająca artystę nie mniej niż jego rodzinny Montreal nie może nie oczekiwać bisów. Były więc oczywiście. Zadziwiająca forma! Po kolejnej owacji na stojąco Leonard Cohen znika za kulisami, kończąc magiczny wieczór. Warszawa znów wzięta. Ale w myśl hasła energetycznej piosenki „First We Take Manhattan” show toczy się dalej. Tuż-tuż Lubliana i Bratysława, potem Australia i USA. To ostatnie tournée? Niemożliwe.

Życie Warszawy