Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Gangi dawnej Warszawy

Marcin Kube 02-11-2016, ostatnia aktualizacja 02-11-2016 10:32

„Król" Twardocha to znakomita powieść, w której pisarz nie zatracił stylu.

Szczepan Twardoch: Moim ideałem jest pisarstwo, w którym można poznać autora po przeczytaniu paru stron.
autor: Zuzanna Krajewska
źródło: Wydawnictwo Literackie
Szczepan Twardoch: Moim ideałem jest pisarstwo, w którym można poznać autora po przeczytaniu paru stron.
Szczepan Twardoch, "Król", Wydawnictwo Literackie, 2016
źródło: Rzeczpospolita
Szczepan Twardoch, "Król", Wydawnictwo Literackie, 2016

„Czym się różni człowiek od zwierzęcia? Człowiek je gotowane". Tak można opisać wizję antropologiczną prezentowaną w kolejnych książkach pisarza ze śląskich Pilchowic. Człowiek to udomowione zwierzę i kiedy tylko poluzowane zostaną mu hamulce, to jego zwierzęca natura wyjdzie na wierzch.

Ponurość tej diagnozy łagodzi gatunkowa konwencja „Króla", w której odnajdziemy dziesiątki znanych gangsterskich motywów, postaci czy inspiracji ze świata kultury popularnej. Począwszy od „Gangów Nowego Jorku" Martina Scorsese, powieści Jamesa Ellroya, aż po angielski serial „Peaky Blinders".

Również w polskiej kulturze były motywy pojawiające się w „Królu". Intrygi sanacyjnych elit, przedwojenni bokserzy, żydowscy gangsterzy, kryptohomoseksualni faszyści i zbiry tłumaczące swoje występki lewicową myślą polityczną. To wszystko pojawiało się m.in. w retrokryminałach Marcina Wrońskiego o przedwojennym Lublinie czy w mało znanym, aczkolwiek znakomitym kryminale historycznym Jacka Mateckiego o robotniczo-żydowskiej Woli z początków XX w. „Prawda to marny interes". „Król" ma jednak tę przewagę, że tylko u Twardocha jest... Twardoch.

Autor „Dracha" i „Morfiny" potrafi zachować swój oryginalny styl, nawet gdy sięga do klisz retrokryminału. – Moim ideałem literatury jest pisarstwo, w którym można poznać autora po przeczytaniu paru stron i bez patrzenia na okładkę – mówił niedawno Szczepan Twardoch na Festiwalu Conrada w Krakowie. I jako przykład podał Cormaca McCarthy'ego. Do autora „Krwawego południka" trochę mu jeszcze brakuje, aczkolwiek krzepiące jest to, że stawia sobie tak wysoką poprzeczkę.

Akcja „Króla" rozgrywa się głównie w Warszawie 1937 r. Ale pisarz przerzuca czytelnika płynnie po różnych czasoprzestrzeniach. W każdym rozdziale rozrzuca okruchy przeszłości i przyszłości, subtelnie zdradzając, co kogo spotkało przedtem i co spotka potem.

Lektura zaczyna się od widowiskowego pojedynku bokserskiego. To drużynowe zawody pomiędzy warszawskimi klubami – żydowskim Makabi, a polską Legią. Śledzimy zmagania bokserskie w coraz wyższych kategoriach wagowych, aż wreszcie dochodzimy do finałowej walki w wadze ciężkiej. Walczy falangista z endeckiego domu Antoni Ziembiński i Jakub Szapiro – żydowski uliczny apasz, który trzęsie bazarem na Kercelaku. Szapiro to tytułowy król – bokser i gangster, socjalista i weteran wojny z 1920 r. To opowieść o herosie ulepionym z niespotykanej dziś gliny. Gliny pokrywającej brudne ulice dzielnicy żydowskiej i robotniczej Woli.

Dużo jest tutaj zwrotów akcji i zmian w układzie narracyjnym. Nie ma sensu ich zdradzać i odbierać czytelniczej przyjemności. Niektóre budzą autentyczne zaskoczenie, inne sprawiają wrażenie pójścia na skróty. Przede wszystkim jednak nie ma tu nudy.

Twardoch odpuścił też pod względem językowym. Styl „Króla" jest dużo przystępniejszy niż polifoniczny „Drach", przez którego trzeba było się mozolnie przedzierać. Tutaj lektura aż pali się w rękach. Równie ambitną i sprawnie napisaną polską powieścią sensacyjną była ostatnio powieść Jakuba Żulczyka „Ślepnąc od świateł". Zresztą gdyby zignorować różnice w czasie akcji, to okaże się, że mamy do czynienia z podobną historią o spirali zła i widowiskowym upadku króla życia.

Twardoch próbuje dorzucić charakterystyczny dla siebie element animalistycznej metafizyki. To olbrzymi kaszalot unoszący się nad Warszawą niczym faszystowski zeppelin. Wyrósł z nienawiści i zwiastuje tragedię, przy której uliczne strzelaniny są fraszką. Jednak krytyka II RP wydaje się tu równie konwencjonalna jak przemoc. Stanowi tło konieczne do opowiedzenia gatunkowej historii.

Polemika z „Królem" byłaby równie bezsensowna jak dyskusja z historią w filmach Tarantina. Bo „Król" to komiks bez obrazków. Wszystkie postacie i wydarzenia są narysowane grubą kreską. Nie spotkamy tu żadnej przeciętnej postaci. Są zwycięzcy i przegrani. Nie ma nic pomiędzy. Twardoch wycina nieinteresujący go środek i zostawia tylko skrajności. Więcej tu emocji niż intelektu. „Drach" mógł irytować podniosłością zrytmizowanego języka, ale zostawał w głowie na długo. Natomiast „Król" jest dużo prostszy. Ma to swoje zalety, ale jednak spływa po czytelniku jak jeszcze jeden obejrzany serial. Tylko tyle i aż tyle.

Rzeczpospolita