Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Mozart po mazowiecku

.Jacek Marczyński 23-02-2017, ostatnia aktualizacja 23-02-2017 00:00

Słynna Warszawska Opera Kameralna znalazła się w dramatycznej sytuacji.

Gwiazdy WOK, Olga Pasiecznik i Jan Jakub Monowid w „Ariodante” Händla, premiera, 2016 rok.
źródło: WOK
Gwiazdy WOK, Olga Pasiecznik i Jan Jakub Monowid w „Ariodante” Händla, premiera, 2016 rok.

Koncertem z okazji Dnia Kobiet Warszawska Opera Kameralna, szczycąca się unikalnymi w Europie osiągnięciami, spadnie w rejony chałtury, a potem istnieje niebezpieczeństwo, że w ogóle przestanie istnieć.

Sytuację, w jakiej się znalazła, można porównać do tego, co od wielu miesięcy dzieje się z wrocławskim Teatrem Polskim. W obu przypadkach władze samorządowe, którym te instytucje podlegają, postanowiły ich problemy organizacyjno-finansowe rozwiązać radykalnie, nie licząc się z dorobkiem artystycznym, osiągniętą pozycją w kraju i za granicą oraz co najważniejsze – przyszłością.

Teatr Polski zdołał na sobie skupić uwagę całego niemal kraju, stąd o tym, co się w nim dzieje, od wielu miesięcy jest głośno. Warszawska Opera Kameralna – teatr o najmniejszej scenie w stolicy – jeśli zacznie dogorywać, to zapewne po cichu. A przecież to jedyny teatr w Europie mający w repertuarze wszystkie dzieła sceniczne Mozarta, jedyny teatr w Polsce wystawiający opery barokowe i staropolskie. A ponadto, zwłaszcza za kadencji odwołanego jesienią ubiegłego roku Jerzego Lacha, dbano tu o prezentacje najnowszych oper polskich kompozytorów. WOK zdobyła dla nich nową scenę w Warszawie. Miała ją otworzyć prapremiera „Kanta" Leszka Możdżera, ale do tego już nie dojdzie.

Od jesieni Warszawską Operą Kameralną kieruje Alicja Węgorzewska, artystka niemająca doświadczenia ani w operach mozartowskich, ani barokowych, ani tym bardziej współczesnych. Sama zresztą od lat nie wystąpiła w przedstawieniu któregokolwiek teatru w kraju, swą aktywność ograniczając do koncertów estradowych. I takie też pomysły Warszawskiej Operze Kameralnej dodała do grywanego jeszcze z rzadka starego zestawu spektakli. Pierwszy koncert odbył się na walentynki, drugi będzie miał miejsce na Dzień Kobiet, a w nim wybitni mozartowscy soliści mają śpiewać „Brunetki, blondynki" oraz „Miłość ci wszystko wybaczy".

Od kilku dni rozpoczęła się ponadto w teatrze procedura zwolnień grupowych. Warszawska Opera Kameralna ma się pozbyć wszystkich swoich śpiewaków, dyrygentów, zmniejszy się także liczba muzyków. Odejdą więc nawet najwybitniejsi artyści o dorobku międzynarodowym, wystarczy wymienić takie nazwiska, jak Olga Pasiecznik, Anna Radziejewska, Władysław Kłosiewicz czy Robert Gierlach.

W wydanym oświadczeniu dyrektor Alicja Węgorzewska stwierdziła, że rozpoczęty proces ma zlikwidować przerosty kadrowe i wyprowadzić teatr z kłopotów finansowych oraz zapewnić teatrowi najwyższy poziom artystyczny. O ile kwestia poprawy struktury organizacyjnej oraz stanu finansów zawsze może być tematem do dyskusji i konkretnych działań, o tyle przyszłości artystycznej Warszawskiej Opery Kameralnej, delikatnie rzecz ujmując, jest mglista. Artystycznej koncepcji swego teatru nie znają ani jego artyści, ani również widzowie.

Wydaje się, że zmiana dyrektora, jaka nastąpiła pół roku temu, ma jedynie na celu rozwiązanie problemu, który ciąży nad Warszawska Operą Kameralną od lat 90. ubiegłego wieku. Jest ona ofiarą błędów popełnionych wówczas, kiedy to instytucje kulturalne przypisywano różnym samorządom. WOK przypadła samorządowi województwa mazowieckiego, z którym nie ma nic wspólnego, bo jest typowym teatrem miejskim.

Rządzący od lat na Mazowszu marszałek Adam Struzik wyraźnie zaś nie ma serca do tego teatru, od lat zmniejszał więc jego dotację, licząc zapewne na powolną agonię. Nie zgadzali się na to poprzedni dyrektorzy, teraz ten proces może uleć przyspieszeniu. A może WOK zamieni się w disco operę, bawiącą widzów estradowymi przebojami?

"Rzeczpospolita"