Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Kossak zawsze był pewniakiem

Janusz Miliszkiewicz 10-03-2017, ostatnia aktualizacja 10-03-2017 00:00

Czy nie lepiej kupować młodych artystów zamiast anachronicznego malarstwa – pyta antykwariusza Janusz Miliszkiewicz

autor: Tomasz Jodłowski
źródło: Fotorzepa

Rz: Kondycja krajowego rynku antykwarycznego zależy nie tylko od popytu i podaży, ale także od „kapitału kulturowego" klientów. Po kilku latach badań udowodniła to Dorota Żaglewska. W ubiegłym roku obroniła na ten temat pracę doktorską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Leszek Wąs: To kluczowe pojęcie przy ocenie krajowego rynku. Kapitał kulturowy jest właściwie ważniejszy niż czynniki ekonomiczne. Potrzebny jest na wszystkich poziomach zamożności. Jeśli nawet ktoś ma ogromny majątek, ale brak mu kapitału kulturowego, to nie zostanie kolekcjonerem.

Badania dr Żaglewskiej są bardzo ważne, bo wskazują na najbardziej istotny element w aktywności społecznej jaką jest kolekcjonerstwo.

Deficyt kapitału kulturowego na co dzień jest obserwowany przez antykwariuszy. Nie zawaham się powiedzieć, że większość potencjalnych klientów ma ten kapitał mocno ograniczony. Kapitał ekonomiczny można odziedziczyć, można też zbudować go samemu. Kapitał kulturowy też dziedziczymy, bo są to wzory życia np. wśród sztuki, rodzinna tradycja kupowania obrazów. Sądzę jednak, że kapitał kulturowy głównie rozwijamy poprzez samokształcenie, zainteresowania.

Można wpływać na rozwój tego kapitału?

Potrzebna jest właściwa edukacja. Muzea od kilku lat intensywnie organizują różne zajęcia dla małych dzieci. Jaki da to efekt? Okaże się za 10 – 20 lat.

Skoro potrzebna jest edukacja, dlaczego od 1994 r. nikt nie wznowił np. jedynego poradnika o fałszerstwach rzemiosła artystycznego. To książka napisana przez Władysława Ślesińskiego. Niedostępne są także inne poradniki.

Z kalkulacji wydawców zapewne wynika, że jest to nieopłacalne. To paradoks, ale nie drukujemy książek edukacyjnych dlatego, że nie ma odbiorców. A odbiorców brakuje, bo ludzie są niedokształceni.

Czy pana zdaniem edukacja może też szkodzić?

Dobra edukacja nigdy nie szkodzi, zwłaszcza jeśli pobudza osobisty rozwój człowieka. Natomiast często dziennikarskie pisanie o sztuce koncentruje się wyłącznie na efektywności ekonomicznej. Wszystko musi być opłacalne aż do bólu. Rubryka „Moja kolekcja" znajduje się przecież w dodatku „Moje pieniądze".

Tu jest czytana. Czytelników interesują przede wszystkim pieniądze, a nie kolekcje.

Jeśli tak jest, to szkoda. Ten sposób pisania wzmacnia przekonanie, że sztuka ma dawać jedynie finansowy zysk. Przy takim nastawieniu ludzie kupują obrazy tylko po to, aby na nich zarobić, a nie żeby je przeżywać, co jest największym zyskiem z posiadania sztuki.

Często dziennikarze posługują się współczynnikami z rynku kapitałowego, pisząc o sztuce i o rynku sztuki. Narzędzia te są często zupełnie nieodpowiednie, niczego nie wyjaśniają, tylko zaciemniają zjawisko.

Edukacja w dziedzinie sztuki napotyka na opór w społeczeństwie.

Od czasów PRL pokutuje opinia, że posiadanie dzieł sztuki jest czymś ekstrawaganckim. Wtedy było to „klasowo podejrzane", bo panował egalitaryzm socjalistyczny. Sztuka była synonimem szkodliwego luksusu. Takie oceny pojawiają się i dziś. Przeciętny dziennikarz pisząc o sztuce każde dzieło nazywa „bezcennym". To śmieszne! Takie określenie, moim zdaniem, utrwala powstały w PRL negatywny stosunek do prywatnego kolekcjonerstwa. Jeśli bowiem każdy obraz jest „bezcenny", to w odczuciu społecznym jest on niedostępny, nie może należeć do przeciętnego człowieka.

Brak edukacji powoduje, że klienci mają mocno konserwatywne gusty. Gdy podsumowywaliśmy ubiegły rok, antykwariusze informowali, że gwiazdą wielu aukcji był Jerzy Kossak.

Nie jest to zjawisko tylko ubiegłoroczne. Jerzy Kossak zawsze był pewniakiem na aukcjach. Tak było, jest i chyba będzie zawsze...

Kto kupuje malarstwo tak anachroniczne i tworzone tak masowo?

Miesiąc temu odwiedził mój antykwariat młody człowiek, któremu powiodło się w sensie finansowym. Rozglądał się i ucieszył na widok obrazu Jerzego Kossaka. Powiedział: taki sam wisiał u mojej mamy w domu. Po negocjacjach kupił obraz. Klient ten prawdopodobnie nie będzie kolekcjonerem. Kupił obraz przez sentyment.

Przypuszczam, że większość obrazów Jerzego Kossaka jest dziś kupowanych właśnie z takiego powodu. Dotyczy to także obrazów np. Setkowicza czy Koreckiego. To nie są wybory artystyczne, to nie jest pasja kolekcjonerska. Wybory te wynikają z przekonania, że tak powinien być udekorowany tradycyjny polski dom. Kupowanie Kossaka zaspokaja potrzebę swojskości. Nie krytykuję takich zakupów, jedynie stwierdzam fakt.

Może lepiej byłoby, gdyby zamiast Kossaka klienci kupowali na aukcjach dorobek najmłodszych artystów. Tam wszystkie ceny wywoławcze wynoszą 500 zł.

Aukcje te mają wady i zalety. Młodzi ludzie, którzy rozpoczynają samodzielne życie, mają szansę kupić bardzo tanie dzieło sztuki. Natomiast twórcom udział w takich aukcjach może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Skłaniam się ku poglądowi, że wady przeważają. Aukcje te utwierdzają potencjalnych klientów w przekonaniu, że dzieło młodego artysty zawsze musi być tak tanie. Może tej najmłodszej sztuki jest za dużo w stosunku do zapotrzebowania, dlatego ceny są niskie? Niestety, jest to chyba jedyna, a na pewno najważniejsza forma sprzedaży młodej sztuki. Niedobrze, że rynek nie jest bardziej zróżnicowany.

Młodzi malarze skarżą się, że niektóre domy aukcyjne zwlekają nawet pół roku z wypłaceniem takich głodowych honorariów. Ale mamy nową tendencję w handlu. Ostatnio szybko rośnie liczba domów aukcyjnych.

To nie jest polski wynalazek. To europejska tendencja, zwłaszcza na rynku niemieckim. Tam masowo znikają galerie i w ich miejsce powstają domy aukcyjne. W rozmowach z antykwariuszami zagranicznymi stale słyszę, że domy aukcyjne odebrały galeriom klientów i towar. Oczywiście nie możemy porównywać tamtego rynku z naszym.

Zmiana sposobu handlowania wynika ze zmian w stylu życia. Klient woli dostać gotową, przebraną ofertę w katalogu aukcyjnym online czy drukowanym, niż jeździć po galeriach i samodzielnie dokonywać wyboru.

U nas jest problem z towarem.

Rzeczywiście mamy słabą podaż dobrych rzeczy. W kraju kupowane są prawie wyłącznie polonika, a przecież duża ich część pochodzi z importu. Czy wystarczy poloników na świecie?

Na światowym rynku brakuje już obrazów Wojciecha Fangora, więc zaczęto intensywnie importować wczesne obrazy Edwarda Dwurnika.

Niedługo na świecie trudno będzie spotkać polską sztukę.

Na krajowym rynku nie ma przepływu informacji, ponieważ brakuje pisma branżowego. Antykwariusze nie znają np. najważniejszych wyroków odnoszących się do rynku sztuki.

Pismo drukowane, żeby się utrzymać, musi mieć grono odbiorców.

Miesięcznik „Art and Business", kiedy jego dystrybucję nadzorował Związek Kontroli Dystrybucji Prasy, sprzedawał ok. 900 egzemplarzy. Wydawca, dom aukcyjny Rempex, deklarował, że dokłada do każdego numeru ok. 10 – 20 tys. zł.

Niemieckojęzyczne pismo o rynku sztuki, które może być wzorem, to „Weltkunst". Ukazuje się ono w trzech krajach: w Niemczech, Szwajcarii i Austrii. Jest drogie, bo numer kosztuje 12 euro. Pismo ma tradycję przedwojenną i ma reklamy – wyłącznie branżowe.

U nas rynek jest za słaby. Dlatego nie ma pisma, a ogólnopolskie targi sztuki odbywają się tylko raz w roku.

CV

Leszek Wąs, z wykształcenia ekonomista i historyk sztuki. Od 1991 r. prowadzi w Bielsku-Białej antykwariat.

"Rzeczpospolita"