Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wysokie loty i turbulencje musicalu

.Jacek Marczyński 11-10-2017, ostatnia aktualizacja 11-10-2017 00:00

"Piloci" w Romie to owoc nowej polityki historycznej czy nowoczesny spektakl na światowym poziomie?

Zofia Nowakowska (Nina) Jan Traczyk (Jan)
autor: Karol Mank
źródło: Teatr Roma
Zofia Nowakowska (Nina) Jan Traczyk (Jan)

Widowisko Wojciecha Kępczyńskiego w Teatrze Roma jest jak samolot. Musi ociężale kołować po pasie startowym, nim wzbije się do lotu. Pierwsza scena – niemrawa, sztampowa, z banalną choreografią – rozgrywająca się w sierpniu 1939 roku na placu Zamkowym jest takim przygotowaniem do startu.

Gdy akcja przenosi się do warszawskiego kabaretu, spektakl nabiera życia, blasku i pewnego dystansu do przedstawianych zdarzeń. A jest on niezbędny w przypadku karkołomnego dla musicalu tematu, jakim są losy polskich lotników w czasie II wojny światowej.

W kolejnych scenach „Piloci" potrafią poszybować wysoko, choć co pewien czas wpadają w turbulencję. Jakby Wojciech Kępczyński, który o stworzeniu takiej opowieści marzył od dawna, nie miał odwagi, by dać się całkowicie ponieść wyobraźni i stworzyć po prostu żywiołową, musicalową love story. Czuł na sobie ciężar tematu i historii, stąd przywołanie faktów i autentycznych postaci z II wojny światowej – w sposób jednak zbyt plakatowy, kreślonych grubą kreską.

Losy lotnika Jana, który we wrześniu 1939 roku rusza na Zachód, zostawiwszy w Warszawie narzeczoną Ninę, artystkę kabaretową, a potem rozkochuje w sobie majętną Angielkę Alice, są dramaturgicznie atrakcyjne. Mogłyby posłużyć do stworzenia barwnej akcji, zważywszy że dochodzą tu podniebne popisy polskich lotników. Jan jest jednak zbyt bezbarwny (także za sprawą odtwórcy, Jana Traczyka), by mógł stać się pełnokrwistym bohaterem „Pilotów".

Lepiej wypadają tu kobiety, zwłaszcza Zofia Nowakowska (Nina), ale i te z drugiego planu: Ewa Lachowicz jako Nel (świetna w numerze kabaretowym) czy Marta Burdynowicz (Mary). Prawdziwą kreację tworzy jednak Janusz Kruciński w roli diabolicznego Prezesa, ma zresztą wyjątkowo dobry numer muzyczny, song „Mój świat".

Kompozytorzy, Jakub i Dawid Lubowiczowie, swobodnie poruszają się w różnych stylach – od charlestona i swingu po hip hop, ale zdarza się im też wypełnić „Pilotów" muzyczną watą. O jakości spektaklu decyduje zatem niesłychana sprawność i jakość inscenizacyjna Wojciecha Kępczyńskiego.

Akcja przenosi się błyskawicznie z miejsca na miejsca, na olbrzymich ledowych ekranach wyczarowując kolejne efektowne dekoracje (Jeremi Brodnicki). Niezwykła jest różnorodność scenicznych konwencji – od wielkiej rewii po niemiecki kabaret i żywiołowy hip hop lotników. Do tego dochodzą podniebne walki pilotów RAF i Luftwaffe niczym z gier komputerowych, zaś Wojciech Kępczyński – doświadczony mag musicalowy – ma dla widzów zapierającą dech niespodziankę: spadający na scenę płonący samolot.

Sukces frekwencyjny jest zatem pewny, a przy okazji „Piloci" wpisują się w politykę kulturalną obecnego rządu, któremu marzy się pokazanie światu naszej historii w sposób hollywoodzki. Spektakl w Romie został zrealizowany według światowych standardów i zgodnie wymogami broadwayowskich konwencji. Niech jednak apologeci dobrej zmiany nie wysuwają ewentualnych zastrzeżeń o uproszczenia historyczne. Nowoczesny musical ma być produktem globalnym, zrozumiałym przez każdego i wszędzie.

Czy „Piloci", których cechuje inscenizacyjny profesjonalizm, mieliby szansę na Broadwayu lub londyńskim West Endzie? Chyba jednak nie. Poruszają się po tematach dość egzotycznych dla współczesnego musicalu.

"Rzeczpospolita"