Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Bareja III Rzeczypospolitej

Artur Bartkiewicz 22-10-2017, ostatnia aktualizacja 22-10-2017 09:07

Można odnieść wrażenie, że im bardziej Patryk Vega jest krytykowany przez znawców kina, tym chętniej Polacy chodzą na jego filmy.

źródło: EAST NEWS

Po trzech tygodniach od premiery „Botoks" najnowszy film Patryka Vegi obejrzało w kinach ponad 1,8 mln widzów – co czyni z niego najchętniej oglądany polski film w 2017 r. i co prawdopodobnie zapewni mu też palmę pierwszeństwa w całym roku.

A przecież chodzi o obraz, o którym Karolina Korwin-Piotrowska napisała, że powinien nosić tytuł „Martwica mózgu" i że aktorzy zaangażowani przez Vegę powinni mieć artystycznego kaca. „Jeśli mało wam tabloidów, mentalnego bruku, krzyczących tytułów, płytkości emocji i informacji, dosłowności opowiadanej grubą kreską, bez chwili na jakąkolwiek refleksję, na włączenie funkcji myślenia w mózgu, to jest film dla was" – przekonywała. „Botoks to taki wielki worek z foli bąbelkowej, który wypchany jest do granic możliwości wszystkim tym, co najgorsze. Patryk Vega w swoim nowym filmie realizuje bowiem po kolei historie z tabloidów, chociaż nie ma tam nikogo, kto nie śpi, bo trzyma kredens. Zresztą w »Botoksie« on by prędzej tym meblem dostał w łeb, niż go trzymał" – kpiła z kolei Joanna Tracewicz ze Spider's Web. Film został też zmiażdżony ocenami przez internautów na popularnym Filmwebie, gdzie zebrał 4,6 gwiazdki na 10 – co sugerowałoby, że należy myśleć o nim jako faworycie w kolejnej edycji Węży, czyli nagród dla najgorszych polskich filmów. A jednak Vega drugi rok z rzędu dystansuje krajową konkurencję (w 2016 r. najchętniej oglądanym w polskich kinach filmem był jego „Pitbull: Niebezpieczne kobiety").

Sam reżyser – jak zapewnia w rozmowie z „Plusem Minusem" – jest z „Botoksu" bardzo zadowolony. – Sądziłem, że w 2017 r. niemożliwe jest wywołanie ogólnonarodowej debaty na temat filmu, choć skrycie na to liczyłem. Jestem zachwycony tym, co się stało. Liczbę publikacji dotyczących tego filmu, liczbę wpisów można ocenić jako gigantyczną kampanię reklamową – podkreśla.

Przekonuje, że znalazł drogę do serc widzów, choć odmawia odpowiedzi na pytanie o źródła swojego sukcesu. – Nie chcę edukować branży, bo wydaje mi się, że do tej pory nie udało jej się zrozumieć, na czym ten fenomen polega – mówi.

Krzemieniecki zbyt trudny

Zanim bijący rekordy popularności reżyser stał się Patrykiem Vegą, był Patrykiem Krzemienieckim – chłopakiem z warszawskiej ulicy. Wychowywał się bez ojca, który wyjechał za chlebem do USA, gdy Patryk miał zaledwie kilka miesięcy. Ze Stanów do Polski już nie wrócił – za oceanem ułożył sobie życie na nowo. Dwukrotnie zmieniał nazwisko – w jednym z wywiadów Vega zdradził, że jego ojciec przyszedł na świat pod nazwiskiem Kwoka, ale zmienił je na znacznie bardziej dystyngowane i brzmiące szlachecko Krzemieniecki. Z kolei po wyjeździe do USA Krzemieniecki przeistoczył się w Ardena. Jak się wkrótce okaże, syn pójdzie w jego ślady.

Młody Krzemieniecki był wychowywany przez samotną matkę – która na dodatek, jak sam przyznaje, nieustannie przekonywała go, że jest najlepszy i że pisany jest mu sukces. I to niewątpliwie miało wpływ na burzliwą młodość przyszłego reżysera. – Brak męskiego autorytetu spowodował, że w ogóle nie miałem takich autorytetów i ciągnęło mnie do tego, by pokazać, że jestem 100-proc. facetem – mówi „Plusowi Minusowi". Nie ukrywa też, że jako nastolatek obracał się w niezbyt ciekawym towarzystwie. – Była tam jakaś młodociana gangsterka, handel narkotykami, dostałem też wyrok w zawieszeniu za kradzież z włamaniem – opowiadał w rozmowie z „Gościem Niedzielnym". Jednocześnie od 14. roku życia imał się różnych zajęć, pomagając w utrzymaniu matce – handlował m.in. nielegalnym oprogramowaniem na warszawskiej giełdzie komputerowej.

Jednocześnie marzył o wielkiej karierze. Vegą został w wieku 18 lat – uznał bowiem, że nazwisko Krzemieniecki będzie trudne do wymówienia przez obcokrajowców, a marzyła mu się międzynarodowa kariera. Dlaczego akurat Vega? Nazwisko zapożyczył od jednego z bohaterów „Pulp Fiction" Quentina Tarantino. Ale nie dlatego, że film ten wywarł na nim wrażenie, lecz raczej dlatego, że „szukał nazwiska, które byłoby do wymówienia nawet przez Eskimosów".

Wtedy nie było jeszcze przesądzone, że życie zwiąże z kinem. Wielkie wrażenie wywarło na nim „Milczenie owiec". Kluczowe były jednak nie walory artystyczne filmu, lecz raczej demoniczna, a zarazem fascynująca postać Hannibala Lectera. Vega przyznawał po latach, że w tamtym czasie marzył, by zostać męskim odpowiednikiem agentki Clarice Starling i tak jak ona prowadzić grę z psychopatycznymi mordercami.

Policjantem jednak nie został, ale fascynacji tym środowiskiem nie stracił. Myślał o studiach w łódzkiej Szkole Filmowej, ale ostatecznie wylądował na socjologii w Collegium Civitas. Równolegle uczęszczał do Laboratorium Reportażu działającego przy Wydziale Dziennikarstwa UW. I to właśnie przez dziennikarstwo – za pośrednictwem Redakcji Filmu Dokumentalnego Programu I TVP – przekroczył bramy Pałacu Mostowskich, Komendy Stołecznej Policji. Był rok 2000.

Zło złem zwyciężać

W tym momencie jego życiowa droga skrzyżowała się z losem Sławomira Opali (głównie na nim wzorowana była postać Despero w „Pitbullu"), funkcjonariusza wydziału zabójstw stołecznej policji. To właśnie Opala był głównym bohaterem serialu „Prawdziwe psy", którego Vega był pomysłodawcą i do którego zbierał materiały, towarzysząc funkcjonariuszom stołecznej policji w charakterze „osoby przybranej". Pracy reportera uczył go w tamtym czasie znany polski dokumentalista Andrzej Fidyk. Vega po latach wypowiada się o nim z wielkim szacunkiem, podkreślając, że nauczył się od niego, iż reżyser musi kochać swoich bohaterów.

Przy pracy nad „Prawdziwymi psami" Vega mógł na własnej skórze poczuć, jak to jest być policjantem. Uczestniczył w zatrzymaniach groźnych przestępców, brał też udział w nieformalnych spotkaniach policjantów z gangsterami, które potem odtwarzał w „Pitbullu". – Byłem „podjarany", to był kosmos – przyznawał po latach w jednym z wywiadów. Nade wszystko jednak odkrywał rzeczywistość pełną różnych odcieni szarości – zamiast czarno-białego świata klasycznych produkcji o policjantach i złodziejach. Granica między Opalą i jego kolegami a gangsterami była cienka – i stanowiła ją wirtualna „barykada", o której często mówią bohaterowie „Pitbulla". Późniejsze losy Opali były zresztą kwintesencją tego pełnego dramatyzmu lawirowania na owej barykadzie – policjant został w 2011 r. oskarżony o udział w mafii, branie łapówek i wymuszenia rozbójnicze. Nie przyznał się do winy, ale dobrowolnie poddał karze. Niedługo po wyjściu z więzienia popełnił samobójstwo.

Vega poznawał ludzi z obu stron owej barykady i – jak twierdzi – potrafił wzbudzać zaufanie po obu stronach, ponieważ gwarantował dyskrecję. Obserwując pracę prawdziwych policjantów poznał naturę i niejednoznaczność zła znacznie lepiej, niż przy oglądaniu „Milczenia owiec".

Owocem tej pracy był nie tylko bardzo dobry dokument, ale również – nakręcony kilka lat później – „Pitbull", debiut Vegi na dużym ekranie. To właśnie ten film był przepustką Vegi do świata kina, a jednocześnie – pod względem artystycznym – był chyba najlepszym dziełem 26-letniego wówczas reżysera.

„Pitbull" był fabularyzowaną wersją historii, których Vega był świadkiem lub o których słyszał. Dzięki temu, że film jest mocno osadzony w realiach Pałacu Mostowskich, urzeka autentycznością. Od dialogów, pełnych policyjnego żargonu („kwadrat" – to mieszkanie, „trapez" – to samochód etc.); poprzez sceny, w których obserwujemy spartańskie warunki pracy elity polskiej policji; aż po bohaterów, którzy są – co do jednego – niejednoznaczni, często brutalni, agresywni i nieempatyczni, ale przez to ludzcy i wywołujący żywe emocje – wszystko wygląda tak, jakbyśmy przez dziurkę od klucza podglądali codzienną pracę Opali-Despero i spółki. Do tego dochodzi plejada znakomitych aktorów (Janusz Gajos, Andrzej Grabowski, Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński).

Jednocześnie warto zauważyć, że Vega przełamał schemat opowieści o policjantach i złodziejach, w której dobro walczy ze złem. W „Pitbullu" mamy raczej starcie zła ze złem (funkcjonariusz Metyl grany przez Stroińskiego w pijackim amoku strzela do ciężarnej żony), ale to zło policjantów jest mniejsze i w pewien sposób okiełznywane, przez co koniec końców i tak trzymamy ich stronę, ciesząc się, że doprowadzają sprawę do względnie szczęśliwego zakończenia. Mniejsze zło zwycięża większe – i przez to świat staje się trochę lepszy. Samo życie.

„Pitbull", choć doceniony przez krytykę (dwie nagrody na festiwalu „Młodzi i film", a także nominacje do Złotych Lwów i Złotych Kaczek) w porównaniu z przyszłymi, znacznie bardziej krytykowanymi obrazami Vegi, nie osiągnął spektakularnego sukcesu. Znalazł się wprawdzie w trójce najczęściej oglądanych polskich filmów w tym okresie, ale Vega przecież od zawsze chciał być najlepszy... Po latach reżyser zwracał uwagę, że wejście na ekrany „Pitbulla" miało miejsce zaledwie tydzień po śmierci Jana Pawła II, przez co film zupełnie nie współgrał ze społecznymi nastrojami. Tak naprawdę status produkcji nieomal kultowej zagwarantował mu dopiero emitowany przez TVP serial na kanwie filmu, który do dziś jest powtarzany przez telewizję.

„Ciacho" – czyli upadek

Niewiele brakowało, by gwiazda młodego twórcy błyskawicznie zgasła. Reżyser postanowił nadrobić lata spędzone na pracy „ponaddwuletnią nieustającą imprezą" (Vega przyznaje zresztą, że pił niemal nieprzerwanie przez kilkanaście lat – m.in. po to, by poradzić sobie z rzeczywistością świata policji i zbrodni, w który się zanurzył). Reżyser wspominał, że dzień w dzień wypijał litr whisky i wypalał trzy paczki papierosów, sięgał też po kokainę. Nie przywiązywał wagi do sposobu żywienia, przez co w pewnym momencie miał ważyć nawet 130 kg. – Byłem odrażającym zwierzęciem – przyznał w rozmowie z „Gościem Niedzielnym".

Vega twierdzi, że z drogi ku samozagładzie zszedł dzięki ingerencji Boga. Jego żona (od 2010 r.) Katarzyna Słomińska regularnie chodziła do kościoła – Vega w czasie mszy miał czekać na nią na parkingu w samochodzie. Kiedyś jednak do kościoła wszedł i zaczął się zastanawiać, czy jest dobrym człowiekiem. Kiedy udzielił sobie odpowiedzi na pytanie, zmienił swoje życie. Dziś – jak mówi – nie pije i nie pali od dziesięciu lat. Jest też żarliwym katolikiem.

Mocne piętno odcisnął na nim również wypadek samochodowy. W 2011 r. samochód, którym Vega jechał wraz z żoną i małym dzieckiem na Wigilię, zderzył się z innym pojazdem i dosłownie pękł na pół. Sytuacja miała wyglądać bardzo groźnie, ale wszyscy uczestnicy zderzenia wyszli z niego niemal bez szwanku. Vega zrozumiał wówczas, że „w sekundę może stracić wszystko i nie ma na to żadnego wpływu". – Jako katolik uważam, że jest nad nami jakiś boski plan, z którym my się musimy zsynchronizować. Na swoje porażki patrzę w ten sposób, że były to ślepe uliczki. Wreszcie w życiu zrozumiałem, co mam zrobić – mówi dziś „Plusowi Minusowi".

Vega znalazł się jednak również na zakręcie artystycznym. Nieoczekiwanie postanowił pójść w stronę slapstickowych komedii – tak powstały filmy „Ciacho" i „Last Minute". I choć to ten drugi doczekał się niechlubnego wyróżnienia w postaci dwóch Węży za najgorszą reżyserię i najgorszy scenariusz, to symbolem degrengolady artystycznej Vegi było raczej „Ciacho" – słynne ze względu na scenę, w czasie której pierścionek zaręczynowy jest wyciągany z odbytu. – Błąd polegał na tym, że zacząłem robić filmy pod ludzi, zastanawiając się, co wrzucić do jednego garnka, żeby mieć milion widzów – przyznał później Vega.

Omdlenia na premierze

Drugie narodziny Vegi-filmowca to „Służby specjalne". Film, oparty na rozmowach z Jarosławem Pieczonką, byłym oficerem kontrwywiadu wojskowego, stanowił powrót reżysera do korzeni. Znów mieliśmy duży zastrzyk autentyczności (wzmocniony przeplataniem w filmie wydarzeń znanych z pierwszych stron gazet, takich jak samobójstwo Barbary Blidy czy Andrzeja Leppera), niejednoznacznych moralnie bohaterów i zanurzenie się w świecie zła i przemocy, z którego nikt nie wychodzi bez szwanku. Film doczekał się serialowej wersji. Vega odżył.

A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. W styczniu 2016 r. na ekrany kin trafił „Pitbull: Nowe porządki", kontynuacja pierwszego „Pitbulla", pokazująca, jak zmieniły się policja i świat przestępczy. Zaledwie dziesięć miesięcy później miał premierę „Pitbull: Niebezpieczne kobiety". Choć wszedł do kin dopiero w listopadzie, obraz opowiadający o kobietach w mundurach stał się najpopularniejszym filmem 2016 r., gromadząc w ciągu trzech tygodni ponad 2 mln widzów. – W Polsce decyzję o zakupie biletu podejmuje kobieta, w związku z czym na pewno to, że moje filmy są o kobietach i są do nich adresowane, wpływa na frekwencję – mówi „Plusowi Minusowi" Vega, komentując komercyjny sukces zarówno ostatniego z „Pitbulli", jak i „Botoksu".

Jak podkreśla reżyser, każdy z jego ostatnich filmów opiera się na zgromadzonej przez niego dokumentacji. Wprawdzie zasłyszane historie są w autorski sposób kondensowane na potrzeby dwugodzinnej fabuły, ale większość wydarzeń, a nawet dialogów, ma być niemal wiernym odwzorowaniem prawdziwych. Jednocześnie – tak jak w czasach, gdy nastoletni Patryk podziwiał pojedynek Jodie Foster i Athony'ego Hopkinsa w „Milczeniu owiec" – wciąż najbardziej zdaje się fascynować reżysera mroczna strona rzeczywistości. Czasem naturalizm Vegi potrafi wręcz przerastać widzów – na premierze „Botoksu", a potem w czasie kolejnych pokazów, dochodziło do omdleń.

Wymarzonego w młodości Oscara Vega raczej nie otrzyma. Pod względem artystycznym jego ostatnie dzieła pozostawiają sporo do życzenia. Kwintesencją tego jest „Botoks" – film, w którym Vega upchnął zarówno temat publicznej, jak i prywatnej służby zdrowia, okraszając to scenami z życia branży farmaceutycznej oraz pogotowia ratunkowego – wszystko naraz nie tworzy spójnej fabuły i stwarza wrażenie, że opowiadana historia jest tylko pretekstem do pokazywania szokujących obrazów kondycji polskiej służby zdrowia, ale i polskiego społeczeństwa z początku XXI wieku (bodaj najbardziej kontrowersyjna scena przedstawia skutki seksu córki policjanta z owczarkiem niemieckim).

Z drugiej strony, jak zauważa krytyk filmowy Tomasz Raczek (zastrzega, że Vega nie jest postacią z jego bajki), metoda twórcza Vegi przypomina tę Stanisława Barei. U Barei również fabuła była jedynie pretekstem do opowiedzenia anegdoty, żartu lub nakreślenia charakterystycznej dla PRL sceny. Raczek zauważa przy tym, że Bareja, dziś reżyser kultowy, też spotykał się z chłodnym przyjęciem krytyki filmowej, która załamywała ręce nad upadkiem polskiej komedii. – Myślę, że w filmach Vegi jest coś, co oddaje klimat naszych czasów – podkreśla Raczek. I przypomina słowa Zygmunta Kałużyńskiego, który mówił, że „film poprzez pokazywanie nieprawdy mówi prawdę o świecie". Zdaniem Raczka tak jest właśnie z Vegą, który – nawet jeśli koloryzuje – zdradza nam pewną prawdę o rzeczywistości. Dziś ludzie urodzeni w latach 80. ubiegłego wieku i później PRL znają głównie z przerysowanych przecież filmów Barei. Być może za kilka dekad obraz III RP będzie wyłaniał się właśnie z filmów Vegi.

On sam nazywa się dokumentalistą, który – niczym Mariusz Max Kolonko – po prostu „mówi, jak jest". Kiedy pytam go, czy nie obawia się, że w „Botoksie" nakreślił mimo wszystko zbyt negatywny obraz służby zdrowia, odpowiada: – Przecież ten film zainspirowali sami lekarze, ratownicy, położne i pielęgniarki. To oni przyszli do mnie, opowiadając o bolączkach i o ciemnej stronie medycyny. Ten film jest diagnozą rzeczywistości.

Medioznawca i ekspert ds. kultury masowej prof. Maciej Mrozowski, pytany o popularność filmów Vegi, również zwraca uwagę na ich autentyczność. – Nie pudruje, rozdrapuje rany, ludzie potrzebują rozliczenia z systemem – tłumaczy. I dodaje, że filmy te są oparte na faktach i sama ich forma wskazuje na ich autentyczność. Wymienia tu pewną „chropowatość" i „rwaną narrację". Jak w dokumencie – życie nie jest po prostu tak gładkie, jak filmowy scenariusz.

Obejrzałem, nie szczepię

O tym, że filmy Vegi stają się dla widzów przewodnikiem po rzeczywistości, który umożliwia zajrzenie za jej kulisy, świadczą internetowe wpisy fanów niezgadzających się z krytyką „Botoksu": „Polecam jeśli ktoś chce się obudzić z letargu i dostrzec rzeczy, których na co dzień nie doświadcza lub nie doświadczył, lub świadomie udaje że nie widzi"; „Film jest dobry, pokazuje to, co ciężko tak po prostu zobaczyć na co dzień"; „Niestety takie jest życie i tak właśnie wygląda rzeczywistość, takie rzeczy się dzieją i nie ma co się oszukiwać ze jest inaczej" – to tylko niektóre z nich. Sądząc po wpisach w sieci, na niektórych widzach film zrobił takie wrażenie, że odwiódł ich od szczepienia dzieci. To uboczny efekt nakreślonych przez Vegę w „Botoksie" relacji między lekarzami a branżą farmaceutyczną.

Ale Vega potrafi także wciągnąć widza w emocjonalną grę – przede wszystkim konstruując żywych bohaterów, zlepionych z niedoskonałości, z którymi łatwiej się utożsamić niż np. z kryształowo-szlachetnymi lekarzami z „Na dobre i na złe" czy policjantami z „Kryminalnych". – Nikt z nas nie jest do końca ani dobry, ani zły – mówi nam Vega. I dodaje, że dlatego buduje postaci „budzące ambiwalentne uczucia, których jesteśmy gotowi bać się, nienawidzić, a jednocześnie im współczuć". Reżyser podkreśla, że tego właśnie oczekuje widz. – Człowiek, który płaci 30 zł za bilet do kina, powinien za to dostać dobrą, emocjonalną rozrywkę, która trwa dwie godziny. Moi bohaterowie dopomagają w konstruowaniu emocjonalnego rollercoastera – dodaje.

Owej rozrywki brakowało Vedze np. w filmie „Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego, ostatnim polskim filmie, który oglądał. – Za mało się w nim działo. Doceniam, że był dobrze zagrany i wyreżyserowany, natomiast w sensie samej story uważam, że cudzoziemcy przekręciliby tę historię pięć razy w trakcie filmu, twistów (zwrotów akcji – red.) byłoby dużo więcej. Może miałem kiepski dzień, ale usnąłem na tym filmie – mówi. Smarzowski dokonuje drobiazgowej wiwisekcji zła, Vega zaś wplata zło w wartki bieg codzienności. Może dlatego tego pierwszego kochają kinomani, a tego drugiego – ci, którzy nie oglądają filmów nagradzanych na festiwalach.

Vega jest świadom, że prawdopodobnie znalazł się w szczytowym momencie kariery, i nie zamierza zwalniać tempa. W lutym 2018 r. wejdzie na ekrany kręcony przez niego obecnie film o kobietach mafii. Na 2019 r. planuje premierę filmu o środowisku sędziowskim: – Nie odczuwam znużenia. Gdybym robił serial, w którym miałbym odmienianie tej samej historii przez przypadki, to byłoby nużące. Ale kiedy wskakuję nieustannie w nowe historie, w nowe światy, za każdym razem to mi daje power i energię do tworzenia nowego filmu. Tempo jest szybkie, ale z drugiej strony 20 lat czekałem na to, żeby mieć możliwości, by to robić. Czuję, że wiatr wieje mi w żagle. I staram się płynąć. ©℗

"Rzeczpospolita"