Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Karykatura lepsza od biografii

Barbara Hollender 30-01-2018, ostatnia aktualizacja 30-01-2018 10:10

Michel Hazanavius, twórca oscarowego „Artysty", mówi „Rzeczpospolitej" o filmie „Ja, Godard", który w piątek wchodzi do kin.

Trzeba liczyć się ze zdaniem ludzi. Próbuję robić filmy dla nich
źródło: materiały prasowe
Trzeba liczyć się ze zdaniem ludzi. Próbuję robić filmy dla nich

Rzeczpospolita: Trzeba mieć dużo odwagi, żeby zrobić film o Godardzie.

Michel Hazanavius: Pewnie tak, zwłaszcza we Francji. Ale przeczytałem książkę napisaną przez jego pierwszą żonę Anne Wiazemsky i zakochałem się w jej bohaterach. To pasjonująca historia miłosna, na dodatek zanurzona w bardzo interesujących, naznaczonych rewoltą latach 60.

W wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana" powiedział pan: „Godard przypomina przywódcę sekty, ale ja jestem agnostykiem".

Wiazemsky spisała swoje wspomnienia i miała do tego pełne prawo. Tymczasem wielu fanów Godarda było oburzonych i miało do niej pretensje. Bo dotknęła narodowej świętości. Geniusza. Ikony. Niebywała sytuacja, która zresztą ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się dzisiaj w świecie kina. Czy dlatego, że ktoś robi świetne filmy, ma nie być osądzany jako człowiek? To nie jest takie proste. Ja w swoim filmie nie chcę burzyć legendy Godarda. Chcę tylko podkreślić: można jego kino szanować, wręcz uwielbiać, ale to nie znaczy, że nie wolno zrobić sobie z jego postawy życiowej czy politycznej żartu, że nie można go oceniać. A nawet stworzyć jego karykatury.

Narysował pan jego portret dość grubą kreską.

Bo to jest rodzaj komedii. Ale myślę, że gdzieś na końcu wyłania się z mojego filmu prawdziwy artysta. Ja naprawdę wierzę, że niosąca przerysowanie karykatura może czasem więcej powiedzieć o człowieku niż neutralna, mdła fotografia. Oczywiście starałem się w tym portrecie zachować prawdę i mam pewną satysfakcję, gdy ludzie, którzy go w tamtym czasie znali, mówią mi dzisiaj: „Tak. To on!".

Nie zdecydował się pan na typowy film biograficzny.

Zamiast prześlizgiwać się przez czyjeś życie, wolę przyjrzeć się momentowi, który człowieka w jakiś sposób kształtuje. I Godarda pokazuję właśnie w takiej chwili. Gdy miał już swoją pozycję, ale wciąż tkwił po stronie kina nowofalowego. Potem już nigdy nie wrócił w te rejony. Stał się samotnym artystą awangardowym. Uchwycenie czasu przemiany wydaje mi się ciekawsze niż pokazanie np., jak Godard na przełomie lat 50. i 60. kręcił „Do utraty tchu". To jeden z najważniejszych filmów w dziejach kina, ale odtwarzanie historii jego powstawania nie musi być fascynujące.

Po raz kolejny szuka pan inspiracji w świecie kina.

Tak, bo mam wrażenie, że rozumiem ten świat. Wiem, na czym polega opowiadanie historii. Przy „Artyście" ciekawił mnie język kina niemego, więc zrobiłem niemy film, używając najprostszych filmowych środków. Teraz interesowały mnie postacie Godarda i Wiazemsky, więc bawiłem się kolorem, klimatem. Musiałem też oczywiście zagłębić się w psychologię postaci, przysłuchać się rozmowom bohaterów, zrozumieć, co się kryje za ich słowami.

Czy Oscar, którego dostał pan za „Artystę", dużo zmienił w pana życiu?

Po uroczystości w Los Angeles wiele osób podchodziło do mnie i zapewniało: „Teraz twoje życie się zmieni". Od razu stawałem się podejrzliwy. Odpowiadałem: „Ależ moje życie całkowicie mnie satysfakcjonuje i wcale nie chcę, żeby się zmieniło. Kocham swoją żonę, mam czworo dzieci, robię filmy. Jest w porządku". Dziś, po sześciu latach, przyznaję, że stałem się bardziej rozpoznawalny jako reżyser i łatwiej mi sfinansować następne produkcje. Jak jesteś laureatem Oscara, stajesz się w przemyśle filmowym „kimś". Ale czy mnie ta nagroda zmieniła? Bez przesady. 44 lata żyłem bez statuetki złotego rycerza i nic się nie stało. Nie mając jej, też można robić swoje.

Co więc jest dla pana dziś w zawodzie ważne?

Mam 50 lat i przed sobą, w najlepszym przypadku, siedem–osiem filmów. Dlatego najważniejszy staje się wybór tematu. „Artysta" odniósł wielki sukces. Potem we wstrząsanej wojną Czeczenii zrobiłem „Rozdzielonych", którzy ponieśli potworną klapę. Dlatego dzisiaj staram się zachować własną wolność, ale też muszę sobie zadawać pytania: „Czego ode mnie oczekują widzowie?". Nie wiem, czym jest kino i jaką rolę ma ono pełnić we współczesnej cywilizacji, ale wiem na pewno, że trzeba liczyć się ze zdaniem ludzi. Próbuję robić filmy dla nich. W przeciwieństwie choćby do Godarda, dla którego najważniejsza była sztuka.

—rozmawiała Barbara Hollender

"Rzeczpospolita"