Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wydarzenia niemal jak u Hitchcocka

.Jacek Marczyński 30-03-2018, ostatnia aktualizacja 30-03-2018 12:57

Ten wielki festiwal zaskakująco powiązał w tym roku Beethovena z polską tradycją i współczesnością.

Krystian Zimerman i orkiestra Filharmonii Narodowej w koncercie inauguracyjnym.
autor: Bruno Fidrych
źródło: SLVB
Krystian Zimerman i orkiestra Filharmonii Narodowej w koncercie inauguracyjnym.

Czy można było się spodziewać, że czymś zaskoczy Wielkanocny Festiwal Beethovenowski w dwudziestym drugim roku istnienia, gdy od dawna kroczy sprawdzoną drogą? A jednak tak się stało i to nie z powodu dwóch wielkich muzycznych gwiazd, które zaprosił. Tegoroczna edycja miała przede wszystkim staranniej przemyślany program.

Ponad dwa tygodnie z 18 koncertami złączyło hasło wybrane na 2018 rok: „Beethoven i wielkie rocznice". Niektórym krytykom plasującym się po prawej stronie medialnego rynku dało to okazję do pytań o sens organizowania w Polsce festiwalu, któremu patronuje niemiecki kompozytor, skoro nikt w jego ojczyźnie nie czci tak Chopina.

Pojawił się też postulat, że w roku stulecia odzyskania niepodległości zamiast wyróżniać Amerykanina Leonarda Bernsteina, należy zająć się własnym muzykiem patriotą, Ignacym Janem Paderewskim.

Sądząc z zapowiedzi organizatorów wielu innych zdarzeń w nadchodzących miesiącach utworów tego Paderewskiego będziemy słuchać ciągle, z kulminacją przypadającą na listopad.

Inne spojrzenie

Wielkanocny Festiwal Beethovenowski wybrał więc własny, mniej banalny szlak. Tę jedną z najważniejszych w polskich dziejach rocznic potraktował jako pretekst do własnego spojrzenia na naszą tradycję. Obecność Beethovena uległa zatem stonowaniu, a polska historia została rozpięta między „Widmami" Stanisława Moniuszki a dwoma wielkimi utworami Henryka Mikołaja Góreckiego i Krzysztofa Pendereckiego, na których odcisnęła piętno historia.

„Widma" przywiezione do Warszawy przez Wrocławską Orkiestrę Barokową i chór Narodowego Forum Muzyki to przecież mało doceniana muzyczna wersja II części „Dziadów" Mickiewicza. Górecki był obecny poprzez niezwykły opis potęgi i bezkresu wszechświata, który zawarł w II Symfonii, skomponowanej na 500. rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika. Z kolei przesiąknięte tragicznym pesymizmem „Polskie Requiem" to refleksja Pendereckiego nad naszą historią wyznaczoną protestem 1980 r. i śmiercią Jana Pawła II w 2005 r. Obu utworom wysoki poziom zapewnili soliści oraz chór Filharmonii Narodowej i precyzyjnie grająca Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Macieja Tworka i samego Krzysztofa Pendereckiego.

Zapomniany dyrygent

Do wzbogacenia polskich wątków posłużyło nawet przypadające w tym roku stulecie urodzin twórcy „West Side Story" Leonarda Bernsteina. Na festiwal przygotowano publikację jego korespondencji z Arturem Rodzińskim, dyrygentem nieco przez nas zapomnianym, choć należy do najwybitniejszych artystów minionego stulecia. To on, jako szef Nowojorskich Filharmoników, zrobił młodziutkiego Bernsteina swoim asystentem i szybko dał mu szansę prowadzenia koncertu, co rozpoczęło wielką karierę amerykańskiego artysty.

Rocznicy Bernsteina zawdzięczamy obecność Krystiana Zimermana, którego trudno namówić na występ w kraju. Przyjechał, bo nagrywał z nim i koncertował, był ostatnim solistą, z którym Bernstein pojawił się na estradzie. W 2018 r. Zimerman podróżuje z jego II Symfonią „The Age of Anxiety". Ta kompozycja oparta na dialogu pianisty z orkiestrą wymaga wyjątkowego solisty, inaczej widoczne stają się „szwy" łączące jej elementy. On w tajemny sposób potrafi dodać jej blasku, zamieniając w dzieło frapujące.

Festiwal zaczął się jak film Hitchcocka: od trzęsienia ziemi spowodowanego pojawieniem się Krystiana Zimermana, a tuż po nim innej znakomitości, Anne-Sophie Mutter. Wybrała Koncert D-dur Beethovena i choć trudno w tym utworze granym przez wszystkich skrzypków świata odkryć coś nowego, jej interpretacja okazała się niezwykła.

Nowe pokolenie

W kolejnych dniach zasada Hitchcocka została złamana, napięcie bowiem nie rosło, ale trudno znaleźć indywidualności, które byłyby w stanie przebić tę dwójkę. Festiwal wybrał inną możliwość. Odkąd jego organizator – Stowarzyszenie Ludwiga van Beethovena – zajął się promocją młodych artystów, coraz chętniej prezentuje nowe talenty.

Była zatem okazja do sprawdzenia, jak rozwijają się dwaj pianiści, którzy zwrócili na siebie uwagę na Konkursie Chopinowskim w 2015 r.: Łukasz Krupiński, a zwłaszcza Szymon Nehring. Po ubiegłorocznym zwycięstwie w Konkursie im. Rubinsteina w Tel Awiwie staje się już artystą międzynarodowym, wystąpił w Warszawie z Israel Camerata Jerusalem.

Łukasz Krupiński zaprezentował się w elegancko wykonanej „Fantazji na tematy polskie" Paderewskiego, wzbogacając wątek rocznicowy. A towarzyszyła mu Santander Orchestra – kolejna nasza młodzieżowa orkiestra, potwierdzając, że takie zespoły odgrywają słusznie dziś coraz poważniejszą rolę w życiu muzycznym Europy.

Kolejny podopieczny Stowarzyszenia to 25-letni Dawid Runtz, niedawno zdobył nagrodę na Konkursie Dyrygenckim w Hongkongu. Kontakty z festiwalem rozpoczął od przygotowania wieczoru chóralnej muzyki religijnej Bernsteina i Pendereckiego. W tej rywalizacji dwóch indywidualności zdecydowanie ciekawiej wypadły natchnione utwory polskiego twórcy.

"Rzeczpospolita"