Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Chemia z Poznania

Piotr Żelazny 08-04-2017, ostatnia aktualizacja 08-04-2017 00:47

W niedzielę hit ligi – Lech zagra u siebie z broniącą tytułu Legią.

Miroslav Radović w meczach z Lechem zdobył dla Legii trzy gole.
autor: Grzegorz Rutkowski
źródło: Rzeczpospolita
Miroslav Radović w meczach z Lechem zdobył dla Legii trzy gole.

Media okrzyknęły już ten mecz pojedynkiem o mistrzostwo Polski. Tymczasem więcej w tym zaklinania rzeczywistości niż zgodności z faktami.

Po pierwsze: ani gospodarze z Poznania, ani goście z Warszawy nie zajmują pierwszego miejsca w tabeli – wciąż na czele ligi jest najskromniejsza z kwartetu walczącego o tytuł Jagiellonia Białystok (w piątek wieczorem gra w Lubinie z Zagłębiem).

Po drugie: do końca sezonu zasadniczego zostały trzy kolejki, po których nastąpi podział ligi i punktów na pół, a następnie zostanie rozegranych jeszcze siedem spotkań. Do ostatecznych rozstrzygnięć więc bardzo daleko.

Prawdopodobnie z tym dziwolągiem, jakim jest system ESA37 (37 kolejek, podział punktów i zespołów na grupę mistrzowską oraz spadkową), kibice piłkarscy nie będą już musieli żyć zbyt długo. W czwartek PZPN rozpoczął ustami Zbigniewa Bońka kampanię mającą na celu zmianę systemu rozgrywek, który obowiązuje od 2013 roku.

PZPN nie decyduje o kształcie ligi, system musi zatwierdzić Ekstraklasa SA, czyli kluby. Jak jednak wieść gminna niesie, koalicja jest już zmontowana. Inaczej Boniek i związek nie wychodziliby przed szereg. Jeden z pomysłów to powiększenie ligi do 18 drużyn. Inny to utrzymanie obecnego systemu, ale bez wzbudzającego największe kontrowersje podziału punktów na pół po rundzie zasadniczej. Być może takie rozwiązanie miałoby obowiązywać już od przyszłego sezonu.

Powiększenie ligi ma zasadniczy minus dla podejmujących tę decyzję klubów zrzeszonych w spółce Ekstraklasa SA – oznacza to mniejsze wpływy z praw telewizyjnych. Zamiast dzielić pulę na 16 części, należałoby dopuścić do podziału kolejnych dwóch beneficjentów.

Tak czy inaczej to wszystko melodia przyszłości, a mecz Lecha z Legią już w niedzielę.

– Oczywiście za wcześnie, by nazywać to spotkanie pojedynkiem o tytuł, ale proszę zwrócić uwagę, że zespół, który zajmie pierwsze miejsce w tabeli, w rundzie dodatkowej podejmie u siebie zarówno drugą, jak i trzecią drużynę. Jest więc o co walczyć, bo jednak gra na własnym stadionie bardzo ułatwia zadanie – mówi Dariusz Dziekanowski, były reprezentant Polski i zawodnik Legii.

Lech miał fantastyczny początek wiosny, wygrał pięć spotkań z rzędu, awansował do finału Pucharu Polski, ale w dwóch ostatnich kolejkach zaliczył dwa bezbramkowe remisy.

– Gdy czytam o zadyszce Lecha albo nawet o kryzysie, to chce mi się śmiać. Zresztą piszą to ci sami, którzy jeszcze przed chwilą Lecha koronowali – przekonuje Bartosz Bosacki, były kapitan Kolejorza, strzelec dwóch goli na mistrzostwach świata w 2006 roku. – Bezbramkowy remis z Łęczną to nie sensacja. Wiem, jak się gra przeciwko ostatniemu zespołowi w tabeli. A jeszcze Łęczną prowadzi Franciszek Smuda, dla którego każda wizyta w Poznaniu to wyzwanie ambicjonalne. 0:0 z Wisłą w Krakowie też nie jest złym rezultatem. Wisła u siebie nie zwykła oddawać punktów.

To akurat prawda – po raz ostatni Biała Gwiazda przegrała mecz u siebie w siódmej kolejce – było to 26 sierpnia zeszłego roku.

Lech wiosną imponuje grą w defensywie. Stracił zaledwie jednego gola – w wygranym 4:1 spotkaniu z Arką, z którą zmierzy się w finale Pucharu Polski 2 maja na Stadionie Narodowym. – To wynika nie tylko z dobrej postawy obrońców, ale też bardzo umiejętnej gry defensywnej całego zespołu – analizuje Bosacki. – Widać, że piłkarze Lecha sobie nawzajem pomagają, jest chemia w tym zespole. Pomoc partnerom jest czymś w futbolu normalnym, ale ja widzę, że oni to robią z wielką chęcią.

Dziekanowski twierdzi, że to Legia ma piłkarzy bardziej kreatywnych i obdarzonych większymi umiejętnościami. Natomiast w Lechu dostrzega przede wszystkim świetny zespół.

– Przyjście trenera Nenada Bjelicy sprawiło, że piłkarze, którzy przecież i tak należą do najlepszych w lidze, stali się prawdziwym zespołem. Tam jest wszystko poukładane, każdy wie, co ma robić. Grają fajny dla oka, nowoczesny futbol do przodu, przy tym są świetnie zorganizowani w defensywie. Natomiast Legia to fajerwerki, iskry i fantazja. Ale czasem nie widać w tych piłkarzach zespołowości, drużyna się rozłazi – mówi dawny ulubieniec kibiców z Łazienkowskiej. – Ale w drużynie Jacka Magiery jest kilku zawodników, którzy potrafią samodzielnie zmienić losy meczu, robiąc coś z niczego.

Z tą tezą zgadza się Bosacki, ale podkreśla: – Piłka nożna to sport drużynowy, indywidualnie żaden zawodnik nigdy jeszcze mistrzostwa nie wygrał, punktów nie zdobył. Legia oczywiście ma potencjał, by w Poznaniu wygrać, ale dla mnie faworytem jest jednak Lech. Nie tylko dlatego, że do Kolejorza zdecydowanie mi bliżej, ale też dlatego, że widzę, co z tym zespołem zrobił Bjelica.

Ostatnimi czasy ligowy klasyk poziomem nie zachwycał. Nie było wielu bramek, dobrej gry, nie brakowało natomiast emocji. Jesienią przy Łazienkowskiej Lech w ostatniej minucie wyrównał na 1:1, a chwilę później decydująca bramkę dla Legii zdobył były zawodnik Lecha Kasper Hamalainen. W dodatku ze spalonego.

Emocji w Poznaniu z pewnością też nie zabraknie. Pytanie tylko, czy tym razem poziom meczu będzie wyższy niż ostatnio.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: piotr.zelazny@rp.pl

"Rzeczpospolita"