Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zdrajcą się nie czuję

Piotr Żelazny 14-04-2017, ostatnia aktualizacja 14-04-2017 09:18

Fiński piłkarz Legii Warszawa, który już dwukrotnie pogrążył swój były klub – Lecha Poznań.

autor: Nowak Piotr
źródło: Fotorzepa
Kasper Hamalainen, mistrz Polski z Lechem i Legią, 51 meczów w reprezentacji Finlandii, 7 goli.
autor: Grzegorz Rutkowski
źródło: Rzeczpospolita
Kasper Hamalainen, mistrz Polski z Lechem i Legią, 51 meczów w reprezentacji Finlandii, 7 goli.

Rzeczpospolita: Jako dziecko kibicował pan jakiejś drużynie?

Kasper Hamalainen: W moim rodzinnym mieście, Turku, są dwa kluby – Inter oraz TPS. Byłem zawodnikiem najpierw pierwszego z nich, później drugiego, ale w Finlandii futbol nie wywołuje aż takich emocji jak w Polsce, i to nigdy nie było traktowane jako coś złego, że grałem w obu tych klubach. Tam nie ma takiej rywalizacji między lokalnymi zespołami. Piłka nożna u nas nie stoi też na takim poziomie, więc siłą rzeczy podpatrywałem najlepszych zawodników z całego świata, a moim ulubionym piłkarzem był Thierry Henry. Dlatego stałem się kibicem Arsenalu. Ale miałem też plakaty innych zawodników – Francesco Tottiego, Alessandro Del Piero, przy okazji mistrzostw świata czy Europy zbierałem oczywiście naklejki dodawane do gumy do żucia.

I poczuł się pan wtedy, jako dziecko, zdradzony przez piłkarza?

Nie. Wiem, do czego pan zmierza, ale naprawdę nigdy czegoś takiego nie czułem. Może dlatego, że te najgłośniejsze transfery, jak przejście Luisa Figo z Barcelony do Realu Madryt, nie dotyczyły klubu, któremu kibicowałem. Zresztą byłem większym fanem Henry'ego niż Arsenalu.

Do Arsenalu trafił kapitan Tottenhamu Sol Campbell, co zostało uznane za zdradę przez kibiców Spurs...

Z kolei później z Arsenalu do Manchesteru United przeszedł Robin van Persie, ale wtedy już byłem za stary, żeby się emocjonować takimi rzeczami.

A kiedy zdał pan sobie sprawę, że piłkarz jest najemnikiem?

Chyba zacząłem rozumieć, że to praca jak każda inna, gdy wyjechałem z Finlandii i przeszedłem do szwedzkiego Djurgardens. Później była kolejna przeprowadzka – do Polski, do Lecha. Wtedy zobaczyłem, jak to działa, negocjacje transferowe, że grasz tam, gdzie ci zaoferują najlepsze warunki, gdzie się dogadasz w sprawach, na których ci zależy, że to po prostu praca.

Gdy strzelał pan gola Lechowi w czwartej minucie doliczonego czasu gry, a było to pańskie drugie trafienie w ostatnich sekundach przeciwko byłemu klubowi, poczuł pan chociaż odrobinę współczucia dla tych kibiców, którzy niegdyś pana kochali?

Ten gol to było coś nierealnego... Wszedłem na boisko chwilę wcześniej, wiedziałem, że może będę miał jakąś okazję, może pół okazji. Adam Hlousek ostro ruszył do przodu i pobiegłem za tą akcją, dostałem od niego naprawdę perfekcyjne podanie. To oczywiste, że nie współczułem kibicom Lecha ani piłkarzom. Gram dla Legii, wykonuję swoje zadania najlepiej jak mogę, więc to chyba naturalne, że takie myśli nie przeszły mi przez głowę.

A z czasem, już po meczu, też się nie pojawiły?

Nie. Tym razem też nikt do mnie nie dzwonił, nie wygrażał, nie mówił, co też najlepszego zrobiłem. Było spokojnie. Zresztą wydaje mi się, że ludzie naprawdę doskonale rozumieją, że to futbol i wykonuję po prostu swoją robotę.

Gole strzelane w doliczonym czasie gry są dla was, zawodników, czymś specjalnym?

Oczywiście. Nie zdarzają się zbyt często, a zwycięstwa w ostatnich sekundach smakują najlepiej. Zdecydowanie. Dają mnóstwo energii, zastrzyk pewności siebie całemu zespołowi. Do następnego meczu przystąpimy z nową, świeżą energią. Bardzo potrzebowaliśmy takiego wyniku, tego pozytywnego doładowania.

Dużo pan takich bramek strzelił?

Nie, szczerze mówiąc, niezbyt wiele. Tak zupełnie serio, to w tej chwili pamiętam tylko te dwie z meczów z Lechem...

Warszawa jest lepsza od Poznania? Zaaklimatyzował się pan tutaj? W końcu jednym z powodów pańskiego odejścia z Lecha było, że pańskiej rodzinie nie do końca się podobało w Wielkopolsce.

Warszawa to większe miasto, jest tu więcej obcokrajowców, siłą rzeczy więcej Finów, istnieje nawet niezbyt duża fińska społeczność, z którą się czasem spotykamy. Rzadko, ale mimo wszystko jest taka możliwość.

I co, idziecie do sauny?

Nie, raczej coś zjemy, spotykamy się całymi rodzinami. W Warszawie jest w porządku, zaaklimatyzowaliśmy się.

A co z pańską pozycją w drużynie? Nie tak to miało wyglądać, że będzie pan wchodził z ławki.

Zdecydowanie nie tego oczekiwałem i inaczej to sobie wyobrażałem. To oczywiste. Ale muszę pracować dalej i wykorzystać każdą szansę.

Pierwszy raz w karierze nie jest pan zawodnikiem pierwszego wyboru?

Tak. W Finlandii, później w Szwecji i w Lechu zawsze wybiegałem w pierwszym składzie. Bycie rezerwowym to dla mnie coś nowego. Te role mocno się różnią. Przygotowanie mentalne jest zupełnie inne dla zawodnika wchodzącego z ławki. Trzeba być cierpliwym, nie załamywać się, tylko mocno pracować, by dostać szansę. Gdy wchodzisz na boisko w trakcie meczu, to oczywiście myślisz o tym, by się pokazać, czegoś dokonać, wywalczyć miejsce w składzie. To nie jest łatwe. A w Legii są naprawdę bardzo dobrzy piłkarze, więc zadanie jest jeszcze trudniejsze.

Wejście na 5, 10, 15 minut z taką myślą w głowie, że trzeba koniecznie czegoś dokonać, nie spala?

Gdy pojawiasz się na boisku 10, 5 minut przed końcem, kibice pewnie zbyt wiele od ciebie nie oczekują. Wiedzą, że to mało czasu. Wejście na pół godziny, całą połowę, to jest inna sprawa – fani spodziewają się, że odciśniesz piętno na meczu. Ale w takich chwilach jak w Poznaniu, gdy twój zespół przegrywa 0:1, a ty wchodzisz na samą końcówkę i nikt się nie spodziewa, że przesądzisz o losach spotkania, bo dostałeś dosłownie kilka minut, wtedy nie masz absolutnie nic do stracenia, a mnóstwo do zyskania.

Ma pan już 30 lat, to pewnie nie jest najlepszy moment w karierze na bycie rezerwowym...

Na pewno łatwiej jest wchodzić z ławki, gdy ma się 20–22 lata i całą karierę przed sobą. Podpisałem z Legią dość długą umowę, do czerwca 2019 roku. To był jeden z moich warunków, bardzo mi zależało na tym, by w tym wieku mieć stabilizację, móc się gdzieś zadomowić, nie musieć myśleć o tym, co za pół roku itd. Bardzo się cieszę, że Legia na te warunki przystała, to było bardzo ważne.

Nie brakowało głosów, że znalazł się pan w Legii, bo pojawiła się okazja sprowadzenia piłkarza od wielkiego rywala, w dodatku ulubieńca kibiców, a nie dlatego, że był pan naprawdę Legii potrzebny. Co pan na to?

Zdaję sobie sprawę, że być może odegrało to pewną rolę w moim transferze. Ale dla mnie najważniejsze było, że Legia zgodziła się na umowę, dzięki której mam komfort pracy. Wiedziałem, że Legia będzie walczyć o mistrzostwo w każdym sezonie, że pojawi się szansa na grę w Lidze Mistrzów. Nazywanie mnie ofiarą rozgrywek między Legią a Lechem nie oddaje rzeczywistości.

Jeśli chodzi o trofea, to ten transfer się broni.

Jasne, w pierwszym sezonie dublet, teraz też walczymy o tytuł, zagrałem w Lidze Mistrzów, oczywiście na pewno nie tyle, ile chciałbym, bo zaledwie kilka minut przeciwko Sportingowi, tu w Warszawie. Ale z drugiej strony było to nasze jedyne zwycięstwo i decydujące o awansie punkty.

Przejmuje się pan krytyką? Wypominaniem pensji?

Nie, zupełnie się tym nie przejmuję. Sam wiem najlepiej, że gdy tylko dostaję szansę, robię wszystko, by pomóc Legii. Czuję, że choć nie gram tyle, ile bym chciał, mam spory wkład w nasze wyniki. Moje statystyki, mimo małej liczby minut na boisku, są niezłe: strzeliłem pięć goli w lidze, jednego w Pucharze Polski, zaliczyłem kilka asyst.

Po zwycięstwie w Poznaniu czujecie się faworytem do tytułu?

Jak już powiedziałem – czujemy przypływ pewności siebie.

Z Lechem jeszcze na pewno w tym sezonie się spotkacie...

Zobaczymy, które miejsce zajmiemy na koniec sezonu zasadniczego. Od tego będzie zależeć, czy będziemy grali w Warszawie czy w Poznaniu. Występ w takim spotkaniu przed własną publicznością jest wielką przewagą.

Pan strzelał przeciwko Lechowi i przy Bułgarskiej, i przy Łazienkowskiej.

Tak, zdobyłem już pewne doświadczenie w tej kwestii, to prawda. Mam tylko nadzieję, że w tym następnym meczu zagram dłużej, najlepiej w podstawowym składzie.

A dla piłkarza lepszy jest hat trick czy zwycięski gol w doliczonym czasie gry?

Hat trick to zawsze coś wyjątkowego, szczególnie dla mnie, bo ja aż tylu bramek nie zdobywam. Ale gdybym miał wybierać, a rozumiem też, że pyta pan w kontekście meczu z Lechem, to wybrałbym zwycięskiego gola w ostatniej sekundzie.

"Rzeczpospolita"