Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Niech mówią co chcą

Janusz Pindera 24-06-2017, ostatnia aktualizacja 24-06-2017 00:00

Z Tomaszem Adamkiem przed jego sobotnią walką z Solomonem Haumono rozmawia Janusz Pindera.

źródło: EAST NEWS

Rzeczpospolita: Znamy się ponad 20 lat, ale już dawno nie widziałem cię tak zmotywowanego, cieszącego się każdą godziną ciężkiego treningu. Co sprawia, że czterdziestolatek zachowuje się tak, jakby dopiero rozpoczynał karierę?

Tomasz Adamek: Być może uświadomiłem sobie, że to jest wciąż mój świat, że na sali treningowej czuję się najlepiej i wiem, że stać mnie jeszcze na wiele.

Ale ludzie i tak powiedzą, że Adamek robi to tylko dla pieniędzy, że się już skończył, i wyciągną ci porażki z Wiaczesławem Głazkowem, Arturem Szpilką, Erikiem Moliną, nie wspominając o Witaliju Kliczce...

Niech mówią co chcą, ja swoje wiem. Pieniądze mam, dobrze zainwestowałem to, co zarobiłem, i teraz nie muszę się martwić. Mam kilka domów w New Jersey, gdzie mieszkam, wynajmuję je i do pierwszego wystarcza. Spokojnie mógłbym prowadzić życie rentiera. Ale gdy zaczynam trening, wiem, że za wcześnie na emeryturę. Kiedy więc Mateusz Borek złożył mi konkretną propozycję, nie zastanawiałem się ani chwili.

Masz nowego trenera, 43-letni Gus Curren wydaje się przeciwieństwem o 30 lat starszego Rogera Bloodwortha. A wydawało się, że będziesz z Rogerem do końca kariery...

I tak by było, ale on sam mnie przekonał, że czas na zmiany. Nie czuł się na siłach, by lecieć do Polski na tak długo i ciężko pracować. Miał wypadek, spadł w domu ze schodów i mocno się potłukł, był w szpitalu.

Jak znalazłeś Gusa Currena, trenera z Florydy?

Współpracował przed laty z Main Events, a tam wszyscy znają Ziggy'ego Rozalskiego i mnie przy okazji. Podpowiedzieli, że w Vero Beach jest taki młody, zdolny, chętny do ciężkiej pracy trener. Zadzwoniłem, zamieniliśmy kilka słów i szybko zrozumiałem, że właśnie mam fachowca, którego szukam.

Pracujecie razem już dziewięć tygodni, jak go oceniasz?

Ważniejsze, jak on ocenia mnie. Rewolucji nie ma, Gus i Roger to szkoła amerykańska. Jest jednak zasadnicza różnica, Gus daje mi w sali straszny wycisk, stawia na szybkość, bo wie, że to największa broń „małych ciężkich", takich jak ja. A jeśli chodzi o detale, to podniósł mi trochę lewą rękę, wydłużył lewy prosty, zmienił minimalnie ustawienie na bardziej frontalne.

Czyli znów mamy starego Adamka?

Nie do końca, to są kosmetyczne zmiany. Na razie, podczas sparingów wygląda to dobrze, ale zobaczymy, co przyniesie walka. Wiadomo, że ring weryfikuje wszystko.

Najwięcej sparowałeś z Adamem Kownackim, który 15 lipca w USA zmierzy się z Arturem Szpilką. Może sprawić niespodziankę?

A dlaczego nie? Ma czym uderzyć, zadaje dużo ciosów, jak trafi Szpilkę, to kto wie.

Wiesz, jak walczy Solomon Haumono; co o nim sądzisz?

Twardy, silny chłop. Ma bombę z prawej, ale nogi zostawia z tyłu. Taki trochę cepiarz. Jak będę szybki, to nie dam mu szans.

Wszyscy, którzy są z tobą w Osadzie Śnieżka, mówią, że jesteś szybki jak za dawnych lat. Przesadzają?

To się okaże w ringu. Czasami możesz być dobrze przygotowany, a rano w dniu walki wstajesz i już wiesz, że nic z tego nie będzie. Miałem to kilka razy.

Przed walką z Moliną w kwietniu ubiegłego roku też tak było?

Dokładnie tak. Wstałem, stanąłem przy łóżku, wyprowadziłem krótką serię i poczułem, że to nie to. Jakby cała energia gdzieś się ulotniła.

A może to już sportowa starość? Pierwszy tytuł mistrza Polski zdobyłeś w 1995 roku w Płońsku (jeszcze w wadze średniej – 75 kg). Upłynął szmat czasu, a ty wciąż wchodzisz do ringu i to w wadze ciężkiej...

Wszystkie parametry mówią, że mój wiek biologiczny jest niższy niż metrykalny. I ja się tak czuję, patrzę na swoje ciało i widzę, że jestem młodszy niż kilka lat temu.

Trzeci raz przygotowujesz się do walki na Polsat Boxing Night w Osadzie Śnieżka. Miałeś wcześniej taki komfort, taką opiekę najlepszych specjalistów?

Miałem dobre obozy w Poconos w Pensylwanii czy w Houston, przed pojedynkiem z Chrisem Arreolą, ale faktycznie, tu czuję się wyjątkowo. Mam wszystko, co potrzebne do treningu, do tego specjalnie dostosowaną dietę. Dawno już tak mało nie ważyłem. A to znak, że będę szybki.

Wiem, co zaraz powiesz: jak jestem szybki, to nikt mnie nie pokona. Naprawdę wierzysz, że jeszcze możesz zawojować świat?

Poczekajmy do soboty. Jak wygram w dobrym stylu z Haumono, to z Mateuszem Borkiem pomyślimy o naprawdę wielkiej walce.

Chcesz powiedzieć, że Borek jest teraz twoim promotorem?

Niczego nie podpisywaliśmy, słowo wystarczy. Na najbliższej gali jestem zawodnikiem MB Promotions, a co będzie później, zobaczymy.

A co na to twój stary przyjaciel Ziggy Rozalski?

Życzy wszystkiego najlepszego, ale na walce go nie będzie.

Żona i córki obejrzą pojedynek w domu, w Kearny?

Myślę, że tak. Nie są zadowolone, że walczę, ale to moja decyzja.

Wiesz, co chcesz robić, kiedy już zakończysz karierę?

Pomyślę o tym, gdy zawieszę rękawice na kołku. Na razie koncentruję się na tym, co mnie czeka w sobotę. Bloodworth, gdy zadzwonił, mówił, że się będzie modlił za moją wygraną.

Nie tęsknisz już za rodziną? Jesteś poza domem już trzeci miesiąc.

Jestem w pracy. Żona też pracuje, jest pielęgniarką na Manhattanie, starsza córka idzie w ślady matki i studiuje pielęgniarstwo, młodsza kończy szkołę średnią. Chce być prawnikiem. Ale chciałaby też spróbować swych sił w boksie.

Czy to żart?

Na to wygląda, ale naprawdę ma talent, dryg do sportu. Biega sprinty, jest uzdolniona ruchowo i jestem przekonany, że w ringu dałaby sobie radę, bo naprawdę mocno bije. Ale co najwyżej potrenuje, tak tylko dla siebie.

Przed laty, gdy wraz z rodziną leciałeś do USA, by tam zamieszkać i kontynuować zawodową karierę, pytałem, czy to na stałe. Dziś chyba nie ma już sensu pytać?

Tam jest teraz mój dom, córki wrosły mocno w Amerykę, żona nostryfikowała dyplom i podjęła wreszcie pracę zgodnie ze swoim wykształceniem, więc chyba faktycznie nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Ale nigdy nie wiadomo, co życie przyniesie. —rozmawiał Janusz Pindera

"Rzeczpospolita"