Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Plan wreszcie wykonany

Łukasz Majchrzyk 02-07-2017, ostatnia aktualizacja 02-07-2017 00:05

Po 14 latach przerwy Legia wraca do koszykarskiej ekstraklasy. Z historią i kibicami, ale też z problemami.

Po dobrej grze w sezonie koszykarze Legii mieli powód do radości
autor: Marcin Bodziachowski
źródło: Fotorzepa
Po dobrej grze w sezonie koszykarze Legii mieli powód do radości

– Klub mój widzę wielosekcyjny – może powiedzieć prezes Dariusz Mioduski, który na żywo, w Gliwicach, oglądał decydujący o awansie mecz. Już nie tylko piłkarze będą grali w najwyższej klasie rozgrywkowej. Od nowego sezonu dołączą koszykarze, którzy w finale 1. ligi pokonali GTK Gliwice i wykonali plan, jakim był powrót do Polskiej Ligi Koszykówki. Wprawdzie udało się go wykonać z rocznym opóźnieniem, bo na 100-lecie warszawskiego klubu lepsze okazało się Miasto Szkła Krosno, ale dla stołecznych kibiców najważniejsze jest, że wreszcie się udało.

Dawne czasy

Koszykówka w Legii ma bogate tradycje, ale ostatnie mistrzostwo Polski to rok 1969. Były i Puchary Polski, ale ostatni w 1970 roku. Hala Legii tętniła życiem i była miejscem, gdzie spotykały się gwiazdy sportu i estrady. Bywał na meczach koszykarskich Kazimierz Deyna, bywał Bohdan Łazuka. Kibicem koszykarskiej Legii był też Wojciech Gąssowski, który regularnie pojawia się na trybunach przy Łazienkowskiej, ale zapowiada też, że od przyszłego sezonu wróci na mecze koszykarskiej Legii. W 1962 roku do Warszawy z koszykarskim Realem Madryt przyjechał nawet legendarny prezes Santiago Bernabeu.

Piłkarscy kibice

Kto wie, może znowu będzie jak kiedyś, bo koszykarzy wspierają też piłkarze. Na meczach decydujących o awansie do ekstraklasy pojawili się m.in. Jakub Rzeźniczak, Vadis Odjidja-Ofoe, Dominik Nagy czy Miroslav Radović. Wielkim kibicem koszykówki jest też Aleksandar Vuković.

– Kuba Rzeźniczak bardzo mocno przeżywał spotkania z GTK Gliwice, ale najlepiej czują koszykówkę nasi piłkarze z Bałkanów: Rado i Vuko. Oni się w tym doskonale odnajdują, bo przypomina im to Partizana, gdzie koszykówka jest bardzo mocna – mówi członek zarządu Legii Warszawa Jarosław Jankowski.

Prezes koszykarskiej Legii Robert Chabelski dodaje, że Radovicia zna już od wielu lat i kiedy spotykał się z nim w serbskich restauracjach, to wielokrotnie był świadkiem, jak goście oglądali koszykówkę. Vuković wziął udział w charytatywnym meczu gwiazd, rozegranym dla fundacji dawców szpiku DKMS i przyznawał, że w Partizanie koszykówka jest nawet silniejsza niż sekcja piłkarska. Na parkiecie też radził sobie przyzwoicie.

To właśnie publiczność „piłkarska", czy jak woli prezes Jankowski, „legijna", wspierała koszykarzy w najtrudniejszych czasach, po spadku z ekstraklasy, a po powrocie fetowała przy Łazienkowskiej przed spotkaniem z Lechią Gdańsk. Bywało tak, jak wspominają starsi kibice, że na trybunach hali na Bemowie hulał wiatr, a na mecze przychodziło po 20 najzagorzalszych kibiców, którzy pamiętali jeszcze czasy chwały i podśmiewali się z następców Andrzeja Pstrokońskiego. Tamte, partyzanckie czasy, wspomina prezes Chabelski. – Było bardzo ciężko. W zasadzie na posterunku została tylko mała grupa prawdziwych pasjonatów, którzy próbowali odbudować koszykówkę w Legii. Przez wiele lat to było tylko życie z dnia na dzień, bez większych aspiracji. Pieniędzy starczało nam na wynajęcie hali i czasami drobne stypendia dla zawodników, ale bywało tak, że grało się dla chwały. To były czasy prób awansu i ponownych spadków. W najtrudniejszym momencie zgłosiliśmy się do ligi dosłownie „za pięć 12". Grał tam wtedy, kto chciał. Nie mieliśmy żadnych wymagań. Ktoś do nas wrócił z sentymentu, kogoś wyciągnęliśmy z rozgrywek amatorskich. Potem wskoczyliśmy na wyższy poziom, bo już było nas stać na zawodników wracających do sportu po kontuzjach – mówi „Rzeczpospolitej" Chabelski.

W końcu powstało stowarzyszenie „Zieloni Kanonierzy" i od tej pory zaczęły się lepsze czasy. Dzisiaj frekwencja jest bardzo dobra i na trybunach siadają już nie tylko kibice piłkarscy, ale też fani koszykówki. Przychodzą rodziny z dziećmi.

– Zaczęliśmy ściągać widzów spoza piłkarskiej Legii, którzy się interesują koszykówką. Naszego „młyna" nie trzeba się obawiać. To jest nasza największa wartość. Oni nadają ton dopingowi. To się ludziom podoba i dlatego przychodzą oglądać mecze – dodaje prezes Jankowski.

Mogłoby ich pewnie przychodzić więcej, ale hala na Bemowie jest mała, a w grę wchodzi jeszcze tylko Torwar (na Ursynowie nie ma koszykarskiego parkietu), tylko że największa warszawska hala jest oblegana i ciężko znaleźć wolne terminy, a trzeba się wpasować w terminarze kolejek ligowych.

– W najbliższym czasie będzie wiadomo, ile meczów rozegramy na Torwarze. Na pewno kilka się tam odbędzie. Chcielibyśmy, żeby to były najatrakcyjniejsze spotkania. Będzie potrzebna współpraca z Polską Ligą Koszykówki (PLK) przy układaniu terminarza – mówi prezes Jankowski.

Czy to nie jest porywanie się z motyką na słońce? Zapełnić Torwar to już prawdziwe wyzwanie. – Koszykarska Legia nie miała problemów z zapełnieniem Torwaru w drugiej i pierwszej lidze, więc tym bardziej nie powinniśmy bać się o to w PLK. Dwa lata temu na przełomie stycznia i lutego graliśmy na Torwarze trzy mecze z drużynami z Pruszkowa, Siedlec i Poznania, i wtedy frekwencja wahała się w przedziale 3300–3800 widzów. Na poziomie PLK tylko jeden mecz miał wtedy większą frekwencję, ówczesnego mistrza z wicemistrzem Polski – mówi rzecznik prasowy koszykarskiej Legii Bartosz Sosnówka.

Czas transferów

– Ciężko prognozować, o co Legia może grać w zbliżającym się sezonie. Ze względu na przepisy w 1. lidze można mieć tylko polskich zawodników, a wiadomo, że w koszykówce popularne są wzmocnienia z USA czy Bałkanów. Legia chce utrzymać trzon kadry z ostatniego sezonu i do tego ją wzmocnić. O nazwiskach nikt w klubie na razie nie mówi. Pojawiły się spekulacje, że może do Legii trafi rodowity warszawiak, reprezentant Polski, Kamil Łączyński. To byłby prawdziwy hit, ale o taki transfer będzie naprawdę ciężko.

– Rozmawiamy o kontraktach z naszymi zawodnikami. Trudno grać samymi Polakami, więc wzmocnienia z zagranicy są nieuniknione. Może też pojawić się ktoś z parkietów PLK, ale nie będzie nas stać na to, by przepłacać – deklaruje prezes Jankowski.

Na razie z drużyny odeszli: Łukasz Pacocha, Marcel Wilczek i Adam Linowski. Umowę podpisał za to trener Piotr Bakun, który wywalczył awans. Jaki budżet może mieć Legia? Wszystkie rozmowy powinny zostać zakończone do września i można się spodziewać, że budżet będzie na poziomie 3–4 mln złotych, nawet bliżej tej drugiej granicy. Jest grono sponsorów, którzy wspierają klub od czasów 1. ligi. Na zastrzyk pieniędzy z piłkarskiej Legii nikt nie liczy, lecz wieloaspektowe wsparcie ze strony „dużej" Legii trwa już od kilku sezonów. Na mistrzostwo Polski to jeszcze za mało, ale nikt nie wymaga tego już teraz.

Legia ma rosnąć i być coraz silniejsza. Są plany rozwoju akademii, przyciągania młodych chłopaków, chcących grać w koszykówkę. Warszawa tętniąca koszykówką? Nie takie sny o Warszawie się spełniały.

"Rzeczpospolita"