Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Pół wieku z pucharkiem

Bartosz Klimas 03-09-2017, ostatnia aktualizacja 03-09-2017 08:59

Na kortach warszawskiej Legii trwa 50. Turniej o Puchar Bohdana Tomaszewskiego, legendarnego dziennikarza, który w młodości był utalentowanym tenisistą.

Bohdan Tomaszewski podczas pierwszego turnieju w roku 1968 na nieistniejących już kortach Agrykoli.
źródło: materiały prasowe
Bohdan Tomaszewski podczas pierwszego turnieju w roku 1968 na nieistniejących już kortach Agrykoli.

Jak wspominał Bohdan Tomaszewski ten „pucharek" - tak zwykł nazywać nagrodę, o którą walczą młodzi tenisiści - jest spłatą długu i próbą przekazania radosnego wspomnienia o własnym zwycięstwie w podobnej imprezie jeszcze przed wojną.

– Pomysł stworzenia tego turnieju w 1968 r. podniecił mnie i ogarnął – mówił Bohdan Tomaszewski o początkach imprezy. – Nie zastanawiałem się wtedy, czy to będzie trwało kilka lat, czy sto.

Do setki jeszcze daleko, ale w ciągu półwiecza wydarzyło się niemało. Na drodze do krajowych i międzynarodowych sukcesów w dorosłym tenisie wygrywały w tym turnieju m.in. Iwona Kuczyńska, Magdalena Grzybowska, Marta Domachowska i Agnieszka Radwańska. Triumfował Michał Przysiężny.

Były przeprowadzki – z Agrykoli na Warszawiankę, a później na Legię, tak bliską patronowi turnieju. Wraz z nadejściem nowych czasów pojawili się sponsorzy – na parę lat turniej zyskał dopisek „by Microsoft", później „by BNP Paribas". W 1999 r. został wpisany do kalendarza międzynarodowych rozgrywek Tennis Europe, pojawiły się zagraniczne nazwiska i światowa nazwa – Bohdan Tomaszewski Cup.

Do niedawna turnieju doglądał sam patron. Podczas otwarcia albo spotkania przy pączkach mówił młodym uczestnikom parę słów. O sporcie, o tym, że ich zachowanie na korcie będzie bacznie obserwowane, o tym, że forsa (czasem używał tego słowa) to niejedyny cel. Mówił to, co trzeba było powiedzieć.

– Stoję przed wami z laską zamiast rakiety, ale wciąż na korcie – rozpoczął kilka lat temu. Ostatnią wizytę złożył na Legii w roku 2013. W 2014 r. goście mogli jeszcze wysłuchać nagranych przez niego pozdrowień.

Łzy na marynarce taty

Dziś honory domu pełni Izabella Sierakowska-Tomaszewska, która po śmierci męża przewodzi Fundacji Bohdana Tomaszewskiego. Ale przy turnieju jest od samego początku.

– Pomysł rzucił Janusz Hellich, który działał wówczas w klubie Agrykola, a mąż się do niego dość szybko przychylił. Może dlatego, że w latach 50. był już inicjatorem podobnego turnieju – pod patronatem „Expressu Wieczornego", w którego redakcji pracował – wspomina.

Początki były siermiężne, choć sympatyczne, także dzięki obecności licznych przyjaciół, np. Gustawa Holoubka. – Pierwsza edycja była kameralna, był to tylko warszawski turniej młodzików – zapamiętała jego zwyciężczyni Elżbieta Ślesicka (późniejsza reprezentantka Polski, m.in. w Pucharze Federacji). W tamtym finale pokonała swoją rówieśniczkę Alicję Resich.

– Było gorąco, jak na połowę czerwca przystało. Mecz zakończył się wynikiem 6:4, 6:4 – Ala zawsze była lepsza i kiedy w końcu z nią wygrałam, bardzo się cieszyłam. Cały turniej przebiegł fantastycznie, rozczarowały mnie jednak nagrody. Okazało się, że dla chłopców przygotowany był bardzo ładny puchar, a ja dostałam tylko talerz – wspomina Elżbieta Ślesicka.

– Myślę, że jedną z przyczyn porażki była moja dekoncentracja, gdyż podczas finału zobaczyłam swojego tatę (prof. Zbigniewa Resicha – red.) w towarzystwie samego Gustawa Holoubka – dodaje Alicja Resich-Modlińska. – W przerwie między setami zostałam mu przedstawiona, jak się okazało, Holoubek był młodszym kolegą taty z krakowskiego liceum. Pamiętam niezwykłe zielono-szare oczy aktora i życzliwy uśmiech. Chyba za bardzo chciałam się popisać przed tak zacną publicznością, a to zwykle źle się kończy. W efekcie przegrałam i długo roniłam łzy na klapie marynarki taty.

Przymus przeprowadzki

Wkrótce miejsce kortów Agrykoli zajęła Trasa Łazienkowska i w 1974 r. turniej przeniósł się na Warszawiankę. – To był najbardziej przyjazny czas, czuliśmy się tam „u siebie" – podkreśla Izabella Sierakowska-Tomaszewska. – Wtedy też turniej nabrał ogólnopolskiego rozmachu – pojawiło się poczucie, że coś znaczy w środowisku.

Janusz Hellich wyjechał do Norwegii, by tam uczyć tenisa, ale pamiętał o uczestnikach, przysyłał zachodni sprzęt tenisowy, który stanowił wtedy nie byle jaką nagrodę. Stery organizacji przejął Wacław Olszewski, a później Wiktor Wierniuk.

Około roku 2009 atmosfera wokół klubu Warszawianka stała się jednak niepokojąca – kwestionowano prawo do sprzedaży działek, które klub dostał od miasta na początku lat 90. Ministerstwo Sportu sprawdzało, czy 4,5 mln zł z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej na modernizację obiektu zostało prawidłowo wydane, słychać było pytania, dlaczego zyski z wynajmu kortów nie trafiają do kasy klubu, a do powołanej przez niego spółki.

W 2012 r. turniej przeprowadził się po raz drugi – tym razem na wyremontowane wcześniej za miejskie pieniądze korty Legii.

– Mam sentyment do Legii z powodu męża – mówi Izabella Sierakowka-Tomaszewska (Bohdan Tomaszewski był zawodnikiem tego klubu, z kortów Legii przeprowadził swoją pierwszą relację w Polskim Radiu – był rok 1947, Polska grała w Pucharze Davisa z Wielką Brytanią – red.). – Nie widzę innego miejsca na ten turniej, chociaż kłopotów nie brakuje, głównym jest zdobywanie pieniędzy. Odnoszę wrażenie, że kiedy nie ma człowieka, dla wielu osób nie ma też sprawy – przyznała gorzko podczas pierwszego turnieju bez redaktora (Bohdan Tomaszewski zmarł 27 lutego 2015).

Głosu już nie słychać

W tym roku budżet imprezy wsparły miasto i Ministerstwo Sportu, jednak, jak przyznaje Izabella Sierakowka-Tomaszewska, za każdym razem trzeba zaczynać od zera.

– Podpieramy się legendą – choć nie lubię tego słowa – Tomaszewskiego, ale nie jest łatwo, bo jego głosu już nie słychać. A czas biegnie, wszystko się szybko zmienia, młodzi żyją innym rytmem. Powiedzenie, że nie ma ludzi niezastąpionych, nie jest zbyt mądre. Może da się zastąpić kogoś w szeregu, ale nie można zastąpić indywidualności.

– Mam nadzieję, że tradycja tego turnieju będzie przekazywana niczym pałeczka w sztafecie lekkoatletycznej – wyznał przed laty Bohdan Tomaszewski.

Tradycja trwa, a turniejowi – podobnie jak na początku – kibicuje grupa przyjaciół, wśród nich Michał Kleiber, Teresa Sukniewicz, Adam Królak, Andrzej Person, Janusz Zaorski... Niestety, ubywa ich – niedawno odszedł Wiktor Osiatyński.

– Niektórzy z młodych uczestników – zauważa Izabella Sierakowska-Tomaszewska – wciąż pamiętają, kim był mój mąż. – Ale, z drugiej strony, czy jak ludzie jadą na French Open, to interesują się, kim był Roland Garros? Po prostu uczestniczą w międzynarodowym turnieju, który daje im punkty i możliwość awansu w rankingu.

Trzeba jednak mieć nadzieję, że ci nieliczni, którzy wiedzą, w jakim turnieju grają, przeczytają też choć jedną książkę Bohdana Tomaszewskiego i po tej lekturze spojrzą na sport inaczej. Książki te od dawna nie były wznawiane, może znajdzie się wydawnictwo, które to zmieni i w przyszłym roku uczestnicy dostaną w prezencie np. „Romantyczne mecze". To by świetnie pasowało do pucharku.

"Rzeczpospolita"