Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wodę kochałem zawsze

Wiktor Piotrowicz 30-12-2017, ostatnia aktualizacja 30-12-2017 10:35

O walce z zimnem, ciemnością i falami oraz o zbawczej sile herbaty opowiada pływak, który jako pierwszy na świecie pokonał Bałtyk wpław.

Każdy przepłynięty kilometr przez Sebastiana Karasia oznaczał więcej środków na leczenie dwójki dzieci.
źródło: materiały prasowe
Każdy przepłynięty kilometr przez Sebastiana Karasia oznaczał więcej środków na leczenie dwójki dzieci.

Rz: Wpisywał pan ostatnio swoje nazwisko w internetową wyszukiwarkę?

Sebastian Karaś: Nie...

Niemal wszystkie informacje dotyczą pana sukcesu, gdy przepłynął pan Bałtyk.

Z jednej strony to trochę męczące. Z drugiej przypomina mi o sukcesie, jaki osiągnąłem. Ludzie wciąż o tym mówią, media upominają się o wywiady. Traktuję to jako formę docenienia mojego wyczynu.

Wraca pan myślami do tego dnia?

Nie tylko. Dopiero niedawno udało mi się spotkać z zespołem i na kolacji podziękować za to, co dla mnie zrobili. Przy projekcie pracowało kilkadziesiąt osób, w samym Kołobrzegu przez pięć tygodni było ze mną kilkanaście, drugie tyle na łodzi...

Czuł pan presję?

Oczywiście. Zastanawiałem się, co ludzie o mnie myślą. Byłem nad morzem pięć tygodni, a tu ciągle nie ma dobrej pogody? Ludzi to dziwiło. Dostaliśmy wiadomość ze zdjęciem płaskiej tafli wody i zapytaniem: „Czemu Sebastian nie płynie?".

No właśnie – czemu?

To, że przy brzegu nie ma fal, woda przez kilka mil jest płaska, wcale nie znaczy, że dalej jest podobnie. Ląd osłaniał morze od wiatrów wiejących z południa, ale potem fala się rozpędzała i przy Bornholmie były kilkumetrowe fale.

Jakie to uczucie, gdy dowiedział się pan, że czas wejść do wody?

Musiałem nagle zmienić sposób myślenia. Nie patrzyłem już w ekran telefonu, wypatrując, czy będzie dobra pogoda. Adrenalina, stres. Wchodzę do wody. Pamiętam dokładnie – 28 sierpnia o 19.09. Jeszcze nie wiedziałem, co tak naprawdę mnie czeka.

Co czekało?

Na początku walka z zimnem i ciemnością. Pierwsza noc była najbardziej stresująca, wówczas miałem największy kryzys. To był 40. kilometr, siódma godzina pływania po ciemku. A do tego doszły problemy z błędnikiem i żołądkiem.

Te same, przez które musiał się pan wycofać rok wcześniej?

Tak. Mój żołądek przestał pracować. Czułem, że zaraz zwymiotuję. Okropne uczucie, zwłaszcza gdy bujają tobą fale. Bałem się, że jest po wszystkim. Że nie dam rady, nie ma się po co męczyć. Ale pomogła mi herbata.

Herbata?

Podziałała jak zbawienie. Zmieniłem też system dostarczania pożywienia. Z początku miałem do dyspozycji miskę, którą opuszczano do mnie z burty co 45 minut. Ale przy większej fali miska mokła, jedzenie nie nadawało się do spożycia. Potem dostawałem je na specjalnym wysięgniku, pięciometrowym rozsuwanym kiju. W tamtym momencie dostałem mięso wołowe. To był przełom. Złe samopoczucie odpuściło, poczułem się, jakbym dopiero wszedł do wody.

No i wyszło słońce. Wszystko się poskładało. Czułem, że lecę. Wie pan, co jeszcze pomogło?

Słucham.

Fakt, że nie płynąłem tylko dla siebie. Robiłem to dla Magdy i Jasia. To dzieci, które zmagają się z porażeniem mózgowym. Każdy przepłynięty kilometr oznaczał, że dostaną więcej środków na leczenie i rehabilitację. To działało na moją psychikę. Poza tym – mimo ogromnego wysiłku – starałem się czerpać z pływania przyjemność. I myśleć optymistycznie. Że to mój czas, a potem czekają mnie tylko wspomnienia. Gdy płynąłem, myślałem, że to efekt mojej ciężkiej pracy.

Wówczas mówił pan, że zabijał czas, słuchając audiobooków. Jak było w Bałtyku?

Próbowałem, ale mimo że miałem specjalne słuchawki, fale ciągle wytrącały mi je z uszu. Do tego zagłuszały słowa, słyszałem niewyraźne pojedyncze dźwięki. Przy słuchaniu muzyki do uszu wpadał tylko przebijający się rytm. W końcu zrezygnowałem.

Ostatnie kilometry to już sama frajda?

Wprost przeciwnie. Zaczęła się druga noc, płynąłem trzy godziny po zmroku. Byłem w dobrej formie fizycznej, gdy pojawiła się informacja, że jestem dwa kilometry od Bornholmu. Niestety, to był błąd, czekało mnie jeszcze dziesięć. Podłamałem się, ale na chwilę.

Parę miesięcy wcześniej na basenie na warszawskich Bielanach płynął pan dobę bez przerwy. Co było trudniejsze?

Bałtyk. Głównie ze względu na fale. Bujały mną przez 28 godzin. Do tego temperatura wody, było naprawdę zimno. Ogrzewały mnie pianka i neoprenowe skarpety, ale też krępowały ruchy, musiałem mocniej zagarniać wodę rękoma.

Jednak gdy widziałem pana wychodzącego z basenu na Bielanach...

...nie wyglądało to dobrze. Pomagało mi wyjść z wody kilka osób, ratownicy medyczni. Moje oczy wyglądały, jakbym był bokserem po 12-rundowej walce, a nie pływakiem. To musiała być jakaś reakcja alergiczna. W każdym razie, wychodząc z wody na Bornholmie, czułem się lepiej.

Kto zaraził pana pływaniem?

Mama. Pływała amatorsko, pierwsza zabrała mnie na basen. Wodę pokochałem od pierwszego momentu. Nikt mnie nie musiał zmuszać, sam wstawałem o piątej rano, aby zdążyć na trening. I dlatego teraz jestem zdolny do przekraczania granic. Nie wiem, co musiało by się wydarzyć, bym nie przyszedł na trening. Czasem mi się nie chce, ale kiedy już wskoczę do wody, zapominam o zmęczeniu.

Nie marzył pan o karierze w reprezentacji, na igrzyskach?

Marzyłem. Pobiłem kilka rekordów Polski, zdobyłem kilkadziesiąt medali mistrzostw. Byłem krok od wyjazdu na igrzyska w Londynie w 2012 r. Pływałem 200 metrów grzbietem. Ale ostatecznie w kadrze mnie zabrakło. Przyszło zwątpienie.

Załamał się pan?

Tak. Ale to nie trwało długo. Miałem przecież dopiero 21 lat i mnóstwo pomysłów. Wpadłem na to, aby przepłynąć kanał La Manche. Udało mi się w 2015 r. – byłem ósmym Polakiem, który tego dokonał. Ale pragnąłem więcej...

Czego?

Bycia jedynym na świecie. Jak Matthew Webb, który przeprawił się przez La Manche w 1875 r. Chciałem zapisać się w historii. Udało mi się to na Bałtyku. Tego nikt mi nie zabierze. I znów chcę czegoś nowego. Robię kolejny krok, pływanie zmieniam na triathlon.    —rozmawiał Wiktor Piotrowicz

CV

Sebastian Karaś: 26-letni pływak. 50-krotny medalista mistrzostw Polski we wszystkich kategoriach wiekowych. W 2015 r. przepłynął kanał La Manche (41 km), a z czasem 8 godz. 48 minut ustanowił rekord Polski. W sierpniu 2017 r. jako pierwszy pokonał dystans z Kołobrzegu na wyspę Bornholm, spędził w wodzie ponad 28 godzin. Prowadzi akademię pływania, planuje rozpocząć karierę w triathlonie.

"Rzeczpospolita"