Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Tam naprawdę nie było niczego

Łukasz Majchrzyk 23-04-2018, ostatnia aktualizacja 23-04-2018 10:37

O tym, jak z niewielkiej miejscowości w powiecie ciechanowskim wyruszył w podróż po dwa złote medale olimpijskie w pchnięciu kulą, opowiada sportowiec.

autor: Michał Cizek
źródło: AFP

Rz: Wikipedia podaje: miejsce urodzenia Nasielsk, ale miejsce pochodzenia Słończewo.

Tomasz Majewski: Z Nasielskiem mam tyle wspólnego, że się tam urodziłem, i to tylko dlatego, że w Pułtusku był akurat remont szpitala. Właśnie w Nasielsku czynna była tzw. izba porodowa. Po moich dwóch medalach olimpijskich przykręcono tam nawet pamiątkową tablicę (śmiech). Pochodzę ze Słończewa, typowej wsi na Wysoczyźnie Ciechanowskiej. To nie są okolice pełne spektakularnych zabytków czy pomników przyrody. Słończewo jest znane, oprócz mnie, z dwóch rzeczy: cudu z 1979 roku, który był znany w byłym województwie ciechanowskim, i śmierci Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja", Żołnierza Wyklętego.

Nie wszędzie muszą być ruiny zamków.

To prawda. Kiedyś mój brat trafił na informację, że niedaleko nas była planowana jedna z lokalizacji elektrowni atomowej. Dlaczego akurat wybrano tamto miejsce? Bo nic tam nie ma (śmiech). Słończewo leży mniej więcej w środku drogi między Ciechanowem a Pułtuskiem.

Jeśli nie mam samochodu, to jak najłatwiej dostać się w pana rodzinne strony?

Teraz jest z tym problem. Kiedyś się jeździło autobusami. Do szkoły średniej dojeżdżałem w ten sposób, a teraz już chyba nie dałbym rady. Duża część lokalnych PKS-ów padła, bo to są raczej dość biedne okolice. Kiedyś był nawet autobus, który kursował z Warszawy i przejeżdżał przez Słończewo. Do dziś pamiętam, że startował o 17.15. Można jechać pociągiem do Gąsocina, ale potem trzeba dojść na piechotę jeszcze 8 kilometrów. W Gąsocinie przez chwilę zatrzymywał się nawet ekspres, bo stacja leży na trasie z Warszawy do Gdańska.

Daleko miał pan do przystanku autobusowego?

Na szczęście mój dziadek był sołtysem, więc przystanek miałem niemal pod domem. Moja wieś nie ma zwartej zabudowy, ale można powiedzieć, że mieszkałem w centrum – między przystankiem a sklepem (śmiech).

Ilu mieszkańców liczy Słończewo?

Myślę, że ze 160 osób ciągle tam mieszka. To mniej niż kiedyś, ale trochę domów jednak zostało. To nie jest wieś zupełnie na uboczu, ale też nie można powiedzieć, że to centrum cywilizacji.

Jakie możliwości w Słończewie ma chłopak, który chce czegoś więcej od życia? Pułtusk wyznaczał linię horyzontu?

My akurat ciążyliśmy w stronę Ciechanowa. Mam czwórkę rodzeństwa, z czego troje starszych ode mnie. Wiadomo było, że ja w Słończewie nie zostanę i wyjadę stamtąd na studia. Od małego wychowywaliśmy się z myślą, że trzeba się kształcić. Wiedziałem nawet, do jakiego liceum pójdę w Ciechanowie.

Rodzice nie namawiali, żeby zostać? Wypadałoby, żeby ktoś przejął gospodarstwo.

To poważny problem. Udzielałem nawet kiedyś wywiadu jednemu pismu rolniczemu i ten temat również poruszaliśmy (śmiech). Wiadomo, że ktoś musi przejąć ziemię, ale u nas na szczęście od początku było jasne, że będzie to najmłodszy brat. I tak właśnie się stało.

Czwórka rodzeństwa zapewniała towarzystwo. W niewielkiej wsi udawało się znaleźć również kolegów?

Dzieciństwo na wsi jest sielskie i nie da się tego do niczego porównać. Mam sześcioletniego syna i czasami sobie myślę, co ja w jego wieku mogłem robić, a co teraz może on. Kiedy miałem sześć lat, chodziłem, gdzie chciałem. Miałem totalną swobodę.

Łąki, strumyki, lasy?

Tam nawet lasu porządnego nie ma, są tylko kępy. Mamy stawy i pola. Największą różnicą w porównaniu z sytuacją mojego syna jest totalna swoboda, którą wtedy miałem. Może nie robiłem wszystkiego, co chciałem, ale mogłem o sobie decydować w znacznym stopniu.

W wieku 15 lat pojawił się sport...

Nawet wcześniej, bo mój ojciec interesował się sportem i po tacie odziedziczyłem tę pasję. Kiedy zacząłem rosnąć, zacząłem się bawić w sport.

Podobno pierwsza była koszykówka?

Tylko że nie miałem jej gdzie trenować. Teraz jest sala gimnastyczna, ale wtedy w mojej gminie nie było żadnego boiska do tego sportu. Koszykówką zaraził mnie starszy brat i interesowałem się tym sportem na tyle, na ile to było możliwe. Musiałem jednak sobie skonstruować kosze na podwórku i grałem sam. Już tego nie sprawdzę, ale pewnie w polskiej ekstraklasie bym sobie poradził, nawet jeśli nie dzięki technice, to samemu atletyzmowi. Jednak do lekkiej atletyki było mi bliżej. Już w szkole podstawowej startowałem w zawodach: pchałem kulą, rzucałem dyskiem, nawet wzwyż skakałem. Kiedy w wieku 15 lat szedłem do liceum, to już wiadomo było, że powinienem coś trenować, bo szkoda, żebym się zmarnował. Tym bardziej że brat stryjeczny był trenerem lekkiej atletyki i mnie wciągnął do tego sportu.

Lekkoatletyka to sport popularny w mniejszych miejscowościach, bo na samym początku nie wymaga wielkich nakładów finansowych? Rzucać dyskiem można na łące.

Wszystko zależy od ludzi. Wiadomo, że globalnie lekka atletyka jest skierowana do biednych ludzi. To nie jest tenis czy golf, w który musisz zainwestować wielkie pieniądze. Ciechanów dochował się wielu mistrzów, bo pracowali tam znakomici trenerzy. Sam trafiłem na świetnego Witka Suskiego i dalej się potoczyło. Baza była dość nędzna, nie wyglądała efektownie, siłownia była wielkości połowy kawiarni, w której siedzimy, ze ściętym dachem, ale mieliśmy tam sprzęt, który pozwalał na wykonywanie wszystkich ćwiczeń. To była nasza przewaga nad innymi klubami. Potem, gdy zacząłem jeździć po Polsce, mogłem porównywać warunki. Przez pierwszych pięć lat mojego trenowania naprawdę trzeba było się nagimnastykować, ale niósł nas ogromny entuzjazm. Nie mieliśmy dostępu do hali, ale nawet mróz nam nie przeszkadzał.

Lekkoatletyka to nie jest sport, który rozpala wyobraźnię młodego chłopaka.

Dlatego pierwsza była miłość do koszykówki, ale kiedy zacząłem trenować lekką atletykę, dużo bardziej mi się to spodobało niż kosz. Koszykówka w wydaniu profesjonalnym już mi się tak nie podobała. Chyba nie mam charakteru do sportów zespołowych.

Dzisiaj rodzice dowożą dzieci na treningi samochodami. Wtedy trzeba się było trząść w autobusie PKS?

Rano jechałem autobusem do szkoły. Miałem połączenie o 6.46, na szczęście mieszkałem 100 metrów od przystanku, więc wystarczyło, że wyszedłem w ostatniej chwili. Po lekcjach szedłem na trening. Po południu miałem trzy autobusy, z których ostatni odjeżdżał o 18.15 i musiałem na niego zdążyć, nieważne, jak długo trwał trening czy lekcje. To moje osiągnięcie, że przez pięć lat spóźniłem się na autobus tylko raz, chociaż wiele razy biegłem, żeby zdążyć. Autobus ruszał z dworca PKS, przejeżdżał przez most, mijał stadion, robił pętlę i miał jeszcze jeden przystanek w Ciechanowie, a potem już wyjeżdżał z miasta. Wiele razy łapałem autobus na moście albo biegłem – między blokami i przez targowisko – na ostatni przystanek. Co do minuty miałem wyliczone, o której najpóźniej mogę wyjść, żeby jeszcze zdążyć. Moi rodzice ze względu na to, że bardzo ciężko pracowali, w ogóle się moim sportem nie zajmowali, choć oczywiście cieszyli się z moich sukcesów.

Odjazd ostatniego autobusu chronił przed dziwnymi pomysłami, żeby gdzieś zboczyć z drogi?

Samo trenowanie przed tym chroniło. Nie miałem czasu na wiele rzeczy. Musiałem jeszcze lekcje odrabiać, bo byłem w klasie matematyczno-fizycznej w najlepszym liceum w Ciechanowie. Z czasem się okazało, że jestem bardziej humanistą niż umysłem ścisłym.

Ciężko było codziennie dojeżdżać autobusami?

PKS-y to duża część mojego życia, bo przez kilka lat nauki w liceum każdego dniach spędzałem w nich półtorej godziny w drodze do szkoły i z powrotem. Dużo wtedy czytałem, męczyłem wzrok. To są miłe wspomnienia, chociaż czasami autobus w ogóle nie przyjeżdżał. Wtedy wracałem pociągiem i z Gąsocina maszerowałem na piechotę.

Droga w szeroki świat wiodła przez Ciechanów.

Musiała tamtędy wieść. Powtarzałem drogę starszego rodzeństwa, bo wszyscy przez Ciechanów przeszli w swej drodze do Warszawy, bo stolica jest blisko. Od początku było wiadomo, że prędzej czy później wyląduje się w Warszawie.

Interesuje się pan astronomią.

To jedno z moich zainteresowań, mam nawet teleskop. Użyłem go kilka razy, ale teraz stoi w kącie. To kawał sprzętu, który się ciężko rozstawia. Mieszkając w Warszawie, nie da się obserwować nieba. W Słończewie jest dużo lepiej, bo dzięki temu, że zabudowania wsi są bardzo rozstrzelone, jest bardzo ciemno. Na razie zostaję w stolicy. Nie jestem warszawiakiem, nie jestem fanem Warszawy, ale tutaj żyje się bardzo wygodnie, zwłaszcza na Ursynowie, gdzie mam wszystko pod ręką.

Jaka jest obecnie sytuacja małych klubów, takich jak ten w Ciechanowie, które kiedyś wychowały wielkich mistrzów?

Dalej to robią. Nie oszukujmy się, w lekkiej atletyce nie ma ludzi z wielkich miast. Wystarczy spojrzeć na skład naszej reprezentacji i na to, skąd pochodzą kadrowicze. Przez wiele lat trenowałem w warszawskich klubach, ale ludzi pochodzących ze stolicy spotkałem niewielu.

Trudniej jest zostać sportowcem w Warszawie?

Z jednej strony prościej, bo są większe możliwości, a z drugiej strony – nie brakuje pokus, które od sportu odciągają. Chyba łatwiej zostać sportowcem w miejscu, gdzie jest to jedna z niewielu dostępnych ścieżek rozwoju.

Piłka nożna zżera większość talentów?

Prawdziwe talenty w każdym sporcie się obronią. Nawet jeśli ktoś urodził się na pustyni, gdzie nie ma niczego, to prędzej czy później trafi do dyscypliny, do której ma talent. Brakuje jednak ludzi na niższych piętrach piramidy. Oni w większości trafiają do piłki, bo rodzice myślą, że ich dzieci będą zarabiać wielkie pieniądze. Dobrze, że w ogóle trenują, chociaż większość się do sportu nie nadaje, a akademie służą do wyciągania pieniędzy. Rywalizacja między dyscyplinami to rzecz normalna i nawzajem sobie talenty podkradamy. W Stanach Zjednoczonych to jest prawdziwy problem. Wiadomo, że najzdolniejsi trafią do lig zawodowych. My w Polsce czekamy na efekt, który powinien przynieść boom na bieganie. Jeśli rodzice sami zaczęli biegać, to chętniej będą wysyłać dzieci do lekkiej atletyki. Pracujemy, żeby tak się stało.

Widać na Ursynowie dzieci grające na podwórku w piłkę lub koszykówkę?

Trochę ich jest, ale jak na potencjał dzielnicy, w której mieszka 160 tys. ludzi, to ciągle za mało. Podobno kiedy zbudują tunel na Ursynowie, to powstanie park z różnymi miejscami do uprawiania sportu. Może to nam pomoże?

W piłce nożnej pracują tysiące skautów, wyszukujących talenty. A jak to wygląda w lekkoatletyce?

Bardzo wiele dzieci wyłapujemy podczas zawodów szkolnych, bo na ogół zdolniejsze ruchowo dzieci tam startują. Prowadzimy program „Lekkoatletyka dla każdego". Czasami jakiś trop podeśle nauczyciel WF. Potem trenerzy idą i namawiają rodziców. Wiadomo, że jest lepiej, gdy pod ręką jest klub z dobrymi obiektami, ale nie wszędzie w Polsce się tak zdarza. Radom to jest w tej chwili modelowy ośrodek, którym się chwalimy. Mają własne obiekty i program. Lekkoatletyka działa tam prężnie, a tamtejsi młodzi są najlepsi w sporcie juniorskim. Dobrze jest też w Białymstoku, gdzie działa klub Podlasie.

Pojawia się czasem refleksja o miejscu, „gdzie zaczynałem drogę do dwóch złotych medali olimpijskich i wielu innych świetnych wyników"?

Nie ma myśli „O, jaki cud się stał" (śmiech). Gdzieś trzeba zaczynać. Normalnie się rozwinąłem, a tak się życie ułożyło, że zdobyłem mistrzostwa olimpijskie dzięki wielu sprzyjającym okolicznościom.   —rozmawiał Łukasz Majchrzyk

Urodził się w 1981 roku w Nasielsku. Czterokrotny uczestnik igrzysk olimpijskich – w latach 2008 i 2012 zdobył złoty medal. Stawał na podium mistrzostw świata i mistrzostw Europy oraz halowych mistrzostw świata i halowych mistrzostw Europy. Absolwent Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

"Rzeczpospolita"