Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Lech stracił prowadzenie

Piotr Żelazny 30-04-2018, ostatnia aktualizacja 30-04-2018 08:37

Drużyna z Poznania przegrała z Górnikiem Zabrze 2:4. Ostatni raz Lech stracił cztery gole w lidze w Poznaniu ponad 12 lat temu.

autor: Nowak Piotr
źródło: Fotorzepa
33. kolejka Ekstraklasy
źródło: Rzeczpospolita
33. kolejka Ekstraklasy

Lech, który miał najwięcej domowych zwycięstw w lidze, który ze stadionu przy Bułgarskiej uczynił twierdzę, przegrał drugi kolejny mecz u siebie i stracił pozycję lidera. Słowo „przegrał" nie oddaje zresztą skali porażki z Górnikiem.

Chociaż skończyło się na wyniku 4:2 dla gości, to w 73. minucie tablica pokazywała kompromitujące dla poznaniaków 0:4. Ostatni raz Lech stracił cztery gole w lidze w meczu rozgrywanym w Poznaniu w 2006 roku, gdy przegrał z Cracovią 3:4. Jedną z bramek dla Lecha zdobył ostatni chyba wciąż aktywny piłkarz z tamtego spotkania, czyli Marcin Wasilewski.

Ale nawet wtedy nie było momentu, by Lech przegrywał 0:4, a i emocji kibice, którzy wówczas pofatygowali się na stadion, przeżyli więcej. Cracovia prowadziła już 3:0, ale drużyna trenowana wtedy przez Franciszka Smudę pięć minut przed końcem doprowadziła do remisu i dopiero tuż przed gwizdkiem decydującą bramkę dla gości zdobył Piotr Giza. Później (w 2009 roku) Lech przegrał jeszcze 2:4 z Polonią Warszawa, ale we Wronkach.

W sobotę gospodarze zaczęli nieźle. Już w ósmej minucie w pole karne Górnika wpadł Kamil Jóźwiak i soczyście uderzył z 18 metrów, piłka minęła Tomasza Loskę, ale zamiast wpaść do bramki, odbiła się od słupka i wróciła w pole. Cztery minuty później po prostopadłym podaniu Radosława Majewskigo Jóźwiak znalazł się sam na sam z bramkarzem Górnika, ale przegrał pojedynek. Przy stanie 1:0 dla gości Loska dwukrotnie świetnie interweniował po uderzeniach głową Christiana Gytkjaera.

Jak z tego widać, Lech miał swoje szanse w sobotni wieczór. Zaczął je jednak wykorzystywać dopiero pod koniec spotkania, gdy frustracja kibiców sięgnęła zenitu, a dwa zdobyte gole nikogo na trybunach nie udobruchały.

Jedyna pozytywna wiadomość dla fanów Lecha, a zarazem dla Adama Nawałki, to powrót na boisko Macieja Makuszewskiego. Skrzydłowy wrócił po pięciu miesiącach pauzy – więzadła poboczne w kolanie zerwał w grudniu zeszłego roku. W spotkaniu z Górnikiem wszedł w 73. minucie i kilka sekund później zaliczył asystę przy golu Ołeksija Chobłenki.

Po meczu trener Lecha Nenad Bjelica robił dobrą minę do naprawdę złej gry: – Nie wstydzę się swojego zespołu. Oczywiście z wyniku nie mogę być zadowolony, ale w pierwszej połowie pokazaliśmy się z dobrej strony. Dla mnie przegrać 0:2 czy 0:4 nie ma żadnej różnicy. Dlatego sporo zaryzykowaliśmy – mówił Chorwat.

Bjelica ma szczęście, że jego zespół kończył spotkanie w komplecie. Czerwoną kartkę powinien był dostać Emil Dilvaer, ale jego bandyckie zachowanie zignorował sędzia Bartosz Frankowski. Tą bardzo złą decyzją na tyle zirytował prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, że ten odsunął go od prowadzenia finałowego meczu Pucharu Polski. W specjalnym oświadczeniu Boniek napisał, że forma sędziego Frankowskiego nie pozwala na prowadzenie tak ważnego meczu i w jego zastępstwie mecz Legii z Arką poprowadzi Piotr Lasyk.

Legia Warszawa w piątek w dobrym stylu rozprawiła się u siebie z Koroną Kielce 3:1. Popisową partię rozegrali młodzi zawodnicy – 18-letni Sebastian Szymański oraz 23-letni Jarosław Niezgoda.

– Pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną, choć wciąż widzę mankamenty w naszej grze. Będziemy nad tym pracować. Nie do końca zrealizowaliśmy założenia taktyczne, bo stanęliśmy po trzecim golu – mówił Dean Klafurić, trener, który zastąpił Romea Jozaka, raczej w charakterze tymczasowego szkoleniowca. – Nie skupiam się na przyszłości, ważne jest to, co dzieje się teraz. Moja umowa z klubem obowiązuje do końca sezonu i interesuje mnie tylko każdy kolejny mecz. Czas przygotować się do finału z Arką w Pucharze Polski – mówił Chorwat, który na razie prowadził Legię w trzech meczach i jego zespół wszystkie te spotkania wygrał. 

"Rzeczpospolita"