Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

"Jezus to nie Bóg"

ak, Marcin Szymaniak 08-02-2008, ostatnia aktualizacja 11-02-2008 07:57

To ogłosił czołowy polski teolog katolicki, odchodząc z Kościoła. Ksiądz Tomasz Węcławski miał grono wiernych uczniów i przyjaciół. Zachwycali się jego twórczością aż do momentu, gdy zanegował boskość Jezusa i porzucił katolicyzm. Odejście najwybitniejszego polskiego teologa wprawiło ich w sporą konsternację.

źródło: Fotorzepa

– Dla wielu ludzi to osobisty dramat. On był nie tylko wybijającą się postacią polskiego Kościoła, ale duchowym drogowskazem, przewodnikiem – mówi ŻW poseł PiS Jan Filip Libicki, zaprzyjaźniony z rodziną Węcławskich. Podkreśla, że najbardziej przeżył apostazję Tomasza Węcławskiego jego brat, który jest proboszczem parafii Maryi Królowej w Poznaniu. – To człowiek prowadzący życie na pograniczu świętości. Decyzja brata jest dla niego ogromnym wstrząsem – podkreśla.

W Kościele Węcławski to obecnie najbardziej niebezpieczny temat. – Panie redaktorze, pan w ogóle do mnie nie dzwonił – ucina próbę podjęcia rozmowy o. Jan Góra, organizator spotkań lednickich. – Ho, ho! – woła do słuchawki pewien teolog, gdy pada straszne nazwisko. – Ja się w tym temacie w ogóle nie orientuję – dodaje, nie chcąc rozmawiać nawet o tym, że zna dokładnie dzieła Węcławskiego i nazwał go kiedyś wybitnym teologiem.

Bardziej odważny jest Jarosław Gowin, katolicki publicysta, obecnie poseł PO. Pytany, czy podtrzymuje swoją dawną opinię, że Węcławski to „jeden z najwybitniejszych i najbardziej oryginalnych teologów”, od razu mówi: – Oczywiście, że tak. I zaraz dodaje: – To był człowiek bardzo mi bliski poprzez swoją postawę, wobec czego nie chcę rozmawiać o tym, co się teraz z nim dzieje.

Wejście na szczyt

– Genialny człowiek – mówił o Węcławskim ks. prof. Paweł Bortkiewicz, dziekan Wydziału Teologicznego poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Już jako dziecko nieźle się zapowiadał, choć rodzina i znajomi myśleli, że zostanie astrofizykiem. Na podwórku miał swoje małe obserwatorium astronomiczne, samodzielnie składając niektóre urządzenia. Będąc w liceum, sam skonstruował maszynę liczącą. Nikt się więc nie dziwił, że poszedł studiować na Politechnikę, na Wydział Maszyn Roboczych i Pojazdów. Zaskoczenie przyszło dwa lata później, gdy porzucił kierunek dla teologii. Głównym celem jego poszukiwań stał się – jak to później sam określił – obraz świata i naszego w nim miejsca.

Jako seminarzysta i student teologii tłumaczył Stary Testament z hebrajskiego na polski i „Dogmatykę” ks. Wincentego Granata z polskiego na czeski. W wolnych chwilach czytał w oryginale książki niemieckiego teologa katolickiego Karla Rahnera. Niewykluczone, że w jego umyśle już wtedy zostało zasiane ziarno, które w przyszłości doprowadziło go do odejścia z Kościoła. Według niektórych teologów, konsekwentne przyjęcie tez Rahnera może prowadzić do zerwania z katolicyzmem.

Po ukończeniu seminarium Węcławski szybko piął się po szczeblach kościelnej kariery. Od 1983 roku wykładał w Poznaniu teologię fundamentalną. Po sześciu latach otrzymał funkcję rektora Arcybiskupiego Seminarium Duchownego. Cały czas pisał książki teologiczne, cieszące się coraz większym podziwem. Jego doktorat uznano za jedno z czołowych dzieł współczesnej teologii.

Rok 1997 przyniósł ukoronowanie kariery: Węcławski został członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej w Rzymie. Jako jedyny Polak dostąpił zaszczytu wejścia do ścisłej teologicznej elity Kościoła. Korzystając ze swych oszałamiających sukcesów, zorganizował Wydział Teologiczny na Uniwersytecie Mickiewicza i został jego dziekanem.

Pojedynek z arcybiskupem

Będąc u szczytu sławy, pod koniec 1999 roku Węcławski dowiedział się od rektora poznańskiego seminarium, że arcybiskup Juliusz Paetz molestuje seksualnie kleryków. Jeden z nich przyszedł z płaczem do rektora, opowiadając, że w swojej rezydencji Paetz czynił wobec niego homoseksualne gesty.

Jako były rektor prof. Węcławski postanowił zdecydowanie interweniować. Ponieważ próby delikatnego powstrzymania arcybiskupa nic nie dały, grupa księży napisała list, z którym Węcławski osobiście udał się do Watykanu. Jak ujawnił później w słynnym wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, w czasie tej podróży spotkał przypadkiem ówczesnego prefekta Kongregacji Doktryny Wiary kard. Josepha Ratzingera. Powiedział mu, po co przybył. Nawet umówił się na rozmowę w tej sprawie, do której jednak z jakichś przyczyn nie doszło.

Zaczynał się już 2001 rok, a odpowiedzi ze Stolicy Apostolskiej nie było. Od kleryków napływały tymczasem kolejne alarmujące sygnały o wyskokach Paetza. Zniecierpliwiony Węcławski skontaktował się ponownie z Ratzingerem. Wydawało się, że sprawa ruszy wreszcie do przodu, bo autorów listu zaprosił nuncjusz papieski Józef Kowalczyk. Wszystko skończyło się jednak na przekazaniu mu zeznań poszkodowanych. Znów zapadła głucha cisza.

W sierpniu 2001 r. skandal w Poznaniu został opisany przez tygodnik „Fakty i Mity”, ale publikację zlekceważono. 22 listopada 2001 roku Węcławski spotkał się z Paetzem i odbył z nim rozmowę, zrelacjonowaną później w „Tygodniku Powszechnym”. Zasugerował arcybiskupowi, że ten utracił moralny mandat do przewodzenia poznańskiemu Kościołowi. Ten odparł, że Węcławski nie będzie go osądzał. – Wiem, z kim na ziemi się zmierzyłem – powiedział Węcławski.– Ja też wiem – odburknął Paetz i zakończył rozmowę.

Hierarcha był już jednak na straconej pozycji. Niedługo po tym spotkaniu o jego wyskokach napisała „Rzeczpospolita” i tym razem wybuchł wielki skandal. Paetz nie przyznał się do winy, ale złożył rezygnację ze względu na „dobro Kościoła”.

Romans i apostazja

Profesor Węcławski nadal pracował, rozmyślał, pisał. Wszędzie jeździł ze swoim palmtopem, stukając w klawiaturę w pociągach, samolotach, na naukowych sympozjach. Ze względu na pewną nieprzystępność mówiono o nim Suchy. Na początku 2006 roku założył w ramach UAM Pracownię Pytań Granicznych, której celem jest dyskusja ludzi o różnych światopoglądach na najważniejsze tematy filozoficzne. – Coraz więcej pojawiało się tam osób będących daleko od Kościoła albo po prostu niewierzących – mówi Libicki.

Wkrótce Węcławski jeszcze raz pokazał, że nie boi się rzucać wyzwań najwyższym hierarchom. Wszedł w skład komisji badającej sprawę abp Stanisława Wielgusa, powołanej przez rzecznika praw obywatelskich. Komisja przekopała się przez stos dokumentów i orzekła jednogłośnie, że arcybiskup podpisał deklarację współpracy z SB. Sprawy Paetza i Wielgusa z pewnością dały profesorowi wiele do myślenia na temat hierarchii kościelnej i ukrywania pod korcem brudnych sprawek purpuratów.

Czy casus Wielgusa przelał kielich goryczy i popchnął go do porzucenia sutanny? Niewykluczone. Węcławski ogłosił, że porzuca stan kapłański w marcu 2007 roku, tuż po upadku arcybiskupa. „Po wieloletnim i gruntownym zastanowieniu doszedłem do przekonania, że z racji sumienia nie powinienem już w moim działaniu reprezentować instytucji i wspólnoty kościelnej. Zakończyłem i zamknąłem moją działalność kapłańską” – napisał w swoim oświadczeniu.

Nie mógł już teraz nie tylko odprawiać mszy, ale również wykładać na Wydziale Teologicznym UAM. Zajęcia, które prowadził, przejęli inni wykładowcy, a magistranci i doktoranci zrezygnowali z pracy z dotychczasowym promotorem. Węcławskiemu pozostała tylko Pracownia Pytań Granicznych, a tymczasem na uczelni huczało od plotek na temat jego romansu. Do dziś mówi się o nim jako o jednym z powodów odstąpienia od wiary. Jedna z osób znających Węcławskiego pisze na forum internetowym pod pseudonimem Michal5: „W decyzji o odejściu z Kościoła pomogła Tomaszowi Węcławskiemu niewątpliwie jego partnerka życiowa, którą razem z profesorem Węcławskim miałem okazję spotkać w małym domku pod Jelenią Górą. Ta uczennica prof. Marii Janion (literaturoznawca, ikona polskich feministek – przyp. red.) była wyraźnie dumna ze swojej zdobyczy. Miałem wrażenie, że Tomasz Węcławski podzielał moje zażenowanie jej zachowaniem”.

Czy partnerka zainspirowała go również do śmiałości w teologicznych tezach? W swoich ostatnich wykładach profesor przedstawia Jezusa jako twórcę radykalnego ruchu religijnego głoszącego nadejście Królestwa Bożego. Ale Mesjasza zrobiono z Jezusa wbrew jego woli, podobnie jak źle zinterpretowano jego śmierć na krzyżu. Jezus został uznany przez Kościół za „osobę z porządku boskiego” niezgodnie z przesłaniem swojego nauczania. Wniosek stąd prosty: katolicyzm opiera się na fałszu.

Profesor wyciągnął ze swoich przemyśleń logiczne konsekwencje. 21 grudnia 2007 r. wystąpił z Kościoła katolickiego, dokonując oficjalnego aktu apostazji w obecności księdza i świadków. Wiadomość rozeszła się po Poznaniu i długo krążyła w formie plotki. Dopiero w styczniu 2008 poinformował o odejściu teologa „Tygodnik Powszechny”, wywołując lawinę komentarzy.

Libicki: – Znam mnóstwo młodych księży, których Węcławski wychował. Właśnie rozmawiałem z jednym z nich, jest po prostu wstrząśnięty. Mówił: „Jak to możliwe? Przecież ten człowiek był dla nas absolutnym autorytetem...”

Internetowa strona Pracowni Pytań Granicznych przeżywa już prawdziwe oblężenie. Ludzie pytają o powody jego decyzji. „Czyżby konsekwencją tego, że się nie boimy myśleć, było odkrycie, że Kościół rzymskokatolicki jest daleko od Kościoła chrystusowego?” – pisze jeden z nich. Ale Węcławski nie odpowiada. Ciekawych odsyła do swoich wykładów, zamieszczonych na www.graniczne.amu.edu.pl.

MAM NADZIEJĘ, ŻE TOMASZOWI COŚ CHWILOWO ODBIŁO

Rozmowa z ks. Stefanem Moszorą-Dąbrowskim, opiekunem duchowym Opus Dei w Polsce

Czy kontaktując się z profesorem Węcławskim, wyczuwał Ksiądz, że zmierza on do zerwania z Kościołem?

Nie, nigdy. Ostatnio spotkałem go gdzieś około świąt 2006 roku. Nic nie zapowiadało takiego rozwoju wypadków. Gdyby ktoś mi powiedział, że do czegoś takiego dojdzie, to bym odparł: Chłopie, co ty mówisz?! Cóż, jest mi bardzo przykro z tego powodu. Znam Tomasza i cenię go, jestem też związany uczuciowo z jego rodziną – rodzicami, bratem. Dla nich to również wstrząs.

Co – zdaniem Księdza – doprowadziło Węcławskiego do odejścia?

Będąc kapłanem, trzeba nieustannie czuwać, bo można się pogubić. Rozmawiałem kiedyś z Tomaszem o tym, że powinno się dbać o harmonię pomiędzy wiarą, rozumem i uczuciami. Tomasz jest człowiekiem niezwykle zdolnym, o bardzo silnej woli. Wybitnie mocny, można powiedzieć twardziel – on na przykład prawie zupełnie nie jadł. Ale w tej harmonii rozumu, wiary i uczuć coś pękło. Bycie w Kościele oznacza bycie we wspólnocie. Tymczasem Tomasz był znany z tego, że nie miał czasu na utrzymywanie kontaktów z ludźmi, bo wciąż pracował. W pewnym sensie został sam. Być może to go właśnie wyczerpało psychicznie?

A może po prostu, na podstawie racjonalnej analizy tekstów biblijnych, doszedł do wniosku, że Jezus nie był Bogiem, i tyle?

Weszliśmy tu ostatnio w taki dialog głuchych, wróżenie z fusów. O takim jego wniosku mówi się w mediach na podstawie wykładów w internecie, ale przecież Tomasz się do tego nie ustosunkował. To jest wszystko bardzo tajemnicze, niejasne.

Tomasz posługuje się dość trudnym językiem, a niektórzy mówią, że ta cała jego ostatnia produkcja nie trzyma się całości. Czasami jest tak, że słuchacz jest niezbyt zdolny i nie wie do końca, o co chodzi, ale przecież bywa i tak, że sam wykładowca do końca nie wie, w czym rzecz. To jest zresztą dziwne, bo przecież ten człowiek uczył dogmatyki.

W Kościele się nim zachwycano, mówiono o nim, że jest genialny...

Według mnie, genialny jest ten, który prowadzi do wiary. Na przykład Ratzinger. Nie wystarczy intelekt, wielkiemu rozumowi potrzeba jeszcze wiary, pokory, serca. Być może tego właśnie zabrakło Tomaszowi. Przecież mamy mnóstwo profesorów, którzy z powodu takich braków nie potrafią sobie poradzić z najprostszymi życiowymi problemami. Czyż nie?

Czy jest możliwe, że profesor Węcławski powróci do Kościoła?

Gdybym powiedział, że nie, to bym się ustawił poza Kościołem. My ciągle mamy nadzieję, że jemu tylko coś chwilowo odbiło i że powróci. Oczywiście, nie na tę samą półkę, ale może się opamięta i powróci. Tylko Pan Jezus wie, co jest w sercu każdego człowieka. Dla nas to tajemnica.

Przed Tomaszem Węcławskim porzucili kapłaństwo Stanisław Obirek i Tadeusz Bartoś. Czy hierarchia nie powinna wyciągnąć wniosków z faktu, że odchodzą znani, cenieni księża i teologowie?

Wszyscy musimy z tego wyciągnąć wnioski, nie tylko hierarchia. Ale nie można oczekiwać, że Kościół będzie w każdym przypadku tłumaczył: ten odszedł, bo był pijakiem, tamten, bo pojawiła się jakaś baba, i tak dalej. Mamy XXI wiek, przynależność do Kościoła jest dobrowolna.

Nie ulega jednak wątpliwości, że powtarzające się co chwila odejścia znanych duchownych niezbyt dobrze wpływają na wizerunek Kościoła. Może struktury kościelne nie są w stanie sprostać wymaganiom dzisiejszych czasów i dlatego inteligentni ludzie zrzucają sutanny?

Trzy przypadki, o których pan mówi, są różne. Kogoś mogły przyciągnąć media, ktoś nie dość dbał o to, by trwać w wierności. Czasami również księża się zachłystują:O, patrzcie, jaki ten jest genialny, ile on pisze, ile zna języków! Ale przecież nie to jest najistotniejsze. Naszej wiary nie mierzy się ilością napisanych książek. Geniusz możemy podziwiać w sporcie albo w naukach przyrodniczych. Teologia wymaga jeszcze czegoś innego. Pobożności i pokory.

Polski Kościół jest zarządzany jak wiejska parafia w czasach feudalnych

Życie Warszawy