Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Ordynator schodzi ostatni

Aleksandra Pinkas 29-05-2008, ostatnia aktualizacja 05-06-2008 20:50

Do marca na oddziale położniczym szpitala na Solcu pracowało 13 lekarzy. Teraz jest ich ledwie pięciu. Jeden z najlepszych oddziałów w Warszawie lada dzień może zostać zlikwidowany.

Wojciech Strzyżewski, ordynator
autor: Dariusz Golik
źródło: Fotorzepa
Wojciech Strzyżewski, ordynator
Panie, które rodzą na Solcu, są bardzo zadowolone
autor: Dariusz Golik
źródło: Fotorzepa
Panie, które rodzą na Solcu, są bardzo zadowolone

Na korytarzu słychać głośny płacz noworodków. Tuż obok sali porodowej nerwowym krokiem przechadza się mężczyzna. Pan Marek przyszedł w odwiedziny do swojej żony, która trzy dni temu urodziła syna.

– Żałuję, że nie mogłem być z nią przy porodzie, ale pracowałem. Jestem kierowcą, dobra wiadomość zastała mnie w trasie – mówi wzruszony, ściskając w ręku ogromną, pluszową maskotkę. – Dla żony – dodaje.

Po drugiej stronie korytarza, przy pokoju lekarskim, czeka kolejka pacjentek. Młode mamy mają mnóstwo pytań. Każda chciałaby porozmawiać z ordynatorem Wojciechem Strzyżewskiem.

Dwie doby bez przerwy

Lekarz właśnie kończy poranny obchód. Towarzyszy mu jego zastępca doktor Remigiusz Rak. Tę noc obaj spędzili w szpitalu. – Przyjęliśmy dwa porody. Maluchy na razie leżą w inkubatorach. Ich mamy czują się już dobrze. Mogąodwiedzać swoje dzieci w pokoju noworodków – mówi Strzyżewski.Przed nimi kolejny dyżur.

– Jest nas po prostu za mało. Odpowiadamy za ten oddział, więc musimy więcej pracować – mówią. I to mimo zmęczenia. – W takich sytuacjach najlepsza jest mocna, gorąca kawa, najlepiej po turecku. Od razu stawia człowieka na nogi – stwierdza z uśmiechem Rak. Dwa lata temu został „Aniołem“ – czyli jednym z najbardziej lubianych lekarzy akcji „Rodzić po ludzku“.

Ojciec Wojciecha Strzyżewskiego przez wiele lat był zastępcą szefa oddziału położniczego na Solcu. – Poszedłem w jego ślady – mówi ordynator. Chciałem być anestezjologiem, ale pod wpływem taty zostałem ginekologiem.

Obaj zgodnie przyznają, że praca wypełnia większość ich czasu. – Moja rodzina prawie mnie nie widuje. Na szczęście mam cudowną, wyrozumiałą żonę i dwójkę dzieci, które jeszcze tolerują moją nieobecność w domu – mówi Rak. – W zeszłym tygodniu wróciłem do domu późno w nocy. Mój młodszy syn jeszcze nie spał. Czekał specjalnie, żeby pokazać mi mleczny ząb, który mu wypadł. Mocno się wzruszyłem.

Czy warto spędzać w szpitalu dnie i noce – pytamy? – Mam ogromne wyrzuty sumienia, że z powodu mojej pracy cierpią najbliżsi – odpowiada Rak. – Ale nie wyobrażam sobie życia bez szpitala. Poza tym mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni – dodaje po chwili.

Do marca na oddziale pracowało 13 lekarzy. Teraz zostało ich pięciu, są jeszcze trzy położne.

W dodatku jeden z lekarzy pracuje tylko do końca maja. – Mam nadzieję, że miasto zaproponuje jakieś rozwiązanie tej sytuacji – mówi Strzyżewski. – Jeśli nie, oddział zostanie zamknięty – dodaje.Teraz zdarza się, że medycy są wzywani do szpitala w ciągu nocy, żeby wesprzeć operujących kolegów.

– Miesiąc temu naszą pacjentką była chora na nowotwór kobieta, u której doszło do silnego krwotoku z dróg rodnych – tłumaczy ordynator. – Musieliśmy ściągnąć dwóch kolegów, bo dyżurujący ginekolodzy sami nie byli w stanie przeprowadzić operacji – dodaje.

Nie ma gdzie urodzić

W Warszawie z roku na rok rodzi się coraz więcej dzieci. W ubiegłym roku na świat przyszło ok. 30 tys. maluchów. – Matkami zostają teraz młode kobiety z wyżu demograficznego lat osiemdziesiątych – mówi Strzyżewski. – Likwidacja oddziału spowoduje, że warszawianki nie będą miały gdzie rodzić. Tym bardziej że w stolicy od kilkunastu lat nie powstał żaden szpital ginekologiczny – ostrzega.

Z powodu braku personelu lekarze muszą odsyłać ciężarne do podwarszawskich klinik.

– Pacjentki kierujemy do placówek w Otwocku i Płocku – tłumaczy. Kiedy Wojciech Strzyżewski obejmował w 2003 roku funkcję ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego, postanowił, że zmieni placówkę w jedną z najlepszych w stolicy.

W ciągu czterech lat stworzył świetny zespół ginekologów. Wyszkolił młodych lekarzy, którzy wkrótce zaczęli otrzymywać dobrze płatne propozycje pracy z prywatnych klinik i szpitali.

Część z nich odeszła z oddziału w marcu, kiedy dyrektor placówki Wojciech Zasacki zapowiedział, że nie podniesie zespołowi pensji. W związku z brakiem kadr szpital musiał nawet wstrzymać przyjęcia pacjentek na dziesięć dni.

– To była grupa naprawdę wyjątkowych specjalistów. Żałuję, że odeszli, ale rozumiem ich decyzje – tłumaczy ordynator. Modernizacja na darmoDwa lata temu na oddziale przeprowadzono gruntowny remont. Odnowiono salę porodową, pomalowano pokoje dla pacjentek, kupiono nowe łóżka. Ginekologia wzbogaciła się też o najnowocześniejszy w stolicy sprzęt do badania ultrasonograficznego.

– Dzięki aparatowi USG możemy wykrywać poważne wady płodu nawet w pierwszym trymestrze ciąży – opowiada szef oddziału. Na ścianach korytarzy wiszą zdjęcia małych pacjentów z podziękowaniami od ich rodziców za opiekę.

– Stworzyliśmy oddział na wysokim, europejskim poziomie. Nie chciałbym, żeby zostało to zmarnowane – mówi Strzyżewski. – Jeśli miejscy urzędnicy doprowadzą jednak do likwidacji ginekologii, odejdę ze szpitala. Jako ostatni – zastrzega.

Życie Warszawy