Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zdobywcy świata

Dominika Węcławek 13-08-2009, ostatnia aktualizacja 27-08-2009 22:08

Bez domu, pracy i planu. Od miesięcy w drodze. Małgosia, Tomek, Marta i Bartek porzucili spokojne życie i wyruszyli w dalekie podróże. Swoje przygody utrwalają na blogach.

Komiksowy blog Tomka i Małgosi jest swoistym pamiętnikiem z podróży. Zdjęcia Marty i Bartka pokazują nie tylko turystyczne atrakcje, ale i dzielnice biedy, choćby w Kalkucie
źródło: Życie Warszawy
Komiksowy blog Tomka i Małgosi jest swoistym pamiętnikiem z podróży. Zdjęcia Marty i Bartka pokazują nie tylko turystyczne atrakcje, ale i dzielnice biedy, choćby w Kalkucie
źródło: Życie Warszawy
Tomek pracuje nad kolejnymi ilustracjami
źródło: Życie Warszawy
Tomek pracuje nad kolejnymi ilustracjami

Małgosia i Tomek spakowali plecaki, jakby wyjeżdżali na dwutygodniowe wakacje. 10 listopada ubiegłego roku wsiedli do samolotu do Limy i nie wrócili do dziś. Przemierzają całą Amerykę Południową, zaglądając tam, gdzie im się zachce. Mówią, że to dopiero początek ich tułaczki. Marta i Bartek wystartowali z Warszawy tak, by zdążyć na zaćmienie słońca do Mongolii, czyli w lipcu 2008 r. Dziś błądzą po malowniczych wyspach Mikronezji. Ich wyjazdu nie pokrzyżował nawet fakt, że Marta gdzieś na szlaku w Indiach złamała nogę.

Obydwie pary dokumentują swoje podróże w Internecie. Małgosia i Tomek, obok pięknie ilustrowanego obrazkami i zdjęciami pamiętnika dostępnego na stronach www.tamtaram.pl, od niedawna przygotowują też komiksowy blog dla popularnego serwisu podróżniczego www.koniecswiata.net. Marta i Bartek to z kolei zapaleni fotografowie. Zdjęcia z lądu, powietrza, a nawet spod wody regularnie publikują na swojej stronie www.byledalej.waw.pl.

Zwykli niezwykli

Małgosia i Tomek „w poprzednim życiu”, czyli w czasie, gdy jeszcze mieszkali w Warszawie, byli dyrektorami artystycznymi w agencjach reklamowych. Czasami, dla przyjemności, robili dla znajomych niebanalne prezenty. Narysowali bajeczkę dla nowo narodzonego dziecka, przygotowywali albumy. Stworzyli nawet scenografię.

Zanim zamknęli bankowe konta, wynajęli swoje mieszkania i ruszyli w świat, mieli już podróżnicze doświadczenia. On sprawdzał, pod jaką górę w Polsce czy w Alpach da się jeszcze podjechać na rowerze. Ona spędziła m.in. dziesięć miesięcy, zwiedzając na własną rękę Azję Południowo-Wschodnią. A raz, tak dla hecy, wyjechała do Tunezji z biurem podróży. Nie wytrzymała nawet doby.

– Następnego dnia po przylocie o szóstej rano siedziałam już w autobusie jadącym na południe. Wędrowałam tydzień, nie spotkawszy ani jednego turysty – wspomina.Marta w stolicy była adwokatem. Bartek pracował jako menedżer w branży poligraficznej. O przejechaniu świata wzdłuż i wszerz marzyli od chwili, gdy poznali się pięć lat temu. – Chcieliśmy zrobić sobie takie „trochę” dłuższe wakacje – wyjaśnia Marta.

Jest tylko jeden szkopuł: ich wyjazd może ma plan ramowy, ale nie są w stanie przewidzieć, co wydarzy się za miesiąc. – Wystarczy, że spotkasz na drodze fajnych ludzi, z którymi chcesz spędzić trochę więcej czasu, czy usłyszysz wspaniałe historie o miejscu, którego wcale nie zamierzałeś odwiedzić, i cały wcześniejszy misterny plan upada w jednej chwili – przyznaje Marta. Zdają się więc na los. Z każdym dniem podróży przychodzi im to coraz łatwiej. Każdy dzień przynosi nowe niespodzianki i wyzwania.

Szaleństwa codzienności

Marta i Bartek największą niepewność czuli zaledwie miesiąc po rozpoczęciu wyprawy. – Chcieli nas deportować z Kazachstanu za brak wizy – mówią. Spędzili kilkanaście godzin na terminalu, szukając pomocy u lokalnych biur podróży. Ostatecznie udało się zdobyć dokument. Dzięki temu zobaczyli choćby Ałma-Atę – bardzo europejskie, jak na azjatyckie standardy, miasto.

W trakcie kolejnych miesięcy udało im się zgubić drogę w Himalajach, gdy na czterech tysiącach metrów zaskoczyła ich śnieżyca. W Laosie przedzierali się zaś przez dżunglę drogą, której nie było.

– Musieliśmy przedostać się przez rzeki bez mostów, w błocie, kamieniach i piachu po kolana. A wszystko w 40-stopniowym upale – wyliczają.Małgosia i Tomek zatracili już poczucie tego, co ekstremalne. Weszli na aktywny wulkan, urządzili sobie nocny spacer po bieda dzielnicy Mancory w Peru w celu sprawdzenia, czemu biali tam nie zaglądają... Do najbardziej szalonych pomysłów zaliczają przejechanie w tajemnicy przed czytelnikami ich blogu ponad siedmiu tysięcy kilometrów. Po co? By w prima aprilis znaleźć się w miejscu uznanym za koniec świata (Ushuaia w Argentynie). – Innym razem weszliśmy na poziom pięciu i pół tysiąca metrów tylko po to, by ulepić bałwanka.

Dzięki takim akcjom mogą uwierzyć, że nie ogranicza ich już nic. Nawet pieniądze. Jak to możliwe w czasie tak długich wakacji?Marta i Bartek na swój wyjazd po prostu systematycznie oszczędzali. – Założenie było takie, że zarabiamy w Warszawie, a podróż ma być czystą przyjemnością. Ale jeśli się trafi ciekawa praca związana z naszymi zainteresowaniami, dajmy na to w bazie nurkowej, na jachcie czy na nartach, pewnie nie odmówimy – zdradzają. Małgosia i Tomek mają stały dopływ gotówki dzięki dwóm wynajętym w Warszawie mieszkaniom. Po odliczeniu wszystkich opłat i podatków daje to około 20 dolarów dziennie.

– Choć to bardzo trudne, staramy się z tego żyć. Mamy też niewielkie oszczędności, ale one są na dodatkowe wydatki, takie jak nowy namiot, ubezpieczenie. Musimy też mieć coś na czarną godzinę – opowiada Małgosia.Coraz częściej myślą jednak o wykorzystaniu potencjału, jaki tkwi w ich artystycznej pracy. Ta bowiem, mimo że wykonywana w partyzanckich warunkach, trzyma wysoki poziom.

Atelier na kółkach

Marta i Bartek do prowadzenia fotobloga nie potrzebowali najdroższego i najmodniejszego sprzętu. Z Warszawy wyjechali z cyfrową „małpką”. Po drodze wymienili ją na lustrzankę.

Przed wyjazdem Małgosia i Tomek spakowali do plecaków jedynie kilka stalówek, atrament, dwie farbki akrylowe i mały szkicownik. – Z czasem trzeba było dokupić farby, pędzle, tusze... Zebrała się nam całkiem spora przenośna pracownia – wylicza Tomek. Gdy zostają w jakimś mieście na dłużej, czasem zamiast zwiedzać, siedzą w pokoju i malują. Wtedy każda możliwa powierzchnia – od podłogi, przez stoliczki, po łóżka, zajęta jest przez szkice, obrazki, notatki. Gdy wrócą do Polski, zbiorą to wszystko i wydadzą albumy. Ale kiedy to się stanie, sami jeszcze nie wiedzą.

Życie Warszawy