Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Jak pokazywać wojnę

Marcin Kube 15-08-2017, ostatnia aktualizacja 15-08-2017 00:00

„Dunkierka" Christophera Nolana to film radykalny. Nie ma w nim nic, do czego przyzwyczaiło nas dotychczasowe kino wojenne.

„Dunkierka” (2017). Gesty mówią wszystko.
źródło: AFP
„Dunkierka” (2017). Gesty mówią wszystko.
„Szeregowiec Ryan” (1998). Naturalizm opowieści i szlachetna wizja armii.
źródło: EAST NEWS
„Szeregowiec Ryan” (1998). Naturalizm opowieści i szlachetna wizja armii.
„Pearl Harbor” (2001). Film o bohaterstwie.
źródło: EAST NEWS
„Pearl Harbor” (2001). Film o bohaterstwie.

Kino wojenne przechodziło kilka faz przez ostatnie 70 lat. W czasie obowiązywania cenzury w amerykańskiej kinematografii w postaci kodeksu Haysa, wojna rozgrywała się na dalekim planie. Ranni żołnierze chwytali się za bok i upadali. Tak wyglądała kinowa śmierć na polu walki w latach 50. i 60. Twórcy sięgali więc po epickie sceny batalistyczne z udziałem pirotechniki i maszyn wojennych (choćby „Najdłuższy dzień" z 1962 r.). Albo opowiadali historie martyrologiczne, jak „Most na rzece Kwai" (1957). Z tamtego okresu szczególnie warte zapamiętania są „Ścieżki chwały" (1957) Stanleya Kubricka, który mógł sobie pozwolić na bardziej krytyczny obraz wojny, ponieważ opowiadał o francuskiej armii podczas I wojny światowej.

Kodeks Haysa zniesiono w latach 60., ale ponad dekadę zajęło filmowcom odzwyczajenie się od konwencjonalnego ukazywania wojny. Publiczność z kolei najbardziej lubiła w tamtych latach opowieści wojenne w wydaniu przygodowo-awanturniczym. Hitami były „Działa Navarony" (1961), „Parszywa dwunastka" (1967) i „Złoto dla zuchwałych" (1970). Zwiastunem nowego spojrzenia na wojnę była zjadliwa satyra Roberta Altmana „MASH" z 1970 r. opowiedziana z punktu widzenia lekarzy polowych.

Klęska w Wietnamie i siła ruchu pacyfistycznego sprawiły, że coraz częściej powstawały obrazy krytyczne, deheroizujące wojnę, pokazujące żołnierzy w niełaskawym świetle lub co najmniej jako ofiary cynicznej polityki. W 1971 r. powstał wstrząsający „Johnny poszedł na wojnę" o kalece wojennym uwięzionym w szpitalnym łóżku. Koniec lat 70. zmienił wszystko. Nadszedł czas antywojennych arcydzieł: „Łowcy jeleni" i „Czasu apokalipsy". Do tej dwójki warto dodać też „Wielką czerwoną jedynkę" (1980), obraz eksplorujący cynizm i znieczulicę frontowych żołnierzy. Szalenie zabawny, a przy tym okrutny.

Lata 80. to czas, gdy filmowcy zaczęli podchodzić coraz bliżej z kamerą do pocisków i wybuchów. Razem z żołnierzami ukrywali się w trawie i padali w błoto. Taki był „Pluton" z 1986 r., „Full Metal Jacket" z 1987 r. i „Wzgórze rozdartych serc" (1986). Ferment wprowadziły także wstrząsające „Ofiary wojny" (1989) Briana de Palmy o psychopatach w amerykańskich mundurach.

Lata 90. to czas filmowców-stylistów. Wspaniała, eskapistyczna „Cienka czerwona linia" Terrence'a Malicka (1998) to opowieść o wolności duchowej, której człowiek nie powinien dać sobie odebrać nawet w wojennym piekle. Ale najsilniej na wyobraźnię zadziałały produkcje Stevena Spielberga. Zainspirowany fotoreportażem Roberta Capy z lądowania w Normandii w 1944 r., nałożył na obiektywy kamery odbarwione, metaliczne filtry i nakręcił niemal paradokumentalną rekonstrukcję krwawo okupionego desantu aliantów. „Szeregowiec Ryan" (1998) do dziś pozostaje najbardziej wpływowym filmem wojennym wszech czasów, od którego włos jeży się na głowie. Jednocześnie przy całym naturalizmie swej opowieści Spielberg zaproponował niezwykle szlachetną wizję amerykańskiej armii. Mężczyzn i chłopców, którzy masowo złożyli ofiarę z życia dla wolności i pokoju na świecie.

W podobnym tonie brzmiał wyprodukowany przez Spielberga dla HBO serial „Kompania braci" (2001). Po nich filmowcy coraz śmielej bronili żołnierskiego honoru i opowiadali o bohaterstwie. Przykłady? „Pearl Harbor" (2001), „Byliśmy żołnierzami" (2002) i „Szyfry wojny" (2002). Z czasem nie tylko II wojna światowa, ale też współczesne konflikty zbrojne traktowano z większym szacunkiem, o czym świadczy choćby „Helikopter w ogniu" (2001) Ridleya Scotta czy niedawny „Snajper" Clinta Eastwooda z 2014 r.

Niektórzy twórcy zaczęli także postmodernistyczne zabawy w wojnę. Takie były „Bękarty wojny" Tarantino (2009) i „Jarhead" Sama Mendesa (2005) czy dopiero co wyprodukowana przez Netflixa „Machina wojenna" (2017). Nowym pomysłem na kino wojenne była także bezwzględna opowieść o przetrwaniu np. w „Operacji Świt" (2006) i „Ocalonym" z 2013 r.

Najważniejszymi amerykańskimi filmami ostatnich lat o wojnie była bohaterska, a zarazem apokaliptyczna „Furia" (2014), gdzie śmierć pokazano ze wszystkimi anatomicznymi szczegółami. Podobnie jak w znakomicie przyjętej przez kinomanów „Przełęczy ocalonych" (2016) Mela Gibsona, gdzie niczym w horrorze robaki toczyły trupy, a żołnierze umierali w długich męczarniach. Film Gibsona był ciekawy dlatego, że w przerażająco brutalny sposób opowiadał o wyrzeczeniu się przemocy przez głównego bohatera, który był pacyfistą i musiał to wszystko znieść. Przewrotne, trzeba przyznać.

Na tym tle „Dunkierka" Christophera Nolana jest filmem radykalnym, który całkowicie zrzeka się naturalizmu. Choć śmierć jest obecna na ekranie, to nie uświadczymy tu krwi ani strzępów ciał. Nolan wie, że to wszystko już było i ta estetyka doszła do ściany. Jednak kto sądzi, że to film dziecinny, bez grozy, cierpienia i dotkliwego lęku, ten jest w błędzie. Gdy słyszymy w kinie dźwięk nadlatującego messerschmitta, przed którym kulą się angielscy żołnierze na molo, albo widzimy falę wywołaną płynącą w kierunku okrętu torpedą, to rozumiemy, że w kinie można opowiadać za pomocą różnych niezwykle wyrafinowanych środków, dalekich od dosłowności.

Co więcej, nie zobaczymy też na ekranie wroga! Ba, nawet rzadko kto wspomina o Niemcach, co już spotkało się z krytyką wśród widzów, którzy czują, że nigdy za mało przypominania, że naziści byli Niemcami. Nie sądzę, by stał za tym koniunkturalizm Nolana czy polityczna poprawność. Dobrze tłumaczy to jeden z wpisów, który opublikował anonimowy internauta przed premierą „Dunkierki": „Nolan o wojnie? Tak po prostu? Nie wierzę". Znamienny. Fani reżysera czuli, że twórca, którego domeną są zawikłane opowieści o przekraczaniu czasu i świadomości, nie zamierza przedstawić prostej historii z pirotechniką i efektami specjalnymi w tle.

„Dunkierka" to najbardziej artystycznie wysmakowany film Nolana. Bliżej mu do europejskiego art-house'u, gdzie forma jest równie ważna jak story. Dialogi z „Dunkierki" zmieściłyby się na kilku kartkach papieru, a Nolan zdradził, że początkowo miało ich w ogóle nie być. Ludziom to jednak nie przeszkadza i „Dunkierka" jest największym hitem wakacji w kinach.

O postaciach wiemy niewiele. W pierwszym akcie dwóch chłopaków w brytyjskich mundurach rozpaczliwie próbuje dołączyć do grupy ewakuującej się z Francji do Anglii. Nic do siebie nie mówią, porozumiewają się gestami i spojrzeniem. Rozglądają się za drogą ucieczki z otoczonego przez Niemców portu. Nieustanne naloty sieją przerażenie pośród żołnierzy czekających na plaży. Wsparcie z morza i powietrza nie nadchodzi. Churchill bał się strat, które odebrałyby zdolność obronną w razie uderzenia III Rzeszy na Anglię. Dlatego muszą czekać. 400 tysięcy ludzi! Wątek chłopaków jest opisany w pierwszej scenie jako „Molo. Tydzień". Nad wybrzeżem krążą zaledwie trzy myśliwce Spitfire kierowane przez pilotów RAF-u. Za chwilę będzie ich tylko dwóch. Wątek pilotów Nolan charakteryzuje oszczędnym napisem „Powietrze. Godzina". Trzecim wątkiem jest historia cywilów na żaglówce, którzy wyruszają z Anglii w kierunku Dunkierki. To plan awaryjny Brytyjczyków, cywile mają pomóc w ewakuacji wojska. Żałosne, ale jednak okaże się skuteczne.

Na pokładzie jachtu znajduje się dwóch młodych chłopaków i 50-letni ojciec jednego z nich. We dwóch niosą brzemię straty – drugi syn kapitana zginął w pierwszych tygodniach wojny. Ojciec ryzykuje życie swoje i syna także dlatego, że jak mówi, „skoro to ludzie w moim wieku rozpętali tę wojnę, to dlaczego mamy posyłać na śmierć tylko młodzież?". Ten wątek Nolan podpisuje jako „Morze. Dzień".

Te trzy zdawkowe tablice łatwo zlekceważyć, a stanowią one klucz do konstrukcji filmu. Nolan bowiem opowiada trzy historie równolegle, jak gdyby rozgrywały się w tym samym czasie. Piloci myśliwców lecą nad łodzią angielskiego cywila, choć w następnej scenie on dopiero wypływa z brytyjskiego portu. W innym miejscu cywile podpływają do jedynego ocalałego żołnierza, który siedzi na wraku łodzi pośrodku fal. A chwilę później widzimy, jak ten sam żołnierz kilkanaście godzin wcześniej dowodzi łodzią ratunkową, po tym gdy chłopcy z plaży cudem uniknęli śmierci po ataku U-boota.

Te detale zaburzające chronologię sprawiają, że czas w „Dunkierce" jest jak z gumy i stanowi odbicie świadomości bohaterów. Godzina spędzona w kabinie Spitfire'a trwa tyle co dzień na łodzi albo tydzień spędzony na plaży pod ostrzałem niemieckim. Czas jest wypadkową strachu i oczekiwania. Trzy historie w końcu się zbiegną, a im bliżej kulminacji, tym intensywniej działa na widza muzyka Hansa Zimmera, która wyznacza rytm niczym metronom.

Radykalność „Dunkierki" polega też na perfekcyjnej, ascetycznej formie i fenomenalnych zdjęciach. 80 proc. z nich nakręcono kamerami IMAX, które z trudem upchnięto na autentycznych, odrestaurowanych Spitfire'ach. Filmowcy wprawili w ruch oryginalne maszyny powietrzne i łodzie sprzed ponad pół wieku. Żelastwo terkocze i zgrzyta, a silniki hałasują jak oszalałe. Ten pietyzm jest charakterystyczny dla Nolana, który jak może to unika cyfrowej postprodukcji i dba o to, by mieć autentyczną scenografię oraz plenery. On akurat może sobie na to pozwolić. Cieszy się bezgranicznym zaufaniem swojej wytwórni.

Wbrew niektórym głosom Nolan nie nakręcił też filmu antywojennego ani pacyfistycznego. To historia jak najbardziej bohaterska i patriotyczna. Budująca poczucie narodowej dumy Brytyjczyków, choć robi to w inny sposób niż poprzez prosty mechanizm „nasi zabijają wroga". „Z czego tu być dumnym? Przecież my tylko nie zginęliśmy" – wątpi młody żołnierz w końcowej scenie, a sędziwy Anglik odpowiada mu: „To wystarczy".

Nolan patrzy na wojnę przez pryzmat zagubionych jednostek, ale docenia także zbiorowy wysiłek. Zauważa poświęcenie cywilów, którzy masowo wyruszyli na małych krypach pomóc swoim żołnierzom. Pokazuje strach i lęk, ale też szlachetne odruchy i solidarność. Poruszająca jest też bezradność w obliczu działań wojennych. Bezsilność wobec zaciętego zamka w karabinie lub zatrzaśniętych drzwi w idącej na dno łodzi. Każda decyzja bohaterów może okazać się zła. Zostać na pokładzie czy wskoczyć do wody, kiedy nadlatuje myśliwiec? Czekać na plaży czy schować się w kutrze, gdy nadchodzi przypływ? Tak źle i tak niedobrze. Dlatego „Dunkierka" to koniec końców film o tym, że wojna nie zawsze polega na starciu z wrogiem. To także nieuchronne spotkanie z własnym lękiem. Tym najbardziej pierwotnym. Kula cię minie albo trafi, a ty nie masz na to wpływu. Najlepiej oddają to słowa kapitana jachtu skierowane do żołnierza, który panicznie boi się powrotu na plażę: „Od tego nie da się uciec, synu".

Plus Minus