Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zawodowcy w koszulkach z orłem

Stefan Szczepłek 10-10-2017, ostatnia aktualizacja 10-10-2017 09:08

Polacy po raz ósmy wezmą udział w mistrzostwach świata i tym razem z nadziejami na dobre miejsce.

autor: Nowak Piotr
źródło: Fotorzepa

W przeszłości różnie z tym bywało. Wygrywaliśmy, kiedy nie było nadziei nawet na zwycięstwo w eliminacjach (1974) lub kiedy w kraju obowiązywał stan wojenny (1982). Przegrywaliśmy, kiedy wydawało się, że mamy reprezentację na europejskim poziomie (2002).

Na dwóch mundialach w XXI wieku sytuacja się powtarzała i zniecierpliwieni kibice przyzwyczaili się do scenariusza, zgodnie z którym pierwszy mecz o niczym nie decydował, drugi był o wszystko, a trzeci o honor. Tak było w Korei, w Niemczech (2006) i na mistrzostwach Europy w Austrii (2008).

Z kadry na Euro w Austrii pozostało trzech zawodników: Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański i Michał Pazdan. Żaden nie miał wtedy miejsca w pierwszej jedenastce, a Piszczek (jeszcze jako lewoskrzydłowy) został powołany w ostatniej chwili, z plaży na Rodos, kiedy już w Austrii się okazało, że nie może grać kontuzjowany Jakub Błaszczykowski.

Dziś takie sytuacje chyba nie mogą się zdarzyć. Adam Nawałka był asystentem Leo Beenhakkera, na pewno wiele się od niego nauczył. Zobaczył, na czym polega profesjonalne przygotowanie do zawodów, będące zaprzeczeniem polskiego „jakoś to będzie".

Jednak przypadek z Piszczkiem świadczył również o tym, że znany na całym świecie trener, w sytuacjach stresowych też bywa chaotyczny i podejmuje decyzje przeczące logice. W pierwszym meczu Euro z Niemcami wypuścił na boisko zawodnika, którego tydzień wcześniej nie widział nawet w kadrze na turniej.

Koledzy z boiska

Kiedy jesienią roku 2013 Nawałka został trenerem reprezentacji, był „ostatnią nadzieją biało-czerwonych". Kto miał pociągnąć kadrę do przodu, jeśli nie piłkarz, który grał z powodzeniem na mundialu w Argentynie, wspólnie z dzisiejszym prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem, wtedy jego partnerem w linii pomocy.

Nawałka czuł jego wsparcie, kiedy w pierwszych meczach reprezentacji powoływał zawodników, w których trudno było dostrzec potencjał i nic dziwnego, że często słyszało się głosy, iż Nawałka, podobnie jak Waldemar Fornalik przed nim i Franciszek Smuda jeszcze wcześniej, niewiele zrobi.

Nawałka próbował, szukał, a Boniek spokojnie czekał. I wszyscy się doczekali. Szczęście w futbolu jest potrzebne, a Nawałka je miał. Kilku zawodników cieszących się w czasach jego poprzedników opinią wielkich talentów, teraz te uzdolnienia rozwinęło. Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek, Jakub Błaszczykowski, Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak zdobyli mocne pozycje w swoich klubach i stali się graczami znanymi w Europie. Eksplodował talent Arkadiusza Milika, którego Nawałka przygotowywał do wielkiej kariery w Zabrzu.

Ludzie z wolnej Polski

Efektowny awans do Euro we Francji podziałał na wyobraźnię. To nie była jeszcze reprezentacja na medal, ale biorąc pod uwagę potencjał jej zawodników, ich doświadczenie, zdobyte w dobrych zagranicznych klubach, osobiste ambicje, charakterystyczne dla młodych ludzi dorastających już w wolnej Polsce, dawała nadzieje na grę lepszą od tej, jaką w turniejach pokazywali starsi koledzy.

Fakt, że Polska znalazła się we Francji wśród ośmiu najlepszych reprezentacji Europy, a odpadła dopiero po rzutach karnych, nie przegrywając żadnego z pięciu meczów, wystawia jej jak najlepsze świadectwo. Ta ósemka najlepszych pokazuje właściwe miejsce kadry. Zrobiła tyle, ile zrobić mogła, nie zawiodła zaufania. A wcześniej to nie zdarzało się często

O profesjonalizmie zawodników i sztabu szkoleniowego, medycznego i organizacyjnego świadczy nie tylko zadbanie o szczegóły przygotowań do turnieju, ale i w jego trakcie. Słynne karimaty, o których ktoś pomyślał, aby przed dogrywką meczu ze Szwajcarią piłkarze nie musieli odpoczywać na gołej ziemi, zobaczyłem znowu w sobotę, podczas treningu na Stadionie Narodowym, przed meczem z Czarnogórą.

Można mieć pewność, że przygotowania do turnieju w Rosji będą rozpisane w najdrobniejszych szczegółach. Będzie łatwiej, bo zaprocentują doświadczenia z Euro we Francji. Sztab pozostał niemal bez zmian, a kadra składa się również w większości z tych samych zawodników. Jedni i drudzy to już są rutyniarze.

Pomyśleć, że przez pół roku przygotowań do mundialu w Hiszpanii w roku 1982 (trener Antoni Piechniczek) reprezentacja nie mogła rozegrać ani jednego meczu międzypaństwowego. W Polsce panował stan wojenny i żadna reprezentacja nie chciała z nami grać.

Sparingpartnerami były więc zagraniczne kluby. Mimo to Polska zajęła w Hiszpanii trzecie miejsce, a Andrzej Buncol opowiadał, że grali na luzie, bo nikt od nich niczego nie wymagał, jednak zawodnicy mieli poczucie, że trzeba dać ludziom w Polsce trochę radości.

Dziś sytuacja jest inna. Radość jest przyjemna, ale żeby była, trzeba na nią zapracować. Na pięć miesięcy przed mundialem w Hiszpanii Buncol chodził jeszcze w mundurze szeregowca po jednostce wojskowej w Nysie. Już na miejscu okazało się, że Grzegorz Lato dostał buty o dwa numery za małe, bo nikt w PZPN nie wiedział, jaki nosi numer. Adidas wiedział i przywiózł mu buty z Niemiec. PZPN nie wiedział też, że w lipcu w Hiszpanii bywa gorąco, więc pokoje powinny mieć klimatyzację i zamówił piłkarzom hotel bez niej, bo było taniej.

Wspominam te anegdoty, żeby uświadomić, jaką drogę przebyliśmy. Organizacja i porządek są jednymi z podstaw sukcesów dzisiejszej reprezentacji.

Miejsce w galerii sławy

Adam Nawałka już przeszedł do historii, jest bowiem pierwszym selekcjonerem, który doprowadził reprezentację do finałów mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Ma więc miejsce obok takich legend, jak grający skutecznie na mundialach lub igrzyskach olimpijskich: Kazimierz Górski, Antoni Piechniczek i Jacek Gmoch. Różnica polega na tym, że oni prowadzili swoje drużyny do sukcesów, a Nawałka na razie cieszy się z awansów.

To samo dotyczy piłkarzy. W dziesięciu meczach eliminacyjnych Nawałka dał szansę gry 26 zawodnikom. Najstarsi urodzili się w roku 1985 (Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Jakub Błaszczykowski, Sławomir Peszko), ale 11 – już w latach 90.

Wielu jest gwiazdami swoich klubów i zagranicznych lig, ale żaden nie odniósł prawdziwego sukcesu międzynarodowego. Borussia i Bayern walczą w Lidze Mistrzów, wygrywają Bundesligę, Grzegorz Krychowiak wygrał Ligę Europy, wielu zna europejskie stadiony z międzynarodowych rozgrywek klubowych. Ale z reprezentacją nie wygrał nikt. Awans do finałów poważnego turnieju to dopiero połowa sukcesu.

Ostatnia szansa

Oni wszyscy dobrze o tym wiedzą. Dla pokolenia 30-latków mundial w Rosji jest ostatnią szansą na odniesienie międzynarodowego sukcesu w koszulce z orłem. Nawet dla Lewandowskiego. W sierpniu skończył 29 lat, za pięć lat będzie miał 34. A nie wiadomo, czy Polacy awansują do finałów mundialu w Katarze. Nie trzeba im o tym przypominać.

Lewandowski pobił strzelecki rekord Włodzimierza Lubańskiego, być może już w przyszłym roku wyprzedzi Michała Żewłakowa pod względem liczby meczów rozegranych w reprezentacji. Zapracował na nominację do tytułu najlepszego polskiego piłkarza w historii. Ale ci, z którymi o ten tytuł rywalizuje, mają w gablotach medale mistrzostw świata i igrzysk. Jemu medali też nie brakuje, jednak ich wartość jest nieco inna. Ma wymiar klubowy.

Na co stać reprezentację Polski podczas turnieju w Rosji? Wszystko to, o czym wspominamy: dotychczasowe mecze kadry, wysokie pozycje wielu graczy w dobrych klubach, doświadczenie ich i trenerów, profesjonalizm PZPN, daje nadzieję na dobry wynik. Najpierw wyjście z grupy, potem walka o coraz wyższe pozycje. Każdy z piłkarzy i trenerów ma uzasadnione aspiracje wykraczające zdecydowanie poza coubertinowską dumę z faktu wzięcia udziału w zawodach. Po to się jedzie, aby zwyciężać.

Mamy niemal na wszystkich pozycjach zawodników na przyzwoitym europejskim poziomie. W bramce Łukasz Fabiański (Swansea) i Wojciech Szczęsny, czeladnik Luigiego Buffona w Juventusie. Na prawej obronie Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), na środku Kamil Glik (Monaco) z Michałem Pazdanem (Legia). Z lewą obroną jest problem, niezwiązany wyłącznie ze stanem zdrowia Artura Jędrzejczyka (Legia) czy Macieja Rybusa (Lokomotiw Moskwa), ale z faktem, że potrzeba nam gracza lepszego od nich.

Na prawej pomocy Jakub Błaszczykowski (Wolfsburg), na lewej Kamil Grosicki (Hull City). W środku Grzegorz Krychowiak (West Bromwich Albion), przed nim Piotr Zieliński (Napoli), a jeszcze dalej Arkadiusz Milik (też Napoli). Na środku napadu Robert Lewandowski (Bayern).

Taka drużyna już od dwóch, trzech lat toczy wyrównane boje w całej Europie, nie ma więc powodu nie wierzyć w nią na mundialu. Zmiennicy są siłą rzeczy słabsi, ale zamiana jednego zawodnika na drugiego nie powoduje ani popłochu, ani drastycznego obniżenia poziomu gry. Wpływa na to również organizacja na boisku. Każdy niemal automatycznie wie, co ma robić i gdzie być, kiedy atakujemy i kiedy się bronimy.

Marzenie pana Kazimierza

Ta reprezentacja może pokonać mistrzów świata Niemców, przełamując barierę niemożności, towarzyszącą polskiej piłce od ponad 80 lat. Ale może też przegrać 0:4 z Danią, pod naporem wcale nie wyjątkowo silnego przeciwnika, zapominając o swoich atutach. Mimo wszystko jest to drużyna, w którą coraz bardziej wierzę, mając jednak świadomość, że marzenie Kazimierza Górskiego chyba jeszcze w przyszłym roku się nie spełni. Jakie ono było?

„Chciałbym, aby kiedyś reprezentacja Polski wystąpiła w finale mistrzostw świata i go wygrała".

"Rzeczpospolita"