Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Co dzień świeży pieniądz

Bartosz Klimas 29-12-2017, ostatnia aktualizacja 29-12-2017 10:31

Marek Miller, założyciel Laboratorium Reportażu.

Marek Miller, założyciel Laboratorium Reportażu.
autor: Mariusz Kubik
źródło: Rzeczpospolita
Marek Miller, założyciel Laboratorium Reportażu.

Rz: Taki tytuł nosi dokumentalna powieść eksperymentalna. Czyli jaka?

Marek Miller: Taka, w której wypowiadają się nie trzy osoby, ale trzysta. Taka, która odpowie na pytanie, czy cała dzielnica może napisać książkę. Naszym zamiarem jest powieść papierowa, wersja internetowa (z wtrętami w postaci fragmentów audycji radiowych, filmów dokumentalnych i fabularnych) oraz multiplastikon, czyli kiosk na Bazarze Różyckiego z prezentacją „scen z życia Bazaru". Sam tekst ma dwa poziomy – to oznacza, że w razie zainteresowania tematem będzie można wejść głębiej, zobaczyć więcej zdjęć albo przeczytać dokumenty dotyczące wybranych wydarzeń czy postaci. A historia bazaru była nadziana postaciami – wiadomo było, kto rządzi, chociaż go nie widać. Były też osobowości poszczególnych planów, liderzy tej czy innej branży.

Dlaczego akurat Bazar?

Namówił nas na to Marek Nowakowski. Przekonywał, że kończy się tu pewna epoka i to ostatni moment, żeby ją zapisać. On był naszym gwarantem – wprowadził, poznał z ludźmi, bo inaczej nie chcieliby rozmawiać. Wprowadził nas i zniknął, jak to Marek. Potem zniknął ostatecznie, a ja wcześniej obiecałem mu, że to skończę. Nie trzeba mnie było długo namawiać – jestem w Warszawie od 20 lat, a wcześniej mieszkałem w Łodzi, w dzielnicy podobnej do Pragi – na pograniczu Bałut i Polesia. Połowa chłopaków z mojej okolicy siedzi albo będzie siedzieć. Byłem związany z podobnymi klimatami.

Czarny rynek to wątek zaniedbany w opowieściach Polaków – one rozwinęły się wokół romantycznego widzenia rzeczywistości, w którym mówienie o przedsiębiorczości, zysku, zarabianiu pieniędzy jest niestosowne. Tak było nie tylko w komunizmie, ale i wcześniej, także w literaturze: przecież Wokulski nie dokończył swojego dzieła, musiał się zakochać! Także i stąd ten temat: oddać sprawiedliwość tym, którzy handlują, przestać traktować ich jak kamień u nogi społeczeństwa.

Zdążył pan zobaczyć Bazar w czasach świetności?

Byłem tam w latach 60., kiedy odwiedzałem rodzinę na Bródnie. Wtedy nie doznałem iluminacji, nic mi się tam nie przydarzyło. W „trzy karty" przegrałem już wcześniej, na podobnym bazarze w Łodzi – to mnie uodporniło na całe życie.

Kiedy bazar stał się Bazarem?

Już przed wybuchem pierwszej wojny światowej to był centralny punkt handlu na Pradze. W okresie międzywojennym umocnił swoją pozycję, a po drugiej wojnie stał się fenomenem, o którym dziś mówimy. Z początku zakładałem, że to będzie opowieść powojenna, ale w pewnym momencie zrobiło mi się szkoda tych wcześniejszych materiałów. Wtedy zapadła decyzja, że to musi być całość.

Na Różycu wszystko było „bardziej"?

Po drugiej wojnie udało się tu zachować ciągłość. Lewobrzeżna Warszawa nie istniała i większość instytucji umiejscowiono na Pradze, a na Bazarze jakby nie zmienił się ustrój – pieniądze wciąż dawały niezależność, oczywiście do pewnego stopnia. Oni próbowali się zachowywać tak, jakby nic się nie zmieniło. To była demokracja, w której liczył się tylko zysk – nie partia, narodowość czy kolor skóry. Ludzie lgnęli, bo chcieli zaznać czegoś, co formalnie przestało istnieć. Bazar stał się synonimem pewnej swobody, możliwości – nie ma konserw, nie ma szampana, nie ma kawioru, a tam jest.

Rodziły się fortuny?

Na pewno, bo Bazar dawał ogromne możliwości – nie tylko jako miejsce sprzedaży detalicznej, ale też ustawiania interesów, które miały miejsce już poza nim. Do tego szybko reagował – przyszła moda na hula-hoop, to natychmiast było na bazarze, potem jakiś następny pomysł... Bazar miał naturalną tendencję do dopasowywania się do potrzeb i warunków, charakterystyczną dla wolnego rynku.

A kiedy zawitał wolny rynek, Bazar podupadł.

To paradoks naszej historii – oni wszyscy marzyli o kapitalizmie i wolnym handlu, a jak ten kapitalizm przyszedł, to ich zabił. Część kupców, tych najbardziej przedsiębiorczych, odessał Stadion Dziesięciolecia. Sklepy zapełniły się towarami – co tu zaoferować, kiedy wszystko jest wszędzie? Najwyżej dokumenty i broń, ale to był margines działalności Bazaru.

Za czym tak tęsknią kupcy, którzy wypowiadają się w monografii? Za młodością? Bo przecież nie za komunizmem.

Ich świat odchodzi, dlatego sentyment do tego miejsca jest ważny. Oni żyli z bazaru, mieli swoje miejsce, zarabiali. Nawet później, kiedy te pieniądze były już mniejsze, wciąż przychodzili siłą inercji – żeby się spotkać, porozmawiać. To dla nich życie. Siedzenie w domu – to śmierć.

Co tam teraz będzie?

Zaczyna się walka o to, co tam będzie, ale wszystkie strony zgadzają się w jednym – będą się powoływać na historię tego miejsca. Na Bazar trzeba znaleźć nowy pomysł. Wcześniej ten plac podobał się mafii, po długiej walce powstało w końcu stowarzyszenie kupców – ale nie było obrotu, więc nie byli w stanie utrzymać samego stowarzyszenia. Więź zanikła.

Kupcy są jedną z grup interesu. Chcieliby zachowania status quo?

Oni by chcieli, żeby był handel – ale czym? Nie wiem, nie jestem handlowcem. Pewnie gdyby oni to wiedzieli, toby to zrobili. I pewnie każdy chce czego innego. Kupcy są siłą inercyjną, ale z każdej wspólnoty można wycisnąć złoto. W tej chwili nic tam się nie dzieje, ale gdyby pojawiła się wola, program, organizator, lider – to złoto by się tam znalazło. Problem nie musi być nieszczęściem, może być zagadką do rozwiązania – przecież handel bazarowy kwitnie na całym świecie. Na bazarze się rozmawia, tu jest ludzki stosunek i autentyzm zamiast anonimowości i picu centrów handlowych. Można pogadać, potargować się. To jak agora. Bezpośredniość, specyficzny styl życia przedmieścia i także – specyficzny, ale jednak – system wartości. To tworzyło rodzaj więzi społecznej. Ludzie tęsknią za życiem, za dreszczem, bo kiedy się tam wchodziło, to raz, że były rzeczy, których nie było w sklepach, a dwa – każdy się bał, że zaraz go okradną. Do lat 60. oczywiście nie ma powrotu, ale wierzę, że życie może tam wrócić. Nie chcę wdawać się jednak w to, co się tam teraz dzieje, bo takie rozważania są przeciw interesowi naszej książki.

Kiedy premiera?

Wszystko zależy od środków finansowych Uniwersytetu Warszawskiego. Teraz pracujemy nad włożeniem tego materiału do internetu, w marcu chcielibyśmy go zaprezentować. —rozmawiał Bartosz Klimas

"Rzeczpospolita"