Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zupa rumfordzka

Rafał Jabłoński 21-04-2011, ostatnia aktualizacja 21-04-2011 20:03

Można powiedzieć, że była protoplastą dzisiejszych fast foodów. Wymyślona pod koniec XVIII wieku uratowała od głodu miliony biedaków.

*Olej Hipolita Lipińskiego zatytułowany „Zupa rumfordzka”, namalowany w 1883 roku. Przedstawia scenę z Krakowa, a nie z Warszawy, bo u nas nikt nie wpadł na pomysł utrwalenia takiej akcji charytatywnej
źródło: agra art
*Olej Hipolita Lipińskiego zatytułowany „Zupa rumfordzka”, namalowany w 1883 roku. Przedstawia scenę z Krakowa, a nie z Warszawy, bo u nas nikt nie wpadł na pomysł utrwalenia takiej akcji charytatywnej
*„Trąbizupka”, czyli pojazd konny z podgrzewanym kotłem. To wczesna fotografia gazetowa, stąd i słaba jej jakość. Na marginesie – za PRL dowożono na budowy tzw. zupy regeneracyjne
źródło: Biblioteka Narodowa
*„Trąbizupka”, czyli pojazd konny z podgrzewanym kotłem. To wczesna fotografia gazetowa, stąd i słaba jej jakość. Na marginesie – za PRL dowożono na budowy tzw. zupy regeneracyjne
*Śniadanie sześciogroszowe w Warszawie wydawane przez Towarzystwo Dobroczynności. Za niewielkie pieniądze biedni ludzie najadali się na pół dnia
źródło: Biblioteka Narodowa
*Śniadanie sześciogroszowe w Warszawie wydawane przez Towarzystwo Dobroczynności. Za niewielkie pieniądze biedni ludzie najadali się na pół dnia

Zupa rumfordzka była wywarem z kości, a więc tanim, wzbogaconym o dostępne w danym momencie warzywa daniem. Najczęściej używano grochu albo fasoli, a elementem wypełniającym żołądek były kartofle lub kasze. Innymi słowy, to dzisiejszy big coś tam – czyli puchnący w brzuchu zestaw niezbędny do przeżycia – różne białka, cukry i tłuszcze; frytek wtedy jeszcze nie znano.

Przez wiele lat sądzono, że pierwsze zupy rumfordzkie pojawiły się w Warszawie w latach 20. wieku XIX, tuż przed powstaniem listopadowym. Niespodziewanie natrafiliśmy na informację, że w 1802 roku ma pojawić się w mieście „Supa Rumfordzka, czyli ekonomiczna”.

Biedaka wyżywić

Przed 200 laty problem nędzy społecznej miał inne wymiary niż dziś. Powszechnym zjawiskiem był głód, a grzebanie po śmietnikach niewiele dawało, gdyż nikt resztek pożywienia nie wyrzucał, bo nadawały się na karmę dla zwierząt. Co więc miał jeść bezdomny? Grono światłych ludzi o dobrych sercach postanowiło wydawać w Warszawie zupy rumfordzkie, celem “polepszenia stanu ubóstwa”.

Powstał fundusz finansujący przedsięwzięcie, a na osobę kierującą kuchnią wyznaczono Franciszka Xawerego Wasilewskiego. Ten zaś w sprawozdaniu podawał, że przez miesiąc zebrano 11 108 zł polskich i “za tę sumę żywił codziennie 250 osób, a czasem i więcej (...). Każda z nich dostawała kwartę miary Polskiey, supy posilney i kawał chleba, co w pieniądzach wynosi 3 i 1/3 groszy miedzianych polskich na osobę”.

A poza żywnością trzeba było jeszcze zapewnić “przywóz wody rzecznej”, a także kupno mioteł, świec i naczyń gospodarskich – za 386 zł na rok. Minęło dziesięć lat i Towarzystwo Zupy Rumfordzkiej żywiło 120 osób dziennie. Powodem ówczesnej nędzy była m.in. klęska nieurodzaju, a także przemarsze wojsk, które zniszczyły okolice miasta, rabowały i pozbawiły ludzi żywności. TZR poszukiwało nowych funduszy, alarmując, iż przychodzi do nich trzy razy tyle głodnych, ile mogą nakarmić.

Po następnych 14 latach otworzono pierwszy stały zakład na 100 osób, a po powstaniu listopadowym wydano w styczniu 1833 roku aż 4840 porcji. Do kasy wpływały pieniądze z jednorazowych ofiar, a także ze stałych składek. Mieszkańcy miasta wspierali głodnych. Po jakimś czasie zaczęli na nich... zarabiać. Ostatni raz o zupie rumfordzkiej czytałem w gazetach z 1900 roku. Zakład przy ulicy Starej wydawał  dziennie po 200 porcji dania i 120 porcji herbaty z bułkami.

„Trąbizupki”

Obok Towarzystwa Zupy Rumfordzkiej działały też różne inne stowarzyszenia dokarmiające biednych. Parę lat po powstaniu styczniowym zaczęto tworzyć „lokale tanich kuchen”. To były takie dzisiejsze bary mleczne, w których ludzie płacą drobnymi monetami i wyliczają, co im się bardziej opłaca, by zaoszczędzić 20 gr. Jeden z nich otworzył w styczniu 1869 roku (i obiad próbował) sam „Jenerał ober – policmajster miasta Warszawy (...) stało tam 10 stołów po 6 miejsc, a kuchnia posiadała 2 ogniska ogrzewające 6 saganów, trzymających po 25 garncy”. Jak relacjonował „Kurier Warszawski”, na osobę przypadała spora wazka smacznego krupniku, niemal pół funta pieczeni, pół kwarty kapusty i pół funta chleba. Znamy też regulamin takiego miejsca. Otóż „fajek, cygar i papierosów palić nie wolno. Psów sprowadzać nie można. Osoby w stanie nietrzeźwym, będące w odzieniu obdartem i żebracy, wstępu do sali nie mają”.


Tanie kuchnie powstawały jak grzyby po deszczu i miały poparcie władz. Pieniądze pochodziły z różnych prywatnych i państwowych funduszy. Na przykład w 1869 roku rozdawano żywność z kasy Namiestnika Królestwa, a w 1885 roku przygotowano 6000 porcji święconego dla biednych. W działania zaangażowane były też gminy ewangelickie, Nadzór Bóżniczy i Zarząd Gminy Żydowskiej (dla głodujących na Szmulowiźnie). Niektóre fabryki, zmuszone złą koniunkturą do ograniczenia produkcji, nie porzucały jednak swych zwolnionych pracowników. W latach 80. zaprzeszłego wieku bezpłatne obiady dla byłych robotników wydawały fabryka drutu przy Twardej i fabryka asfaltu na Solcu.

... 6 groszy na dzień na ulicy dane żebrakowi zaledwie mu wystarczy na butelkę piwa, obrócone tym sposobem na zupę rumfordzką, wyżywi dzień cały nieszczęśliwego opinia z 1826 roku

Towarzystwo Dobroczynności sponsorowało pięciogroszowe obiady i sześciogroszowe śniadania. W 1874 roku w sali posiedzeń magistratu odbyło się doroczne spotkanie Oddziału Tanich Kuchen. Jak podał „Kurier Warszawski”, przewodniczył mu prezes – generał lejtnant generalnego sztabu Witkowski. W tym czasie w mieście działały trzy takie kuchnie, w ciągu roku wydając 79 tys. obiadów i 39 tys. półporcji. „Najwięcej zjedzono w miesiącu lipcu, bo 10 348 i pół, najmniej zaś w kwietniu bo 5 480 1/2”.

W 1901 roku „Wędrowiec” podał, iż w Warszawie nie przyjął się pomysł tzw. trąbizupek, czyli jeżdżących kuchen, oferujących gorące posiłki już od samego rana. Woźnica krzyczał – jak napisała gazeta – „na o – bi – ad”. Czasami też, jak miał czym, trąbił, skąd wzięła się nazwa przedsięwzięcia. Ale przynosiło ono małe zyski, a pochłaniało dużo pieniędzy. Niestety, jak już wspomnieliśmy, idea tanich kuchen zaczęła padać pod ciężarem oczekiwanego zysku. Redaktor „Wędrowca” wyliczał, że wysokie ceny w tanich kuchniach sprawiają, iż są one porównywalne z jadłodajniami. „Skromny obiad w »tanich« kosztuje około 26 groszy, a w zwykłych jadłodajniach od 20 do 25”. Czyli tak, jak dziś bywa, że fast food jest droższy od małej knajpki.

Niebywały rozrost różnych towarzystw wspomagających i obniżenie ich prestiżu doprowadziły do powstawania żartów. Zakpił nawet Henryk Sienkiewicz w zabawnym opowiadaniu „Ta trzecia”, podając, że jeden z bohaterów zrobił karierę, zostając “prezesem Towarzystwa rozdawania kaszy jęczmiennej między robotników pozbawionych zajęcia”. A hrabia Rumford wymyślił swą słynną zupę w tak szczytnym celu...

 

Dodaj swoją opinię lub napisz do nas czytelnik@zw.com.pl

Życie Warszawy