Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Ofiary: Ile ich było naprawdę

Grzegorz Wołk 12-12-2016, ostatnia aktualizacja 12-12-2016 00:00

Strzelanie do Polaków, przyzwolenie na brutalność, krycie sprawców. Stan wojenny zagroził bezpieczeństwu całego społeczeństwa.

Pogrzeb Grzegorza Przemyka odprawił ks. Jerzy Popiełuszko (na zdjęciu z prawej, obejmuje Barbarę Sadowską, matkę Przemyka). Rok później został zamordowany przez funkcjonariuszy SB.
źródło: IPN/East News
Pogrzeb Grzegorza Przemyka odprawił ks. Jerzy Popiełuszko (na zdjęciu z prawej, obejmuje Barbarę Sadowską, matkę Przemyka). Rok później został zamordowany przez funkcjonariuszy SB.

Śmiertelne ofiary stanu wojennego to najbardziej tragiczny wymiar rozbicia Solidarności. Do tej pory nie wiemy, ile ich tak naprawdę było.

Przez lata punktem odniesienia były ustalenia nadzwyczajnej komisji sejmowej powołanej w sierpniu 1989 r. Na jej czele stanął mało znany wówczas polityk Jan Maria Rokita. Komisja pracowała bez narzędzi pozwalających jej na ściganie sprawców. Prace sabotowali przedstawiciele dawnego reżimu, byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa oraz PRL-owscy prokuratorzy i sędziowie. Wszyscy oni mieli w tym interes. Wielokrotnie w postępowaniach sądowych i prokuratorskich chronili sprawców. W dużej mierze to zadecydowało, że chociażby sprawców śmierci Grzegorza Przemyka nie udało się nigdy pociągnąć do odpowiedzialności. Żaden nie znalazł się w więzieniu.

Istnieje problem w jednolitym zdefiniowaniu pojęcia „ofiara stanu wojennego". Oczywiste są przypadki górników z kopalni Wujek czy uczestników demonstracji w Lubinie, do których po prostu strzelano. Można się spierać, na ile były to zgony spowodowane bezpośrednio przez decyzje przedstawicieli władz, a na ile przypadkowe i niezamierzone ofiary pacyfikowania społeczeństwa. Władza komunistyczna ponosi bowiem odpowiedzialność nie tylko za podjęte decyzje, chociażby strzelania do górników z Wujka.

Obciąża ją także powszechne przyzwolenie na brutalność aparatu przymusu. Esbecy i milicjanci w stanie wojennym dostali bowiem zielone światło dla stosowania przemocy i z niego korzystali. Przypadek Przemyka, maturzysty śmiertelnie pobitego na komisariacie, doskonale to obrazuje. Nie dość, że milicjanci bez żadnej przyczyny znęcali się nad młodym chłopakiem, to jeszcze w ich obronie użyto całego aparatu państwowego.

PRL jawi się tutaj jako państwo mafijne broniące za wszelką cenę „swoich". Zastraszano świadków, fałszowano wyniki śledztwa, aż w końcu winę próbowano zrzucić na niewinnych sanitariuszy, którzy udzielali Przemykowi pomocy.

Czy za „ofiarę stanu wojennego" może być uważana osoba, której nie udzielono na czas pomocy medycznej z powodu wyłączenia linii telefonicznych w pierwszych dniach grudnia? Wydaje się, że tak. Stan wojenny zagroził bowiem nie tylko bezpieczeństwu ludzi opozycji, ale całemu społeczeństwu. Ograniczenie dostępu do pomocy medycznej także obciąża jego twórców.

Bilans stanu wojennego przedstawiany bywa najczęściej w postaci liczb. Padają różne. 93 przypadki zgonów – w latach 1981–1989 – odnotowanych przez Komitet Helsiński. 122 przypadki śmiertelne, z czego blisko 90 z udowodnionym poszlakowo udziałem funkcjonariuszy MSW. To już Komisja Rokity.

56 twarzy ofiar reżimu Jaruzelskiego pokazał w 2006 r. IPN na specjalnej wystawie im poświęconej. W tym wszystkim niknie pojedynczy człowiek. Życiorysy ofiar to wstrząsający materiał. Zdecydowana większość z okresu formalnego obwiązywania stanu wojennego, czyli od 13 grudnia 1981 r. do 22 lipca 1983 r., to ludzie młodzi. Niekoniecznie zaangażowani w podziemie solidarnościowe. Biorący udział w manifestacjach z potrzeby serca i buntu wobec likwidacji Solidarności.

To 20-letni gdańszczanin Antoni Browarczyk, uczestnik duszpasterstwa akademickiego i kibic Lechii, postrzelony 17 grudnia 1981 r. przez milicjanta, gdy przypadkowo znalazł się obok manifestacji przed siedzibą Komitetu Wojewódzkiego PZPR. To także 20-letni Bogdan Włosik, którego dosięgła kula spanikowanego funkcjonariusza SB. Włosik był elektrykiem w Nowej Hucie. Ta sprawa była o tyle bulwersująca, że jego zgon został przez władze wykorzystany propagandowo. W domu jego rodziców pojawili się wówczas generałowie Wojciech Jaruzelski z Czesławem Kiszczakiem. Takich żałobników nikt z rodziny z pewnością sobie nie życzył.

Każdy, kto interesuje się historią Solidarności, zna przypadek Jerzego Zieleńskiego, związanego z opozycją dziennikarza, który na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego popełnił samobójstwo, wyskakując ze szpitalnego okna. Wojna wytoczona społeczeństwu przez Jaruzelskiego była czymś zbyt wielkim dla byłego żołnierza AK i uczestnika Powstania Warszawskiego. To też ofiara stanu wojennego.

Winni śmierci wielu osób nigdy nie zostali osądzeni. Często do dziś mówimy o tzw. nieznanych sprawcach. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo sprawstwa ze strony SB, brak jednak poszlak i dowodów kierujących na konkretnych funkcjonariuszy. Esbecka omertà, zmowa milczenia, działa do dnia dzisiejszego.

Postępowania toczone w latach 80., o ile w ogóle do nich dochodziło, były kpiną z wymiaru sprawiedliwości. Często sądzono bezpośrednich sprawców, nie interesując się tymi wydającymi decyzje. Czy bowiem za śmierć Mieczysława Rokitowskiego odpowiadają tylko kryminaliści, którzy go pobili w celi więziennej? Czy może jednak współodpowiedzialność ponoszą także osoby, które go tam umieściły – w towarzystwie recydywistów – za posiadanie jednej (!) solidarnościowej ulotki?

Autor jest historykiem, pracownikiem naukowym Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie

"Rzeczpospolita"