Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Bombą w Rzeczpospolitą

Krzysztof Jóźwiak 30-06-2017, ostatnia aktualizacja 30-06-2017 00:00

Mogłoby się wydawać, że Polski nigdy nie dotknęła trauma zamachu terrorystycznego. To nieprawda.

Cztery dni przed wybuchem II wojny światowej niemieccy dywersanci zdetonowali bombę na dworcu kolejowym w Tarnowie i zabili 20 osób.
źródło: Muzeum Okręgowe w Tarnowie
Cztery dni przed wybuchem II wojny światowej niemieccy dywersanci zdetonowali bombę na dworcu kolejowym w Tarnowie i zabili 20 osób.

W okresie międzywojennym za aktami terroru skierowanymi przeciwko państwu polskiemu i legalnej władzy stały głównie organizacje ukraińskich nacjonalistów i komuniści wspierani przez ZSRR. Pierwszym chodziło o oderwanie od Rzeczypospolitej jej wschodnich rubieży i utworzenie tam niepodległego państwa ukraińskiego, drugim o wzniecenie rewolucji i przejęcie władzy. Groźne były także bojówki skrajnych organizacji prawicowych i dywersanci niemieccy. Lista dokonanych zamachów terrorystycznych jest długa. Najsłynniejszym, choć chronologicznie wcale nie pierwszym, tego typu zdarzeniem było wysadzenie prochowni warszawskiej Cytadeli 13 października 1923 r.

Cytadela w ogniu

Dochodzi 9 rano, kiedy por. Bakierski prowadzący musztrę kompanii 21. Pułku Piechoty dostrzega smużkę czarnego dymu unoszącą się nad obwałowaniami prochowni. Błyskawicznie zdaje sobie sprawę z zagrożenia – w prochowni zgromadzone są gigantyczne ilości włoskiego, bezdymnego prochu do artylerii ciężkiego kalibru. Porucznik nie czeka na rozwój wypadków. Krzyczy do swoich podkomendnych, aby jak najszybciej schronili się za budynkiem pobliskiej szwalni, sam zaś rzuca się do ucieczki. Chwilę potem rozlega się ogłuszający huk, a ziemia zaczyna falować niczym podczas trzęsienia ziemi. Fala uderzeniowa wywołana wybuchem druzgocze pobliskie budynki twierdzy – X Pawilon, szwalnie, magazyn mundurowy, stajnie, wozownie, kuchnie. Zmienia w gruzy bramę prowadzącą nad Wisłę i spływa na niespodziewające się niebezpieczeństwa miasto. U podnóża Cytadeli wznoszona jest nowa dzielnica mieszkaniowa – Żoliborz. Budynki nie są jeszcze gotowe. Podmuch zrywa dachy kilkudziesięciu domów budowanego właśnie osiedla oficerskiego i rani kilkunastu cieśli i dekarzy. Na Starym Mieście i Muranowie w wielu mieszkaniach wylatują szyby. Siła wybuchu jest tak wielka, że przesunięte zostają konstrukcje hełmów wież kościoła św. Michała Archanioła i św. Floriana na Pradze. Cała Cytadela spowita jest kłębami gęstego dymu i kurzu. Panuje kompletny chaos. Dopiero po dłuższej chwili dowódcy poszczególnych pododdziałów zaprowadzają porządek. W stronę twierdzy jadą karetki pogotowia i wozy strażackie. Studenci uniwersytetu przerywają zajęcia i spieszą ratować rannych. Miejsce wybuchu przedstawia okropny widok. Prochownia przestała istnieć, w jej miejscu zieje kilkunastometrowy lej.

Od tragedii o dużo większej skali uchroniła mieszkańców stolicy specyficzna konstrukcja budynku. Prochownia była zagłębiona w ziemi i obsypana wałem ziemnym, co spowodowało, że siła wybuchu została skierowana w górę. Gdyby było inaczej, doszłoby także do eksplozji okalającego prochownię fortu amunicyjnego, w którym zgromadzono setki pocisków artyleryjskich. Ale i tak straty w ludziach były poważne. Zginęli wszyscy pracownicy prochowni, wielu zabitych było wśród rodzin podoficerów mieszkających w gmachu X Pawilonu. Niektórych ciał nie dało się zidentyfikować. W sumie zginęło co najmniej 28 osób, a prawie 100 zostało ciężko rannych.

Komunistyczny spisek

Skala zamachu w Cytadeli była dla ówczesnych władz zaskoczeniem. To, że do niego doszło, już niekoniecznie. Było to niejako ukoronowanie serii zamachów, do których dochodziło od kilku miesięcy w wielu polskich miastach, przede wszystkim w Warszawie i Krakowie. Czasy były niespokojne, pogarszająca się sytuacja ekonomiczna państwa powodowała, że w całym kraju szerzyły się strajki i niepokoje. Działalność zaktywizowały bojówki ukraińskie i komunistyczne. Te ostatnie działały wedle wytycznych Kominternu, który nakazał podległym sobie partiom w całej Europie podżegać do wystąpień rewolucyjnych.

W kwietniu i maju wybuchło kilka bomb w Krakowie, m.in. w hotelu Kellera na Kazimierzu. Potem zamachowcy przenieśli się do Warszawy – 23 maja zdetonowano silny ładunek pod redakcją „Rzeczpospolitej", a następnego dnia na parterze jednego z budynków Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu. Śmiertelnie ranny został prof. Roman Orzęcki. Bomby wybuchały także w Białymstoku i Częstochowie. 5 sierpnia minister spraw wewnętrznych Władysław Kiernik na posiedzeniu Sejmu wygłosił oświadczenie o wykryciu komunistycznej organizacji szpiegowsko-dywersyjnej. Wśród aresztowanych znalazło się m.in. dwóch oficerów Wojska Polskiego – Walery Bagiński z Centralnej Szkoły Zbrojmistrzów oraz Antoni Wieczorkiewicz z ekspozytury II Oddziału Sztabu Generalnego w Krakowie. Oskarżono ich o zorganizowanie wiosennych zamachów w Warszawie i Krakowie, a potem także o wybuch w Cytadeli. Mimo że akt oskarżenia opierał się na dość mętnych zeznaniach policyjnego informatora Józefa Cechowskiego, obaj zostali skazani na karę śmierci, którą potem zamieniono na dożywocie.

Zakończenie tej historii było tajemnicze i sensacyjne. W 1925 r. polskie władze zgodziły się wymienić obu zamachowców na dwóch Polaków aresztowanych przez NKWD. Wieczorkiewicz i Bagiński nigdy jednak nie trafili do „ojczyzny światowego proletariatu". Tuż przy samej granicy na stacji kolejowej Kołosowo zastrzelił ich żołnierz eskorty – Józef Muraszko, członek jednej ze skrajnie prawicowych organizacji. Postać to była nieciekawa. W latach 30. Muraszko został zwerbowany przez gestapo, za co pod koniec 1939 r. Polskie Państwo Podziemne wykonało na nim wyrok śmierci.

Zginął także agent policji Cechowski, którego zastrzelili członkowie bojówki KPP – Władysław Hibner, Władysław Kniewski i Henryk Rutkowski. Polski sąd skazał ich na karę śmierci, którą wykonano na stokach Cytadeli. Historia zatoczyła koło. W okresie PRL trójka komunistycznych bandytów została patronami stołecznych ulic – Złotej, Zgoda i Chmielnej.

Choć komunistyczni terroryści mieli na koncie wiele niebezpiecznych zamachów, to prym w tego typu działaniach wiedli zamachowcy wywodzący się z szeregów nacjonalistycznych organizacji ukraińskich, przede wszystkim OUN. To oni odpowiadali m.in. za chronologicznie pierwszy zamach na przedstawiciela najwyższych władz II RP, czyli próbę zabicia Józefa Piłsudskiego podczas jego wizyty we Lwowie w 1921 r.

Zabić Marszałka

25 września cały polski Lwów świętuje. Powód jest jeden, ale ważny – do miasta „zawsze wiernego" zawitał z wizytą marszałek Józef Piłsudski. Naczelnik państwa ma otworzyć pierwsze, zorganizowane z wielkim rozmachem Targi Wschodnie. Plan wizyty jest napięty – powitanie na dworcu, defilada wojskowa, msza w katedrze i kurtuazyjna wizyta u arcybiskupa lwowskiego Józefa Bilczewskiego, otwarcie targów, a potem liczne spotkania z przedstawicielami lwowskiej elity, w końcu wizyta w ratuszu na uroczystości odsłonięcia ufundowanego przez władze miejskie wielkiego godła państwowego.

Około godz. 20 Piłsudski opuszcza ratusz i w towarzystwie wojewody lwowskiego Kazimierza Grabowskiego zajmuje miejsce w odkrytej limuzynie. Wtedy z tłumu widzów padają strzały. Marszałkowi ratuje życie żołnierskie doświadczenie. Po usłyszeniu huku wystrzału instynktownie pochyla głowę. Pierwsza kula mija go o centymetry i roztrzaskuje szybę pojazdu. Kolejne trafiają wojewodę, ranią go w ramię i rękę.

Zamachowcem jest 21-letni Ukrainiec Stepan Fedak, syn znanego lwowskiego adwokata i działacza ukraińskiego dr. Stefana Fedaka. Od dłuższego czasu działa aktywnie w konspiracyjnych organizacjach – Komitecie Ukraińskiej Młodzieży oraz Woli, których celem jest walka o niepodległe państwo ukraińskie. Fedak liczy, że w zamieszaniu uda mu się uciec z miejsca zamachu. Uniemożliwia mu to starszy posterunkowy policji Jakub Skweres, który rzuca się na niego i zaczyna dusić. Tłum zamierza zlinczować zamachowca. Ratuje go szybka interwencja polskiej policji. Piłsudski zachowuje zimną krew i nie zmienia planu wizyty. Jedzie do gmachu Teatru Wielkiego, gdzie wita go ogłuszająca owacja zgromadzonej publiczności.

Przez cały kolejny miesiąc trwały aresztowania członków nacjonalistycznych organizacji ukraińskich zamieszanych w zamach. Razem z Fedakiem na ławie oskarżonych zasiadło jeszcze 12 Ukraińców. Wyroki były dość łagodne. Fedak został skazany na sześć lat więzienia, kilku pozostałym podsądnym zasądzono od 1,5 do 2,5 roku więzienia. Innych uniewinniono. Dwójce skazanych, Dmytro Palijwowi i Mychajłowi Matczakowi, Rzeczpospolita dała potem drugą szansę. Po odbyciu kary zostali nawet posłami na Sejm z ramienia ukraińskich partii UNDO i URPS.

Ukraiński terror

Ukraińscy terroryści nie dali jednak za wygraną. Jednym z ich ulubionych celów pozostały Targi Wschodnie we Lwowie. W 1924 r. bomba omal nie pozbawiła życia prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Do najbardziej spektakularnego zamachu doszło we wrześniu 1929 r. Wysadzono wtedy główny pawilon wystawy. Próbowano też spalić Dworzec Główny i dokonać zamachu na ówczesnego ministra przemysłu i handlu Eugeniusza Kwiatkowskiego oraz na wojewodę lwowskiego hrabiego Wojciecha Gołuchowskiego. Na szczęście bez powodzenia.

Według dr Lucyny Kulińskiej, zajmującej się ukraińskim terrorem w okresie międzywojennym, w 1931 r. Ukraińska Organizacja Wojskowa planowała prowokację na skalę międzynarodową. Chodziło o wysadzenie pociągów w korytarzu pomorskim, co w zamyśle miało sprowokować atak armii niemieckiej na Polskę.

W wyniku prowadzonego przez UWO i OUN terroru indywidualnego i zbiorowego w latach 1922–1939 życie straciło lub zostało okaleczonych kilkaset osób. Atakowano przede wszystkim przedstawicieli polskiego rządu, wojska i administracji, ale także Ukraińców nawołujących do porozumienia z Polakami oraz dyplomatów sowieckich. W 1933 r. 18-letni student Uniwersytetu Lwowskiego Mikoła Łemyk próbował zastrzelić konsula generalnego ZSRR we Lwowie. Ostatecznie mu się to nie udało, ale zranił śmiertelnie funkcjonariusza wywiadu sowieckiego Aleksieja Majłowa.

Po stronie polskiej najbardziej znanymi ofiarami Ukraińców z OUN byli Tadeusz Hołówko i Bronisław Pieracki. Hołówko był posłem na Sejm RP, zwolennikiem porozumienia polsko-ukraińskiego. Paradoksalnie właśnie z tego powodu stał się celem zamachu. OUN kategorycznie sprzeciwiała się współpracy z Polakami i dążyła do oderwania Ukrainy od Rzeczypospolitej. Działania ugodowców były jej nie na rękę. Dlatego też 29 sierpnia 1931 r. podczas ciepłej, ale burzowej nocy do pokoju przebywającego w uzdrowisku Truskawiec Hołówki zapukało dwóch członków OUN, Wasyl Biłas i Dymytro Danyłyszyn. Kiedy zaskoczony poseł otworzył drzwi, zamachowcy oddali do niego sześć strzałów. Zginął na miejscu.

Jeszcze głośniejszym echem odbił się zamach na Bronisława Pierackiego, ministra spraw wewnętrznych w rządzie Leona Kozłowskiego. Również na niego OUN wydała wyrok śmierci, gdy podjął próbę porozumienia się z mniej radykalnymi organizacjami ukraińskimi.

15 sierpnia 1934 r. przed Klubem Towarzyskim przy ul. Foksal 3, gdzie spotykali się prominentni działacze obozu sanacyjnego, zjawił się członek OUN Hryhorij Maciejka. W ręku trzymał paczkę z bombą domowej roboty, a w kieszeni płaszcza ukrył rewolwer. Kiedy do klubu przyjechał Pieracki, zamachowiec rzucił w jego kierunku bombę. Ta jednak nie wybuchła. Wyszarpnął więc rewolwer i oddał do ministra trzy strzały. Dwa z nich trafiły go w tył głowy. Ranny Pieracki zmarł kilka godzin później w szpitalu. Maciejce udało się zgubić pościg i zbiec z kraju. Skutkiem zamachu było zaostrzenie polityki wobec ukraińskiej mniejszości w Polsce i budowa obozu dla więźniów politycznych w Berezie Kartuskiej. Zmieniono też nazwę ulicy Foksal na Pierackiego.

Mało kto wie, że terroryzm uprawiali na terenie II RP także Niemcy. Do najpoważniejszego zamachu doszło cztery dni przed wybuchem II wojny światowej na dworcu kolejowym w Tarnowie. Wielu historyków uważa, że osoby, które poniosły wtedy śmierć, to pierwsze ofiary tego konfliktu w Europie.

Śmierć w walizce

28 sierpnia 1939 r. Dochodzi godzina 20, kiedy na peron dworca w Krakowie wbiega zziajany Antoni Guzy, targając ze sobą dwie ciężkie walizki. Niestety, pociąg do Tarnowa ucieka mu sprzed nosa. Zmuszony jest więc wynająć taksówkę. Po przyjeździe do Tarnowa niesie walizki do przechowalni trzeciej klasy. Płaci bagażowemu 50 gr i udaje się do dworcowej restauracji. Potem blisko godzinę snuje się po kolejowych plantach i w końcu kupuje bilet na luxtorpedę do Krakowa, która ma wyjechać z Tarnowa po godz. 23. Walizki, które zostawił w przechowalni, wypełnione są materiałem wybuchowym, a w jednej z nich tyka bomba zegarowa. Stąd jego zachowanie może dziwić.

Jak wyjaśniał potem na przesłuchaniu, rozkaz pozostania na miejscu dostał od swoich zwierzchników. Guzy, z zawodu ślusarz, obecnie na bezrobociu, jest bowiem niemieckim dywersantem.

Na dworcu w Tarnowie przez dłuższy czas panuje nieopisany harmider, na peronach kłębią się podekscytowani rezerwiści szykujący się do wyjazdu pod zachodnią granicę. W końcu jednak wsiadają do transportu i wyruszają w drogę. Robi się spokojniej, słychać jedynie przyciszone rozmowy kilkudziesięciu osób czekających na pociąg z Krakowa. Chociaż pociągi PKP słyną z punktualności, tym razem skład ze stolicy Małopolski się opóźnia. Winna jest zapewne gorączka przygotowań do wojny. Owo opóźnienie ratuje życie wielu niewinnym osobom. Około 23.18 zabytkowym dworcem w Tarnowie wstrząsa potężny wybuch. W ułamku sekundy część zachodniego skrzydła budynku zmienia się w kupę gruzów. W zniszczonej poczekalni i restauracji odnaleziono potem 20 ciał. 35 osób odniosło obrażenia.

Policja działa sprawnie. Zatrzymuje świadków tragicznych wydarzeń, w tym Guzego. I choć w pierwszym momencie puszcza go wolno, dwa dni później ponownie trafia on za kratki, tym razem z poważnymi zarzutami.

Na podstawie dokumentów zachowanych w tarnowskim archiwum można dość szczegółowo odtworzyć przebieg przesłuchania. Guzy początkowo nie przyznawał się do winy, jednak przyciśnięty przez śledczych wyjawił prawdę. Wyjaśnił, że czuje się Niemcem (pochodził z mieszanej, polsko-niemieckiej rodziny) i działał z pobudek ideologicznych, nie biorąc za to wynagrodzenia. Niespełna rok wcześniej, gdy szukał pracy w Niemczech, nawiązał współpracę z grupą niemieckich kolonistów z okolic Bielska-Białej i Mielca, których służby III Rzeszy wyszkoliły do przeprowadzania dywersji na ziemiach polskich. Po wybuchu wojny Guzy został wywieziony na wschód i ślad po nim zaginął.

Zamach w Tarnowie był ostatnim akordem terroryzmu w II RP. Miesiąc później państwo polskie legło w gruzach pod ciosami zaborczych totalitaryzmów rodem z Niemiec i Rosji. Przez następne lata bomby znów – jak w czasach zaborów – podkładali Polacy, walcząc o wolność z hitlerowcami, a następnie z komunistami.

"Rzeczpospolita"