Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Krwawy sierpień ,82

Sebastian Ligarski 31-08-2017, ostatnia aktualizacja 31-08-2017 00:00

35 lat temu demonstrowanie przeciw władzy wymagało wielkiej odwagi. Reżim był gotowy na wszystko – nawet na strzelanie do ludzi.

Gaz i armatki wodne na warszawskiej Starówce, 31 sierpnia 1982 r. Brutalniej władza odpowiedziała na protesty  w Lubinie i Wrocławiu – tam padli zabici.
autor: Teodor Walczak
źródło: CAF/PAP
Gaz i armatki wodne na warszawskiej Starówce, 31 sierpnia 1982 r. Brutalniej władza odpowiedziała na protesty w Lubinie i Wrocławiu – tam padli zabici.

Michał Adamowicz, Andrzej Trajkowski, Mieczysław Poźniak, Piotr Sadowski, Kazimierz Michalczyk to pięć osób bestialsko zamordowanych przez władzę 31 sierpnia 1982 r. na ulicach Lubina, Gdańska i Wrocławia. Oprócz nich, w wyniku odniesionych ran zmarli jeszcze Stanisław Rak w Kielcach, Eugeniusz Wiłkomirski w Częstochowie. Inni cudem uniknęli śmierci z rąk bezkarnych funkcjonariuszy Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (ZOMO), Służby Bezpieczeństwa czy różnych formacji ludowego Wojska Polskiego.

Tysiące ludzi zostało poddanych surowym represjom: byli internowani, zwalniani z pracy, obciążani dotkliwymi grzywnami, zabierano im prawa jazdy, szykanowano dzieci i krewnych. A wszystko z powodu udziału w demonstracjach w drugą rocznicę Porozumień Sierpniowych, przez chęć zamanifestowania prawa do wolności i niezgody na rzeczywistość fundowaną Polakom przez generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka i ich akolitów.

28 lipca 1982 r. Tymczasowa Komisja Koordynacyjna po gorących dyskusjach zgodziła się wezwać Polaków do demonstracji 31 sierpnia, w rocznicę porozumienia podpisanego w Gdańsku w 1980 r. Hasłami manifestacji miały być odwieszenie NSZZ Solidarność i zwrócenie wolności wszystkim uwiezionym za poglądy polityczne. Kierownictwo TKK – Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis, Zbigniew Bujak i Władysław Hardek – znajdowało się pod coraz silniejszą presją różnych grup podziemia, które nie były do końca przekonane, czy obrana przez ukrywające się władze Solidarności taktyka walki z komunistami przyniesie oczekiwane rezultaty. Wydawanie apeli, rozwijanie podziemnej prasy, presja zagraniczna i taktyka długiego marszu według coraz większej liczby osób przegrywała w starciu z władzami, które nie wahały się sięgnąć po brutalne represje wobec społeczeństwa. Stąd narastająca krytyka podziemnych władz związku i próby wytyczania innej drogi do celu, jakim było uwolnienie Polski spod kurateli sowieckiej i obalenie komunizmu (w tym próby tak udane jak utworzenie we Wrocławiu Solidarności Walczącej).

Nieprzekonujące groźby Kiszczaka

Zapowiedzi manifestacji 31 sierpnia, które drukowała podziemna prasa, tysiące ulotek z apelami i instrukcjami postępowania, napisy na murach, audycje Radia Solidarność spowodowały, że władza również przygotowała się na ten dzień. W całej Polsce funkcjonariusze SB odbyli tysiące rozmów profilaktyczno-ostrzegawczych, wytypowano, a następnie internowano lub aresztowano osoby mogące kierować przygotowaniami do obchodów rocznicy, jak i samymi manifestacjami. Rządowa prasa, radio i telewizja wzywały do pozostania w domach, zachowania spokoju i rozsądku, nieulegania prowokatorom, respektowania poleceń milicji i wojska. Montowano specjalne programy telewizyjne pokazujące ludzi Solidarności podpisujących porozumienia w sierpniu 1980 r., a następnie oskarżające ich o próbę siłowego obalenia ustroju. „Ujawniano" magazyny broni i działalność grup terrorystycznych rzekomo przygotowujących się do wykonywania wyroków śmierci na działaczach i aktywistach partyjnych.

Do zakładów pracy na czas od dwóch do pięciu dni skierowano grupy oficerów Wojska Polskiego, by prowadzili rozmowy z robotnikami. Ich celem była nie tylko agitacja, ale również niedopuszczenie do zorganizowania się robotników i zapobieżenie wspólnemu wyjściu załóg z zakładów. W samym tylko Śląskim Okręgu Wojskowym w rozmowach tych udział wzięło 6 tysięcy oficerów. Razem odbyto ponad 30 tys. spotkań (zwanych lektorskimi).

Kontynuując przygotowania propagandowe, przykładowo w Legnicy Wydział Propagandy i Agitacji KW PZPR nakazał ujednolicenie źródeł informacji, wskazując, że jedynym źródłem miały być oficjalne oceny, informacje i komunikaty Wojewódzkiego Komitetu Obrony. Wydano plakaty „Mamy tylko jedną Polskę" autorstwa Witolda Mysyrowicza kolportowane w całym kraju. W mediach przypominano o ustawodawstwie stanu wojennego i konsekwencjach jego złamania w postaci kar więzienia zagrożonych pięcioletnim wyrokiem, wysokich grzywien i innych represji. Do zachowania spokoju i rozsądku nawoływali w telewizji generałowie Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski.

25 sierpnia Tadeusz Dziechciowski, sekretarz szczecińskiego tygodnika „Jedność", internowany w Strzebielinku zanotował: „narasta histeria związane z zapowiedzianymi demonstracjami (...).Po dzisiejszym dzienniku to wystąpienia z tego cyklu gen. Kiszczaka. Niedobre, fatalnie napisane. Zbyt prymitywne. Pełne gróźb".

Warto dodać, że do internowanych napływały informacje o ruchach wojsk sowieckich mających przegrupowywać się w kierunku Warszawy, opróżnianiu hoteli w Warszawie celem zakwaterowania tam wojska, apelach Episkopatu Polski i prymasa Józefa Glempa o zachowanie spokoju i powstrzymanie rozlewu krwi. Do pilnowania osadzonych władze przeznaczyły dodatkowe siły, które pojawiły się w ośrodkach odosobnienia.

Społeczeństwo zignorowało apele o powstrzymanie się od demonstracji. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych 31 sierpnia 1982 r. manifestacje miały miejsce w 66 miejscowościach, a wzięło w nich udział 118 tys. osób. Dane odnoszące się do liczby uczestników były z pewnością zaniżone. Obchody miały miejsce nie tylko w dużych miastach (Wrocław, Gdańsk, Warszawa, Poznań, Rzeszów, Białystok), ale również w  mniejszych miejscowościach.

Najtragiczniejszy przebieg miały protesty na Dolnym Śląsku, gdzie zginęły tego dnia cztery osoby; jedna we Wrocławiu i trzy w Lubinie. W tym ostatnim mieście doszło do polowania na ludzi – funkcjonariusze ZOMO jeździli po mieście w furgonetkach i z otwartych drzwi strzelali do wszystkiego, co się ruszało. Według gen. Marka Ochockiego, szefa Milicji Obywatelskiej w Legnicy, była to normalna praktyka. – Jest to jeden z podstawowych standardów działania policji w przypadku rozpraszania zbiegowisk. Po rozproszeniu głównej grupy organizowane są tzw. "grupy rajdujące", rozpraszające mniejsze grupy demonstrantów lub ludzi zakłócających porządek. Ten sposób działania przyjęto także w Lubinie, ale działo się to wszystko w sposób nieskoordynowany. Według mnie milicjanci się pogubili. Strach miał wielkie oczy, strach pociągał za spust – mówił były komendant wojewódzki, po przełomie 1989 r. szef policji w Łodzi.

Krzysztof Raczkowiak, autor słynnych zdjęć z pacyfikacji Lubina (zmarły we wrześniu 2016 r.), tak opisywał swoje emocje tamtego dnia: „Aparat miałem z przyzwyczajenia. To był odruch po kilku latach pracy w charakterze fotoreportera. Nie miałem jednak nawyku bohaterstwa. Zanim w tym dniu zacząłem fotografować, normalnie po ludzku bałem się: tłumu – że weźmie mnie za ubeka, milicji – że zwinie i spałuje. Dopiero, gdy jakiś człowiek, razem z którym uciekałem przed szarżującymi zomowcami, zawołał: »Panie, fotografuj pan to skurwysyństwo!«, odważyłem się przyłożyć aparat do oka. [...] Najważniejsze zdjęcie mojego dotychczasowego życia – grupy mężczyzn niosących śmiertelnie rannego Michał Adamowicza – zrobiłem, biegnąc razem z nimi. Chwile wcześniej fotografowałem ludzi nachylających się nad leżącym człowiekiem; widać między nimi zakrwawioną głowę. Byłem wtedy w jakimś amoku, moja pamięć prawie tego nie zarejestrowała".

Większość winnych tej zbrodni nigdy nie stanęła przed sądem. Karę odbył tylko dowódca plutonu ZOMO Tadeusz J. Obecnie, po kilkunastu latach procesów i wykrętów, karę więzienia odbywa zastępca komendanta miejskiego MO w Lubinie Jan M. Efektem zbrodni lubińskiej była radykalizacja tamtejszego społeczeństwa i działalność miejscowych tzw. bombiarzy.

Staruszki, dziadkowie, wysportowani i inwalidzi...

Jerzy Kordas napisał, że opis walk z Wrocławia (odtąd nazywanego „Twierdzą Wrocław") przypominał powstanie warszawskie: „W sam środek starć wmaszerował oddział harcerski. Bardzo dobrze zorganizowani, wszyscy w mundurach. Chłopcy się bili, a dziewczynki – służba sanitarna z biało-czerwonymi wstążeczkami – opatrywały rannych. I jeszcze jedna relacja: Małe dzieci, może miały 7–8 lat, zbierały między szynami tramwajowymi kamienie, układały w skrzynkach na mleko i ciągnęły naprzeciwko Dworca Świebodzkiego [...]. Kiedy z Podwala zaczęły wjeżdżać samochody ciężarowe z milicją, poleciały butelki z benzyną. Jakaś dziewczyna wyprowadziła grupę młodych ludzi, dała rozkaz rozwinięcia skrzydeł i uderzyli na samochody takim gradem kamieni, że zomowcy musieli się wycofać za Dworzec Świebodzki".

Inna relacja ze stolicy Dolnego Śląska: „Wkoło pełno uzbrojonych mundurowych [...] Suki wyją, transportery opancerzone rujnują bruk uliczny, helikoptery warczą nad głowami. W dali słychać śpiew i strzały. Ulicą Kazimierza Wielkiego »płynie« demonstracja. Idą zwarci, śpiewają i krzyczą »chodźcie z nami!«. Transparenty, sztandary, kwiaty. [...] Wycofujemy się do Rynku. Tu już szyby są wybite, kosze na śmieci zgniecione, rozjechane kubły. Jutro napiszą, że to demonstranci z »S« dokonali tych zniszczeń (gołymi rękami?). Dym gryzie w oczy".

Autor relacji opisuje ucieczkę przed milicją. „Jest tramwaj, wsiadamy i po kilkunastu metrach stajemy. Tramwaj zamknięty, nie możemy uciec. Pod »Lwami« stoi stadko rozbawionych mundurowych [...] Każdy ma w ręce ustrojstwo do wystrzeliwania gilz z gazem łzawiącym. Strzelają w nas? Nie, w budynek szpitala. Cała ściana ze szkła. Wytłukli już sporą część szyb – dla zabawy! [...] Wyrzucają nas z tramwaju. Biegniemy, strzelają. Dym, gwizdy, zmęczenie, strach. [...] Nareszcie moja brama. Z głośników krzyczą, że nie wolno wyglądać przez okno [...] Widzę, jak na ulicy z gazika wyskakują mundurowi i biją chłopaka. Po drugiej stronie transporter opancerzony sunie złowrogo w stronę kilku osób. Brawo sąsiedzi! Butelka ze spuszczoną z baku drogocenną benzyną ląduje na masce. Wielkie bydlę wycofuje się. Entuzjazm, teraz już z dachów, balkonów wieżowców sypią się kamienie, butelki, doniczki. Już nikt nie siedzi za zamkniętymi oknami. Jesteśmy na balkonach, oknach, na dachach i skandujemy: »gestapo, mordercy«. Chowamy się, gdy nadlatują helikoptery. Krzyczymy tak głośno, że nawet ryk silników helikoptera wydaje się cichym brzęczeniem".

Na koniec: „Po małej przerwie na ulicę wyszedł uzbrojony oddział. Zaczął strzelać ostrą amunicją w okna. Schowaliśmy się. Ogłoszono godzinę policyjną (milicyjną) od godziny 20.00. [...] O godz. 20.00 moja ulica była pełna ludzi".

Podobnie plastyczny obraz walk pozostawił jeden z oficerów WP: „Tłum, niczym ognista lawa wulkaniczna, parł do przodu, wciskając się swoimi jęzorami w wolne przestrzenie, a grupki zomowców chaotycznie odbijały się od niego i w popłochu zajmowały kolejne rubieże bliżej urzędu i mostu Grunwaldzkiego. [...] Charakterystyczne było to, że w tłumie pełnym nadziei i determinacji, nienawiści i agresji szli nastolatkowie i matki z dziećmi na rękach, utykające staruszki i brzuchaci dziadkowie, wysportowani i inwalidzi na wózkach [...] Gdy się okazało, że nie ma już żadnych szans na skuteczne zatrzymanie lub rozproszenie tłumu, a pojawiło się realne zagrożenie dla zdrowia i życia, zomowcy rzucili się do panicznej ucieczki. [...] tych kilku, którzy ratowali się ucieczką na most Grunwaldzki, na którym od dłuższego czasu kilku żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza bezskutecznie próbowało uruchomić UAZ-a, czekała niespodzianka. Nie przewidzieli oni bowiem, że od placu Grunwaldzkiego zbliża się nieco mniejszy, ale równie agresywny i zdesperowany tłum. Obserwując sytuację z okna budynku, zastanawiałem się, co myślą i co zrobią ci dwudziestoparoletni obrońcy władzy ludowej i jak ja zachowałbym się na ich miejscu. Prawdopodobnie, tak jak ja, mieli przy sobie broń z ostrą amunicją [...] Będąc już w zasięgu lecących kamieni, a za chwilę mogąc już być w bezpośrednim zasięgu łańcuchów, metalowych prętów i łomów, postanowili szukać schronienia w brudnym nurcie Odry. Za chwilę najbardziej zdeterminowani manifestanci dopadli bezbronny samochód, obrócili kołami do góry i podpalili. Gdy desperatów unosił nurt Odry i wiatr historii, zwycięzcy, stojąc dumnie obok płomieni ognia, unosili triumfalnie ręce ze znakiem wiktorii".

O napięciu tego dnia po stronie funkcjonariuszy ZOMO czy SB najlepiej świadczyła ta relacja zanotowana przez Kordasa: „W siedzibie ZOMO przy ul. Księcia Witolda funkcjonariusze ustawili zatrzymanych pod murem i następnie wybierali sobie po jednym do bicia. Podobnie było w KW MO przy ul. Łąkowej, gdzie milicjanci ustawili się po obu stronach korytarza i bili na tej »ścieżce zdrowia« przechodzących zatrzymanych. ZOMO biło też na dziedzińcu komendy przy ul. Łąkowej. Były kapitan SB Marian Charukiewicz [...] opowiadał o relacjach jego kolegów (pracujących jeszcze w komendzie), że gdy jeden z zastępców komendanta wojewódzkiego MO – płk Zbigniew Winkowski 31 sierpnia krzyczał z okna, by przestali bić, wtedy od strony ZOMO-wców poleciały w jego stronę obelgi: zejdź tu ch... to też ci wpier...!".

Protest jednej nauczycielki

Analizując przebieg demonstracji z 31 sierpnia, warto dodać, że podobnych miejsc, jak wspomniany wyżej, relatywnie nieduży Lubin, było znacznie więcej, choć nigdzie indziej demonstracje nie zakończyły się tak tragicznie. Niemniej w niewielkich miejscowościach ludzie wychodzili na ulice, a pochody często formowały się po zakończeniu mszy świętych odprawianych w intencji Ojczyzny (jak choćby w Tarnowskich Górach czy Rybniku). Po odśpiewaniu hymnu państwowego czy pieśni religijnych, skandując liczne hasła, ruszano w kierunku centrum miasta lub siedziby partii. W trakcie takiego przemarszu dochodziło zazwyczaj do interwencji ZOMO i wojska, które rozpraszało tłum, a następnie pacyfikowało przy użyciu broni palnej, gazów łzawiących, polewaczek, psów i wozów bojowych.

Przykładowo w Dzierżoniowie (Dolny Śląsk) w demonstracji uczestniczyło około 1500 osób. Tłum złożony z pracowników lokalnych zakładów pracy spotkał się około godz. 14 na rynku i zignorował wezwania milicji do rozejścia się. Według SB wznoszono wrogie okrzyki, skandowano antykomunistyczne hasła i obrzucono kamieniami funkcjonariuszy MO. Zbudowano barykadę z kubłów, desek, kamieni oraz wykorzystano dwa autobusy do blokady ulicy. Rozpraszanie tłumu trwało do godz. 18. Lekkie obrażenia odniosło przy tym trzech funkcjonariuszy MO, zatrzymano 80 osób.

W Bielawie 500-osobowy tłum (według innych danych 700-osobowy) po mszy św. zebrał się na centralnym placu miasta. W nocy manifestanci atakowali komisariat MO i Komitetu Miejskiego PZPR. W mieście wyłączono prąd. Zatrzymano 12 osób. Udział w demonstracji niektóre osoby przypłaciły wieloletnim więzieniem. Innych ukarano dotkliwie grzywnami wymierzonymi przez kolegium ds. wykroczeń.

O zamieszkach w tych dwóch miastach donosiło Radia Wolna Europa. Ale odwagę do protestów w rocznicę Sierpnia '80 okazywano także w mniejszych miejscowościach. Były takie miejsca w Polsce, gdzie w demonstracji uczestniczyło zaledwie 30 osób, jak chociażby w niewielkiej Czarnej Białostockiej. Natomiast w Uhowie na protest zdobyła się miejscowa nauczycielka Teresa Mojsa, która podczas uroczystości przy grobie żołnierzy z 1920 r. wygłosiła przemówienie „w krzywym zwierciadle przedstawiając stosunki polsko-radzieckie", za co natychmiast została zwolniona z pracy.

Standardem w czasie pierwszych tygodni września 1982 r. były skazujące wyroki, które zapadały wobec zatrzymanych i aresztowanych uczestników manifestacji oraz inne represje. Dlatego warto odnotować przypadek z Opola, gdzie działacze Solidarności z tego miasta oraz pobliskich Krapkowic złożyli kwiaty pod byłą siedzibą Zarządu Regionu Śląska Opolskiego NSZZ „S" przy ul. Reymonta. Ośmiu uczestników tej manifestacji stanęło 18 września 1982 r. przed Kolegium ds. Wykroczeń przy Prezydencie Miasta Opola pod zarzutem... zaśmiecania miasta. Ku wielkiemu niezadowoleniu SB kolegium wydało orzeczenie uniewinniające, zgadzając się z argumentacją obrońcy, że „sam kwiat to nie śmieć z natury" – pisał działacz Solidarności, Zbigniew Bereszyński.

Cokolwiek powiedzą rozgłośnie zachodnie

Bilans sierpniowych protestów był niejednoznaczny. Tadeusz Dziechciowski, obserwując zza krat przebieg obchodów 31 sierpnia, napisał w swoim dzienniku: „Wydaje się, że podziemie nie osiągnęło zamierzonego celu, demonstracje ograniczyły się w rezultacie do burd lokalnych prowokowanych na ogół przez milicję. Ale z drugiej strony kilkunastoletnim wyrostkom niewiele potrzeba, aby podjąć walkę [...] Teraz trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak się stało, dlaczego nie wzięły w nich masowego udziału załogi zakładów pracy. Cokolwiek powiedzą rozgłośnie zachodnie czy podziemne biuletyny, nie zmieni to faktu, że związkowe władze muszą dokonać rzeczowej analizy dotychczasowych metod działania, jeżeli nie chcą znaleźć się poza nawiasem rzeczywistości".

To podsumowanie internowanego dziennikarza „Jedności", którego trudno posądzać o sympatię dla władzy, było zaskakująco zbieżne z ocenami kierownictwa resortu spraw wewnętrznych, gen. Wojciecha Jaruzelskiego i partyjnej wierchuszki. Odbijał je choćby artykuł pilskiego dziennikarza Zbigniewa Noska, który w jednym z wrześniowych numerów „Tygodnika Pilskiego" napisał: „Znaczną część uczestników zajścia stanowili ludzie starsi, emeryci, którzy traktują skwer na placu jako miejsce swych codziennych spotkań. Byli tam również, jak zawsze w takich wypadkach, ludzie z marginesu społecznego, młodzież »urodzona w niedzielę« oraz wszelkiego rodzaju »niebieskie ptaki«, które zleciały się »żądne rozróby«. Najmniej widać było robotniczych twarzy. Ludzie, którzy ciężko i ofiarnie w tym dniu pracowali, udali się do swoich domów na odpoczynek. [...] Przytłaczająca większość klasy robotniczej nie poparła organizatorów prowokacji".

Mimo wszystko aż do 1989 r. podziemiu nie udało się już zorganizować tak dużych demonstracji. Nie udawało się także zmobilizować społeczeństwa do masowego zamanifestowania sprzeciwu wobec dyktatury Jaruzelskiego. Polaków coraz bardziej ogarniała bierność, zniechęcenie i chęć zajęcia się tylko własnymi, codziennymi sprawami, za które nie groziła śmierć, kalectwo, kary wieloletniego więzienia, grzywny czy utrata pracy. „Bitwa została zakończona" – jak napisał Andrzej Paczkowski.

Autor jest pracownikiem Biura Badań Historycznych IPN w Szczecinie

Plus Minus