Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Nie zapomnimy!

Paweł Łepkowski 04-09-2017, ostatnia aktualizacja 04-09-2017 12:15

Dobrze się stało, że prezydent Andrzej Duda udał się 1 września do Wielunia.

źródło: Library of Congress

Mimo fali krytyki, jaka przetoczyła się przez polskie media, dobrze się stało, że prezydent Andrzej Duda udał się 1 września do Wielunia, aby wziąć udział w uroczystościach upamiętniających wybuch II wojny światowej. W żaden sposób nie umniejsza to szczególnej rangi porannego apelu na Westerplatte. Obecność głowy państwa w mieście, które jako pierwsze doświadczyło niemieckiego okrucieństwa, ma symboliczną wymowę. 1 września 1939 r. o godzinie 4.40 dwie eskadry bombowców nurkujących typu Ju-87B dokonały kilku nalotów na położony w województwie łódzkim Wieluń, niewielkie miasto bez strategicznego znaczenia. Pominąwszy historyczny spór, czy to bombardowanie rozpoczęło II wojnę światową, należy podkreślić, że mieszkańcy Wielunia byli pierwszymi ofiarami ludobójstwa w czasie tego konfliktu. W wyniku niczym nieuzasadnionego terroru niemieckiego lotnictwa śmierć mogło ponieść nawet ponad 2 tys. osób.

O szóstej rano, nieco ponad godzinę po pierwszym nalocie na Wieluń, niemieckie bomby spadły także na obiekty wojskowe w Warszawie. Polską stolicę zaatakował niemiecki dywizjon z Prus Wschodnich. Do obrony miasta wystartowała Brygada Pościgowa pod dowództwem pułkownika pilota Stefana Pawlikowskiego, składająca się z 54 jednopłatowych myśliwców PZL P.7a, PZL P.11a i PZL P.11c. Do 3 września maszyny te stacjonowały na lotniskach polowych w Zielonce, Poniatowie, Zaborowie i Radzikowie.

Pisałem to już rok temu i powtarzam po raz kolejny, że ta bohaterska brygada nie ma pomnika, święta ani nadanego sztandaru, a przecież dzięki wielkiej ofiarności naszych pilotów, z których aż siedmiu nie powróciło z pierwszej akcji, już pierwszego dnia wojny agresor stracił w pojedynku z brygadą 14 samolotów, a 10 zostało uszkodzonych. Brygada Pościgowa broniła stolicy do 7 września. Może przy okazji zmian nazw warszawskich ulic warto pomyśleć o jej uhonorowaniu.

Od 8 września Warszawa mogła polegać już wyłącznie na niezwykłym wysiłku wojsk obrony przeciwlotniczej, dysponujących 72 działami kalibru 75 mm, 24 działami kalibru 40 mm oraz siedmioma kompaniami przeciwlotniczych karabinów maszynowych. Było to niewiele jak na potrzeby obrony tak rozległego obszaru miejskiego.

22 i 23 września Niemcy za cel bombardowań obrali domy i synagogi dzielnicy żydowskiej, której mieszkańcy obchodzili wtedy Jom Kippur. Prawdziwe piekło rozpętało się jednak 25 września. Warszawiacy zapamiętali ten dzień jako „czarny" albo „lany" poniedziałek. Stał się zapowiedzią skrajnego barbarzyństwa wojny. Weterani Luftwaffe tworzyli po wojnie mit szlachetnych pilotów, którzy nie mieli nic wspólnego ze zbrodniami Wehrmachtu i SS. Tymczasem prawda jest taka, że owego tragicznego dla polskiej stolicy dnia zostały w sposób elementarny złamane art. 25 i 27 IV konwencji haskiej z 1907 r. Perfidnym kłamstwem można nazwać przemówienie Hitlera z 8 listopada 1942 r., w którym cynicznie oświadczył, że bombardowania polskich miast, a zwłaszcza Warszawy, przeprowadzono w sposób możliwie humanitarny, ponieważ on osobiście nakazał ocalić kobiety i dzieci.

Niemieccy piloci z charakterystyczną dla nich brutalnością wybierali na cele nalotów szpitale oznakowane na dachach czerwonym krzyżem, zrzucali bomby na cmentarze, aby sprofanować polskie groby, nurkowali nad ulicami i odstrzeliwali z karabinów maszynowych nielicznych przechodniów. Wszystkie powojenne próby wybielania tych zbrodniarzy były skrajnie niemoralne. Na Warszawę spadło prawie 630 ton bomb burzących i zapalających. W mieście wybuchło około 200 pożarów. Zginęło kilkanaście tysięcy mieszkańców, a 35 tys. zostało rannych.

Dzisiejsza obecność prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w Wieluniu jest sygnałem, że Polacy nie zapomnieli o zbrodniach Luftwaffe. Nie zgadzamy się na tworzenie mitu o szlachetnie walczącym wojsku niemieckim i jedynych zbrodniarzach z SS. Taki podział nigdy nie istniał. Jak trafnie zauważył prof. Witold Kulesza, były dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, „zbrodniczy charakter działań żołnierzy niemieckich w czasie Polenfeldzug nie został potwierdzony żadnym wyrokiem niemieckiego sądu, skazującym ich sprawców. Polskie śledztwa, w których toku gromadzono setki relacji świadków, identyfikowano ofiary i starano się zidentyfikować sprawców, choćby określając ich przynależność do poszczególnych jednostek Wehrmachtu, przekazywane do dalszego prowadzenia prokuraturom niemieckim nie zaowocowały żadnym aktem oskarżenia, gdyż były z różnym uzasadnieniem umarzane". Kiedy Temida jest bezsilna, ważne, aby pamięć była zawsze żywa. Obecność prezydenta RP w Wieluniu w 78. rocznicę niemieckiej napaści na Polskę jest więc szczególnym sygnałem, że pamiętamy i nie zapomnimy.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: p.lepkowski@rp.pl

"Rzeczpospolita"