Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Iluminaci, czyli bajka o żelaznym wilku

Paweł Łepkowski 23-12-2017, ostatnia aktualizacja 23-12-2017 10:45

Zanim Dan Brown napisał powieść „Anioły i demony", mało kto słyszał o iluminatach.

źródło: Rzeczpospolita

Dla setek milionów ludzi na całym świecie nie ma niczego bardziej pociągającego niż spiskowa teoria dziejów, na którą można zrzucić wszystkie nieszczęścia tego świata. Od dziesięcioleci tajemne rytuały i symbole masonów, templariuszy, różokrzyżowców, Zakonu Syjonu czy innych ezoterycznych konfraterni rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy „prawdy" o tym, kto rządzi ludzkością. Umberto Eco wykpił ten fenomen socjologiczny w sardonicznej powieści „Wahadło Foucaulta".

Dzięki „Kodowi Leonarda da Vinci" Dana Browna, jednej z najpoczytniejszych książek ostatnich lat, do grona tajnych bractw manipulujących rządem światowym dołączyły dwie organizacje: Zakon Syjonu i Opus Dei, prałatura personalna Kościoła katolickiego. Dla Browna nieważne było, że Zakon Syjonu i Opus Dei faktycznie istnieją i nie mają niemal nic wspólnego z niedorzecznościami opisanymi w „Kodzie Leonarda da Vinci". Zakon Syjonu (Prieuré de Sion) nie powstał w 1099 r., jak sugeruje Brown, ale został założony i zarejestrowany w 1956 r. we Francji. We wcześniejszej powieści „Anioły i demony" pisarz oddawał władzę nad światem tajemnemu bractwu iluminatów, którego wielkimi mistrzami mieli rzekomo być Leonardo da Vinci i sir Isaac Newton. W „Kodzie Leonarda da Vinci" ci sami panowie byli nazywani wielkimi mistrzami Zakonu Syjonu, którego misją jest przechowywanie tajemnicy Graala – sakralnej kobiecości Marii Magdaleny, powieściowej żony Jezusa z Nazaretu.

Tak więc według Browna Leonardo da Vinci i Isaac Newton musieli być ludźmi z wyraźnym rozdwojeniem jaźni. Od godziny 9 do 13 kierowali ateistycznym bractwem iluminatów, żeby po przerwie obiadowej prowadzić tajną misję ultrareligijnego Zakonu Syjonu, przechowującego tradycje mistyczne Mitry i kult Matki Ziemi połączony z reformowanym judaizmem Jezusa z Nazaretu. Pytanie tylko, co w tym czasie robili templariusze, różokrzyżowcy i wolnomularze? Ci ostatni, jak twierdzi Dan Brown i setki mu podobnych, zjednoczyli się z bractwem iluminatów i postanowili zbudować Stany Zjednoczone – pierwsze masońskie państwo na Ziemi.

Ameryka i wolnomularze

4 lipca 1776 r. Kongres niepodległych już Stanów Zjednoczonych zlecił powołanie komitetu parlamentarnego, który miał za zadanie opracowanie i „przedłożenie godła dla pieczęci Stanów Zjednoczonych Ameryki". W skład komitetu weszli Benjamin Franklin, Thomas Jefferson i John Adams. Z tego grona jedynie Franklin był znany ze swoich powiązań z ruchem wolnomularskim. Historycy nigdy nie udowodnili działalności masońskiej Jeffersona i Adamsa. A jednak ci trzej panowie stworzyli jedną z najbardziej intrygujących pieczęci, będącą symbolem młodego państwa powstałego z unii 13 byłych kolonii. W skład komitetu powołano także francuskiego artystę i heraldyka Pierre'a Eugene'a du Simitiere. Członkowie komitetu przez kilka dni opracowywali własne koncepcje godła, ale ostatecznie 20 lipca komitet dokonał wyboru i przedstawił dokładny opis obu stron pieczęci.

Na awersie sygnatury znajdował się rysunek przedstawiający tarczę z emblematami sześciu europejskich kultur, które wyemigrowały do Ameryki – trzy z Wielkiej Brytanii i trzy z Europy kontynentalnej. Po jednej stronie tarczy umieszczono boginię wolności w czapce frygijskiej i z włócznią, a po drugiej boginię sprawiedliwości z wagą. Nad nimi widniało oko opatrzności w trójkącie, z którego rozchodziły się promienie chwały, obejmujące tarczę i obie postacie. To samo oko opatrzności umieszczone nad egipską piramidą znajduje się na banknocie jednodolarowym. Swoim kształtem nawiązuje ono do staroegipskiego symbolu oka boga Horusa, zwanego także okiem Ra.

W okresie Starego Państwa był to totem chroniący ognisko domowe przed złymi siłami. Zawsze otwarte oko Horusa pozwalało żyć bez strachu, bo najważniejszy bóg Egipcjan czuwał dniem i nocą nad ich bezpieczeństwem. Wszechwidzące oko Horusa lub Ra, znane także jako oko udżat (mocne lub zdrowe), dla starożytnych Egipcjan było najpotężniejszym amuletem. Miało jeszcze jedno znaczenie czysto praktyczne. Za pomocą odpowiednich części tego oka Egipcjanie zapisywali ułamki w systemie szesnastkowym. Połączenie pierwiastka boskiego z naukowym uczyniło oko Horusa najlepszym emblematem epoki oświecenia, łączącej deistyczną wiarę we wszechmogącego Boga z „wszechmogącym" ludzkich rozumem.

Projekt pieczęci zaproponowany przez Adamsa, Jeffersona i Franklina nie tylko nie spodobał się członkom Kongresu, ale wręcz wywołał burzę podczas obrad. Kongresmeni dostrzegli w tej symbolice coś wyraźnie złowrogiego, co głęboko ich poruszyło. Przez następne sześć lat powstały jeszcze dwa komitety, które opracowały projekty godła narodowego USA. Co ciekawe, wszystkie trzy projekty zaproponowane Kongresowi miały jeden niezmienny element graficzny. Była to właśnie owa niedokończona piramida ze wszystkowidzącym okiem opatrzności. Poszukiwacze tajemnych stowarzyszeń uważają, że symbol ten był pieczęcią iluminatów, której wzory są do dzisiaj przechowywane w British Museum i w Luwrze. Zwolennicy teorii spiskowych wskazują, że na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych została także umieszczona dewiza iluminatów „Novus Ordo Seclorum" (Nowy Porządek Wieków). W rzeczywistości wpisanie frazy zaczerpniętej z czwartej eklogi Wergiliusza zaproponował Charles Thomson, sekretarz Kongresu Kontynentalnego ze stanu Pensylwania i wielki miłośnik łaciny. Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Myli się ten, kto, idąc śladem wciągającej narracji powieści „Anioły i demony" Dana Browna, dał się przekonać o starożytnym pochodzeniu zakonu iluminatów. Jakim sposobem jednym z wielu wielkich mistrzów tego zakonu mógł być żyjący na przełomie XV i XVI w. Leonardo da Vinci (jak twierdzi Dan Brown), skoro organizację tę założył dopiero w ostatnich latach XVIII w. Johann Adam Weishaupt, ortodoksyjny Żyd, który przeszedł na katolicyzm?

Ostatecznie Kongres zaakceptował najmniej kontrowersyjną wersję Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, w której i tak roi się od dziwnych masońskich symboli. Na przełomie XVIII i XIX w. lubowano się w ukrytych symbolach tajemnych stowarzyszeń, które poszukiwały „uniwersalnych tajemnic rządzących światem". W wieku oświecenia jak grzyby po deszczu powstawały tajne loże, które oprócz wymyślanych ad hoc dziwacznych obrzędów z tajnością miały tyle wspólnego, co dom publiczny z intymnością. Znakomicie obrazuje to zjawisko Aleksander Dumas w powieści historycznej „Józef Balsamo" czy Lew Tołstoj, który opisuje rytuał masońskiej inicjacji hrabiego Piotra Biezuchowa w powieści „Wojna i pokój".

Amerykańscy koloniści w niczym nie chcieli być gorsi od „dobrego towarzystwa" w Europie. Chociaż żyli na pograniczu cywilizacji, daleko od metropolii, chcieli naśladować wszystko, co było modne w starym świecie.

Czy zatem amerykańska niepodległość mogła być dziełem tajemnego zakonu iluminatów, o którym z takim przejęciem pisał Dan Brown? „Symbole mają różne znaczenie w różnych okolicznościach" – stwierdza profesor Robert Langdon, bohater „Kodu Leonarda da Vinci". Trudno nie przyznać mu racji, skoro tak wiele symboli i wypowiedzi można naginać do najbardziej nawet absurdalnych wniosków. Czy w takim razie tajemniczy zakon iluminatów w ogóle istniał? Ależ oczywiście. Od razu należy jednak podkreślić, że Leonardo da Vinci nie mógł o nim wiedzieć, ponieważ zmarł 2 maja 1519 r. w pałacu Clos Lucé we francuskim mieście Amboise. Tymczasem zakon iluminatów powstał równo 257 lat później.

2 maja 1776 r. niejaki Johann Adam Weishaupt z Ingolstadt w królestwie Bawarii, posługujący się pseudonimem Spartakus, ogłosił utworzenie „tajnego" stowarzyszenia Bund der Perfektibilisten (Koło Doskonalących się), którego zadaniem miało być szerzenie powszechnej oświaty. 28-letni Johann Adam, syn profesora prawa Johanna Georga Weishaupta i pasierb dyrektora uniwersytetu w Ingolstadt Johanna Adama von Ickstatta, był wychowankiem szkoły jezuickiej. Wbrew większości sugestii głoszonych w „Kodzie Leonarda da Vinci" założyciel zakonu iluminatów wcale nie czuł się wrogiem Kościoła katolickiego. Nie ukrywał jednak oburzenia faktem, że w 1773 r. papież Klemens XIV rozwiązał zakon jezuitów pod naciskiem dworu francuskiego i „wrogich Kościołowi wpływowych organizacji". Kasata Towarzystwa Jezusowego była w tamtych czasach prawdziwą rewolucją, przypominającą o wieki wcześniejszą kasatę zakonu templariuszy. Towarzystwo Jezusowe wykonywało bowiem niebywałą pracę ewangelizacyjną w 65 wielkich stacjach misyjnych. Zakon liczył 2341 duchownych, którzy stanowili elitę intelektualną Kościoła. Jak wielką wartość miała ich wiedza, może świadczyć fakt, że po rozwiązaniu zakonu wielu jezuitów zostało przygarniętych przez carycę Katarzynę II i znalazło azyl w Rosji. Caryca ofiarowała im nawet kościół św. Katarzyny w Sankt Petersburgu, który obecnie należy do zakonu dominikanów.

W 1775 r. Johann Adam Weishaupt przeniósł się do Getyngi, gdzie poznał profesora filozofii Johanna Georga Heinricha Federa. Dan Brown stworzył wizerunek iluminatów jako organizacji wojujących ateistów, przeciwników Kościoła, wrogów konserwatyzmu społecznego i niemal anarchistów zdolnych podpalić stary porządek świata. Jednak na początku zarówno Weishaupt, jak i Feder byli na tyle konserwatywni, że uchodzili nawet za przeciwników o wiele bardziej nowoczesnych, idealistycznych poglądów Immanuela Kanta. Weishaupt, poruszony niesprawiedliwą w jego opinii decyzją papieża o likwidacji Towarzystwa Jezusowego, uznał, że największym zagrożeniem dla ludzkości jest monarchia i system feudalny, które stoją na drodze ku wolności i równości wszystkich ludzi. Znamienne, że głoszący radykalne koncepcje republikańskie iluminaci zainicjowali swoją działalność zaledwie dwa miesiące przed proklamacją niepodległości Stanów Zjednoczonych. Nie mamy jednak żadnych powodów, aby sądzić – jak Dan Brown – że poglądy wyrażane przez twórców tej organizacji mogły mieć jakikolwiek wpływ na powstanie amerykańskiej republiki. Ze względu na tempo przepływu informacji jest niemal pewne, że ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych nie mogli wiedzieć o istnieniu iluminatów, gdy w wielkiej niepewności i przejęci trwogą o przyszłość swojej ojczyzny składali podpisy pod Deklaracją Niepodległości.

Wiek pary i lóż masońskich

Pierwsza wielka rewolucja antyfeudalna, jaką był amerykański zryw do wolności, nie była więc na pewno dziełem iluminatów, ale wpływ na nią mogli mieć masoni. Bez wątpienia 9 z 56 sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości należało do bractw wolnomularskich. Wśród nich był pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych Jerzy Waszyngton, który chętnie pozował do portretów w masońskim fartuszku. Wielu tropicieli tajnych obrzędów (które notabene są jawne) doszukuje się nawet we wzorach na fartuszkach z portretów Waszyngtona jakiejś ukrytej informacji. Tymczasem był to zwyczajny strój symbolizujący przynależność do jednej z lóż, na którym zazwyczaj znajdowały się cyrkiel, węgielnica, Świątynia Salomona, słońce – symbol rozumu i oświecenia, akacja jako symbol nieśmiertelności czy trzy kolumny architektoniczne reprezentujące wiedzę, piękno i siłę. Także dzisiaj te symbole są wszechobecne na ulicach amerykańskich miast. Samochody są najczęściej ozdobione odznaką z cyrklem, węgielnicą i literą G pośrodku. Według masonów symbolizują one mądrość, równowagę i szczerość. Biorąc pod uwagę, jak wiele samochodów w Ameryce jest ozdobionych owym „tajnym" symbolem wolnomularzy, co niewątpliwie oznacza przynależność do tego ruchu, zastanawiać może, dlaczego jeszcze ktokolwiek traktuje masonerię jako ruch ezoteryczny?

Pod koniec XVIII i przez cały XIX wiek osoby z towarzystwa uwielbiały się przechwalać przynależnością do jakiejś tajnej organizacji czy klubu. Im bardziej sekretna była to konfraternia, tym lepiej jej członek był postrzegany w towarzystwie. Przynależność kawalerów do wtajemniczonych bractw robiła wielkie wrażenie na pannach z dobrych mieszczańskich domów. Nawet pospólstwo z prymitywnej amerykańskiej prowincji garnęło się do wędrownych kaznodziejów, którzy na wzór swoich kolegów z wielkich miast tworzyli dziwaczne wspólnoty religijne o kuriozalnym rytuale. Bywalcy salonów amerykańskich metropolii, wzorując się na Anglikach, wstępowali masowo do klubów i organizacji, wśród których wyjątkowe miejsce zajmowały domorosłe, wyrastające jak grzyby po deszczu loże wolnomularskie. Szczególną popularnością cieszyły się wydumane i naiwne obrzędy inicjacyjne, nawiązujące kostiumowo do staroegipskich ceremonii z kultem bóstw wschodu i czytaniem kabały. Do jednego rytualnego worka wrzucano wszystko, co się dało. Tak stworzona organizacja masońska cieszyła się popularnością tylko wtedy, gdy oferowała jakiś rodzaj mistycznej rozrywki. Jej członkowie nosili tanią biżuterię wygrawerowaną całą masą „tajemnych" znaków, które miały robić wrażenie na znajomych. Zresztą w XIX w. symbolika masońska była wszechobecna – na monetach, pieczęciach stanowych, znaczkach pocztowych czy nawet emblematach wydawnictw książkowych.

Obsesja na punkcie jawnie wolnomularskiej symboliki na pieczęciach państwowych wywołała w końcu falę krytyki nawet ze strony amerykańskich środowisk akademickich. Cieszący się wielkim autorytetem profesor historii sztuki z Uniwersytetu Harvarda Charles Eliot Norton stwierdził nawet, że „godło przyjęte przez Kongres nie nadaje się praktycznie do stosowania; trudno widzieć w nim coś innego niż tylko ponury emblemat bractwa masońskiego". Mimo to do dzisiaj z zadziwiającym uporem władze amerykańskie oficjalnie zaprzeczają istnieniu symboliki wolnomularskiej na pieczęciach państwa amerykańskiego.

W książce „Zaginiony symbol" Dan Brown mistrzowsko wykorzystał te masońskie sygnatury do rozwinięcia tezy, że światem od niepamiętnych czasów rządzą masoni. Tajemnicą poliszynela jest przecież, że plan pierwszych ulic amerykańskiej stolicy, zaprojektowany w 1791 r. przez Pierre'a L'Enfanta na polecenie Jerzego Waszyngtona, tworzy pentagram z Białym Domem u szczytu. A zwolennicy dziejowej roli iluminatów i masonów w tworzeniu nowego porządku wieków wskazują, że niemal na każdym pomniku, znaczku czy godle w Ameryce można napotkać masońską trzynastkę, symbolizującą rzekomo dzień aresztowania templariuszy przez służby Filipa Pięknego. W ich opinii ludzie nazywani dzisiaj ojcami założycielami Stanów Zjednoczonych byli ogarnięci obsesją numerologiczną związaną z liczbą 13. Nad orłem herbowym Ameryki (lub – jak wolą zwolennicy teorii spiskowych – nad feniksem) znajduje się zatem 13 gwiazd. Orzeł trzyma w szponach 13 strzał i gałązkę oliwną z 13 listkami i oliwkami. Głowa orła zwrócona jest w kierunku gałązki, co oznacza, że Ameryka woli pokój od wojny.

Tymczasem owa „tajemna" trzynastka nawiązuje do 13 brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej, które podczas wojny o niepodległość przeobraziły się w 13 pierwszych stanów USA.

Świat Freda Flinstone'a

Wróćmy jednak do pytania, czy Ameryka jest tworem iluminatów, a obecnie rządzą nią masoni? Gdyby odpowiedź na to pytanie była tak oczywista, nie byłoby w tym żadnej tajemnicy. Na świecie do organizacji wolnomularskich należy 5 mln osób. Zazwyczaj są to ludzie dobrze wykształceni i zamożni. Około 500 tys. członków liczą loże w Anglii, Szkocji i Irlandii. W samych Stanach Zjednoczonych jest ich około 2 mln. Część z nich należy do organizacji, które nie mają z wolnomularstwem wiele wspólnego i stanowią raczej kluby towarzyskie, oferujące dreszczyk „wielkiej tajemnicy". Dobrze podsumował to hiszpański pisarz Juan Carlos Castillon, który w książce „Panowie świata" sportretował typowego amerykańskiego masona w osobie Freda Flinstone'a, bohatera animowanego serialu dla dorosłych i dzieci: „Fred Flintstone, podobnie jak setki milionów innych białych Amerykanów z klasy średniej i poniżej średniej, był członkiem »braterskiego stowarzyszenia« inspirowanego ideami wolnomularskimi i uczęszczał regularnie do loży, gdzie tanio pił, grał w karty z przyjaciółmi i – co było świetną wymówką, by uwolnić się od żony – organizował imprezy dobroczynne, które były dowodem jego solidarności z mniej uprzywilejowanymi. Loże dostarczały wszystkiego, czego potrzebował mężczyzna, by czuć się szczęśliwym poza domem: piwa po cenie zbytu, przyjaciół, z którymi łączył go sekretny uścisk dłoni i z którymi spotykał się i uzyskiwał od nich pomoc w lokalnej izbie handlowej albo w banku, gdzie miał swój rachunek oszczędnościowy, i którzy pomogli jego dzieciom chorym na polio".

Konspiracja, czyli wspólnota celu

Czy w takim razie wszystkie teorie spiskowe o tajnych i elitarnych organizacjach mających ogromne wpływy na Kapitolu i w Białym Domu są wyssane z palca? Absolutnie nie należy wyciągać takich wniosków. Istnieją w Stanach Zjednoczonych stare i potężne organizacje stroniące od wszelkiego rozgłosu. Wielu sławnych i zamożnych ludzi zabiega o przyjęcie w poczet tych stowarzyszeń, często zresztą bez sukcesu. Kandydaci muszą wykazać się nie tylko pewnym statusem społecznym, osiągnięciami czy wkładem w rozwój państwa. Poszukiwacze teorii spiskowych doszukują się w ich działalności negatywnej roli. Tymczasem zapominają, że bywają one ostatnią deską ratunku w sytuacjach kryzysowych.

Łacińskie słowo „conspirare" oznacza „wspólne oddychanie". Termin „konspiracja" nie musi mieć zatem złowrogich konotacji, wręcz przeciwnie – oznacza bliskość, intymność, harmonię wspólnoty, która dąży do określonego celu. I właśnie taki był cel założonej przez Johanna Adama Weishaupta organizacji, którą dzisiaj znamy pod nazwą iluminatów. Jej priorytetem było krzewienie oświaty tam, gdzie dostęp do niej ograniczały instytucje stojące na straży porządku feudalnego. Stąd też iluminaci byli przede wszystkim przeciwnikami monarchii w jakiejkolwiek postaci, bez względu na to, czy dotyczyło to papieża jako władcy państwa kościelnego, czy króla Bawarii. Nie bez powodu założyciel iluminatów przyjął pseudonim „Spartakus" – od imienia trackiego gladiatora i przywódcy największego w historii powstania niewolników, którzy chcieli zrzucić rzymskie jarzmo. A grupa ludzi, którzy mieli utworzyć zakon iluminatów, przyjęła nazwę Koło Doskonalących się, ponieważ nadrzędnym celem tej organizacji było nieustające samokształcenie się jej członków.

Dopiero w 1780 r., dwa lata po założeniu tego stowarzyszenia, Weishaupt zetknął się z koncepcjami wolnomularskimi, kiedy spotkał barona Adolpha Franza Knigge, masona należącego do loży „Zum gekrönten Löwen" („Pod koronowanym lwem"). Ten typowy reprezentant niemieckiego oświecenia został zapamiętany głównie jako autor podręcznika savoir-vivre'u „Über den Umgang mit Menschen" („O obchodzeniu się z ludźmi"). Jego nazwisko stało się w XVIII wieku synonimem tej książki, chociaż on sam powinien być bardziej zapamiętany jako mason, który przelał do bractwa iluminatów ideologię wolnomularską. Baron Knigge, który ostentacyjnie nie używał przed nazwiskiem przyrostka von, mimo że pochodził z rodu o 500-letnim rodowodzie, dzielił z Weishauptem poglądy skrajnie republikańskie, a w pewnym momencie nawet radykalnie jakobińskie. Trzy lata po spotkaniu Weishaupta baron Knigge opuścił iluminatów w przekonaniu, że wkrótce elektor Bawarii Karol II zakaże działalności tajnych organizacji w tym państwie. Nie pomylił się. Zakazy wprowadzone przez władcę spowodowały zejście iluminatów do podziemia.

Sam Weishaupt od 1784 r. ukrywał się przed policją królewską, po czym uciekł z Bawarii do miasta Gotha w księstwie Saksonia-Gotha, gdzie rządziła dynastia Koburgów (co ciekawe, to właśnie ta dynastia panuje w Wielkiej Brytanii od 1917 r. pod nazwiskiem Windsor). Tam w 1786 r. Weishaupt napisał najważniejszą książkę swojego życia „Über die Schrecken des Todes – eine philosophische Rede", w której, nawiązując do słynnego motta widniejącego nad wejściem do wyroczni delfickiej, zalecał przede wszystkim poznanie samego siebie. Twórca zakonu iluminatów przestrzegał swoich następców, że najgorszym zagrożeniem dla człowieka i całej ludzkości jest strach przed śmiercią. On to bowiem skłania ludzi do krzywdzenia innych i niszczy radość z życia. W opinii Weishaupta świat jest miejscem ludzi równych i rozumnych, a władza polityczna, w tym szczególnie monarsza, to wynaturzenie prowadzące do przemocy. Naród jest pojęciem sztucznym, a ludzie z racji ich cech biologicznych nie różnią się pod żadnym względem.

Poglądy twórcy zakonu iluminatów były prawdopodobnie jedną z najbardziej radykalnych koncepcji anarchistycznych w XVIII wieku. Stąd też konserwatyści, nacjonaliści, monarchiści i legaliści uznali światopogląd Weishaupta za doktrynę zagrażającą wszystkim sformalizowanym instytucjom państwa, systemowi klasowemu i kastowemu społeczeństw. Także odwołanie się przez Weishaupta do wszechmocnego Boga, będącego „wielkim architektem kosmosu" i „twórcą matematyki", do którego można się zwracać poprzez kult natury i nieustanne samokształcenie, było znacznym przekroczeniem dogmatów wiary obowiązujących we wszystkich kościołach chrześcijańskich tamtej epoki.

"Rzeczpospolita"