Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Tajemnice klasztornej klauzury

Tomasz Krzyżak 24-12-2017, ostatnia aktualizacja 24-12-2017 00:00

Chora umysłowo zakonnica ponad 20 lat była więziona w celi. Jej sprawa poruszyła XIX-wieczny Kraków.

Historią uwięzionej w klasztorze i zagłodzonej mniszki żył u schyłku XIX w. cały Kraków. Wzburzony tłum zaatakował nawet klasztor Karmelitanek Bosych na ul. Wesołej (dziś Kopernika). Przed sądem stanęły przełożone zakonnicy, które zdecydowały o jej uwięzieniu. Ostatecznie zostały jednak uwolnione od wszystkich zarzutów. Przez ponad 100 lat wokół historii Barbary Ubryk, bo o niej tu mowa, narosło sporo legend. Podobno zanim wstąpiła do zakonu, podkochiwał się w niej sam Jan Matejko.

Na zgniłej słomie

Plotki o rzekomym przetrzymywaniu w klasztornej celi zakonu klauzurowego jakiejś mniszki krążyły po grodzie Kraka przez kilka miesięcy. Nikt się nimi jednak w 50-tysięcznym wówczas mieście za bardzo nie przejmował. Do czasu. We wtorek 20 lipca 1869 r. do krakowskiego sądu wpłynął anonimowy donos. Jego autor pisał, że zakonnice z klasztoru przy Wesołej od kilku lat w nieludzkich warunkach trzymają jedną z sióstr. Sąd, dysponując oficjalnym doniesieniem, zdecydował, że zajmie się wyjaśnieniem sprawy. Do jej prowadzenia wyznaczono sędziego dr. Władysława Gebhardta, który w związku z delikatnością sprawy natychmiast udał się do ówczesnego biskupa krakowskiego Antoniego Gałeckiego. Chodziło o to, by uzyskać od niego zgodę na wejście na teren klasztoru – tylko on był bowiem władny do zdjęcia tzw. klauzury papieskiej. Jak relacjonowała ówczesna prasa, biskup początkowo nie wierzył w całą historię. Ale żeby rozwiać wszelkie wątpliwości, zgodził się na to, by specjalna komisja weszła do klasztoru. Wyznaczył do niej także swojego przedstawiciela ks. prałata Spitala.

W środę 21 lipca sądowa komisja pod przewodnictwem sędziego Gebhardta, z księdzem Spitalem oraz kilkoma asesorami sądowymi, w asyście policji zapukała do furty klasztornej karmelitanek bosych. Przełożona, widząc pismo od biskupa, wpuściła ich do środka. Zapytana o Barbarę Ubryk zaprowadziła komisję do celi zakonnicy. Tak relacjonował to 24 lipca krakowski „Czas": „Udała się Komisja do celi tej zakonnicy, a po otwarciu drzwi podwójnych osłupiała na widok, który się jej przedstawił. W celi z oknem zamurowanym, tak ciemnej, że zaledwie dzień od nocy odróżnić było można, a fetorem przepełnionej, okazało się przy płomieniu świecy stworzenie podobne do ludzkiego, nagie zupełnie, w kąciku siedzące na podłodze, okryte brudem i kałem. W celi prócz nieczystości i trochę zgniłej słomy, mającej służyć biednemu stworzeniu za łoże, nie znaleziono nic innego, jak dwie miseczki gliniane ze strawą z karpieli i kartofli składającą się. Z wychodka komunikującego się z kloaką, a niczym nie nakrytego, szerzył się smród mefityczny. Pieca ani komina w celi nie ma. Ujrzawszy ludzi, Barbara Ubryk jęcząc zawołała: »Dajcie mi jeść, trochę pieczeni, bo cierpię głód!«. Na zapytanie, dlaczego tu siedzi, odpowiedziała: »Popełniłam grzech nieczystości, ale i wy, siostry (zwracając się do zakonnic), nie jesteście aniołami«".

Komisja nakazała przeniesienie zakonnicy do innej celi. Następnego dnia, tym razem z lekarzami, pojawiła się w klasztorze raz jeszcze. Okazało się, że 52-letnia zakonnica przebywała w tragicznych warunkach, w zimnej celi bez ogrzewania i bez okna aż 20 lat. Lekarze orzekli zatem, że takie warunki z całą pewnością musiały wpłynąć na jej zdrowie psychiczne. Żeby to jednak jednoznacznie stwierdzić, trzeba kobietę umieścić w szpitalu psychiatrycznym na obserwacji. Gdy zakonnicę przewieziono do szpitala, okazało się, że waży tylko 34 kilogramy.

Już w pierwszych dniach dochodzenia wyszło na jaw, że o uwięzionej zakonnicy wiedział spowiednik sióstr. I jak donosił „Czas", został przez biskupa suspendowany, czyli pozbawiony prawa do wykonywania obowiązków kapłańskich.

W obronie dobrego imienia zakonu

Gdy wieść o odnalezieniu zakonnicy rozniosła się po Krakowie, m.in. za sprawą publikacji prasowych, w mieście zawrzało. Pod klasztorem na Wesołej zaczął się gromadzić tłum. Według ówczesnych reporterów w szczytowym momencie było tam nawet 6 tys. ludzi. Austriackie wojsko musiało pilnować klasztorów, bo tłum manifestantów zaatakował siedzibę karmelitanek kamieniami, wdarł się nawet do środka. Tylko szybka interwencja wojska zapobiegła samosądowi. Wśród tłumu manifestantów widziano m.in. Helenę Modrzejewską, poetę Adama Asnyka. Byli Jacek Malczewski, Narcyza Żmichowska oraz Jan Matejko. Znakomity komediopisarz Michał Bałucki pisał: „Tłumy ludu wieczorami wdarły się do wielu klasztorów, wysadzając bramy i tłukąc okna. Jezuitów pobito mocno, a ich mieszkania zniszczono wewnątrz. Dziś w nocy wojsko stało pod bronią po różnych stronach miasta dla obrony klasztorów. Z tej całej awantury ta korzyść realna, że dziś w mieście podpisują petycję do Magistratu o wypędzenie jezuitów".

Do większych rozruchów nie doszło. Ale zdecydowano o aresztowaniu trzech przełożonych krakowskiego klasztoru. Za kratami zamknięto siostry Marię Wężykównę, Teresę Kozierkiewicz i Maurycję Josaph. Do aresztu trafił również przeor karmelitów bosych z Czernej o. Julian Kozubski, który miał nadzór nad klasztorem. Prokurator oskarżył ich o dokonanie gwałtu na Barbarze Ubryk i doprowadzenie do ciężkich uszkodzeń ciała. Proces rozpoczął się 25 listopada 1869 r. Sąd po zapoznaniu się z aktami odstąpił jednak od procesu. Stwierdził, że lekarzom nie udało się udowodnić, że to zamknięcie w odosobnieniu spowodowało u zakonnicy chorobę psychiczną. Choć dowodzili oni, że naruszenie równowagi umysłowej Barbary Ubryk nastąpiło na tle niezaspokojonego popędu płciowego. Sąd zwrócił również uwagę na fakt informowania przez zakonnice o sprawie siostry Ubryk przełożonych w Czernej oraz Rzymie. Ponieważ jednak z tamtej strony nie było żadnej reakcji, uznały one, że muszą troszczyć się o dobre imię zgromadzenia – bały się, że gdy sprawa wyjdzie na jaw, zakon będzie skompromitowany. Wszystkich oskarżonych wypuszczono więc na wolność. Co ciekawe, sąd powołał się również na konkordat z 1855 r. Jego zapisy mówiły o tym, że zakonnica po ślubach wieczystych nie może opuścić murów klasztornych.

Barbara Ubryk do końca życia (zmarła dopiero po 29 latach od opisywanych tu wydarzeń, w 1898 r.) przebywała w szpitalu.

Szkodliwe światło

Zatrzymajmy się na wątku choroby psychicznej Barbary Ubryk. Sądowi reporterzy relacjonujący wówczas sprawę prześledzili bowiem jej przeszłość. Okazało się, że urodzona 14 lipca 1817 r. w Węgrowie Anna Ubryk – Barbara Teresa od św. Stanisława to było jej pełne imię zakonne – w wieku 19 lat opuściła dom rodzinny z zamiarem wstąpienia do klasztoru. Przez Lwów dotarła do Warszawy, gdzie przez dwa lata mieszkała w pałacu Potockich jako tzw. panna respektowa. W wysokiej, szczupłej dziewczynie o niebieskich oczach mieli podkochiwać się m.in. Julian Bartoszewicz czy Teofil Lenartowicz. Ale młoda panna szczególniejszym uczuciem obdarzała jednak organistę z kościoła Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu, Stanisława Krzywdę. Nie znamy szczegółów romansu. Wiadomo jednak, że Krzywda w 1838 r. porzucił pracę u Wizytek i wyjechał w nieznane. W tym samym roku do nowicjatu sióstr zapukała Anna Ubryk. Po kilku miesiącach siostry uznały jednak, że dziewczyna nie nadaje się na zakonnicę, i kazały jej opuścić mury klasztorne. Dziewczyna pojechała więc do Krakowa i tam w roku 1839 lub 1840 wstąpiła do karmelu. W 1841 r. złożyła śluby zakonne. Podobno już cztery lata później pojawiły się u niej jakieś zaburzenia psychiczne: tańczyła nago, śpiewając świeckie pieśni, uciekała z modlitw, zamykała się w celi klasztornej. A ponieważ lekarz sióstr nie potrafił sobie z chorobą poradzić, uznał, że najlepiej będzie zamknąć ją w odosobnieniu. Po kilku latach kazał również zamurować okno w jej celi, stwierdzając, że szkodzi jej... światło.

"Rzeczpospolita"