Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Szpieg, który zdradził dwa razy

Piotr Bożejewicz 27-01-2018, ostatnia aktualizacja 27-01-2018 00:00

Roman Czerniawski do dziś budzi kontrowersje. W drugiej połowie wojny zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy uważali go za swojego cennego agenta.

Roman Czerniawski przekonał aliancki wywiad, że 14 lipca 1942 r. w Paryżu, korzystając z samochodowej kolizji w alei Focha (na zdjęciu), zbiegł z więziennego furgonu Gestapo. W rzeczywistości podjął wtedy z Niemcami współpracę.
źródło: Getty Images
Roman Czerniawski przekonał aliancki wywiad, że 14 lipca 1942 r. w Paryżu, korzystając z samochodowej kolizji w alei Focha (na zdjęciu), zbiegł z więziennego furgonu Gestapo. W rzeczywistości podjął wtedy z Niemcami współpracę.

Mało które niepowodzenie niemieckiego kontrwywiadu było równie bolesne, jak to z 14 lipca 1942 r. w Paryżu. Korzystając z samochodowej kolizji w alei Focha, z więziennego furgonu zbiegł strażnikom i przepadł bez śladu aresztowany pół roku wcześniej „Valentine", czyli Roman Czerniawski alias Armand Borni – szef największej i jedynej wówczas w okupowanej Francji alianckiej organizacji szpiegowskiej. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja wydarzeń.

Rangi niepowodzenia nie umniejsza fakt, że naprawdę żadna brawurowa ucieczka się nie zdarzyła, a cała historia była mistyfikacją niemieckiego wywiadu. W rzeczywistości więzień, jako świeżo upieczony niemiecki agent, spokojnie opuścił prywatne mieszkanie oficera Abwehry wyposażony na tę okoliczność w fałszywe dokumenty i sporą sumę pieniędzy. Jednak bez względu na sposób, w jaki Niemcy wypuścili z rąk Czerniawskiego, popełniali właśnie jeden z największych błędów.

Borni. Armand Borni

Drogę wiodącą z kresowej wsi pod Czerniowcami do kariery międzynarodowego szpiega otworzyła przed Czerniawskim podchorążówka w Dęblinie. Był uzdolnionym pilotem, dlatego, zdobywszy stopień oficerski z czwartą lokatą i po zaliczeniu wyższego kursu pilotażu, w 1935 r. trafił do służby w 111. Eskadrze Myśliwskiej.

Niemniej znacznie większe zainteresowanie przełożonych budziły inne talenty świeżo upieczonego porucznika. Jego wrodzona błyskotliwość, połączona z nadprzeciętną zdolnością analizy i biegła znajomość trzech języków obcych, nie uszły uwadze oficerów wywiadu z Oddziału II Sztabu Generalnego. Także osobiste ambicje Czerniawskiego, któremu wybujałe ego miało jeszcze przysporzyć kłopotów w przyszłości, sięgały dalej niż spędzenie życia za sterami myśliwca. Z myślą o przyszłej pracy w „dwójce" skierowano go na kurs w warszawskiej Wyższej Szkole Wojennej, którego ukończenie w 1938 r. dało mu awans do stopnia kapitana i przydział do Wydziału Organizacyjnego Dowództwa Lotnictwa.

Podczas kampanii 1939 r. zadaniem Czerniawskiego było utrzymanie łączności lotniczej Lwowa z Naczelnym Dowództwem, a gdy wschód zaczęli zajmować Sowieci, wraz z wieloma żołnierzami przedostał się do Rumunii. Stamtąd wspólnie z innym pilotem, dawnym kolegą z Dęblina, samochodem dotarli do Francji, zanim jeszcze skończył się wrzesień.

W ten sposób już w listopadzie Czerniawski znalazł się w prestiżowej paryskiej École Supérieure de Guerre, czyli Wyższej Szkole Wojennej, gdzie na kursie sztabowym dogłębnie poznał organizację niemieckiej armii. Potem, już jako oficer wywiadu, trafił do sztabu budowanej przez gen. Bronisława Ducha w Camp de Coëtquidan polskiej 1. Dywizji Grenadierów, hojnie wyposażonej przez Francuzów w mundury i broń... z czasów bitwy pod Verdun.

Gdy Paryż kapitulował, większość żołnierzy okrążonej pod Neuveville dywizji podążyła do Anglii lub Szwajcarii. Lecz Roman Czerniawski, zrzuciwszy mundur, postanowił zostać we Francji. Nie oznaczało to jednak złożenia broni. Tajemnicą szpiegów pozostaje, jak przekonał mieszkającą pod Nancy młodą wdówkę Renée Borni, aby podarowała mu dokumenty dopiero co zmarłego męża Armanda. Choć Czerniawski z niskim wzrostem i drobną posturą raczej nie był typem amanta, przyciągał kobiety jak latarnia ćmy i sobie tylko znanym sposobem owijał je wokół palca. Niestety, ten cenny talent przysporzył mu więcej kłopotów niż korzyści.

Po przejęciu tożsamości nieboszczyka, mimo obcego akcentu, już jako rodowity Francuz Czerniawski dotarł do państwa Vichy, gdzie w Tuluzie spotkał się z oficerem polskiego wywiadu majorem Mieczysławem Słowikowskim. Z jego polecenia kierował przerzutem zdemobilizowanych żołnierzy do Hiszpanii, lecz stosunkowo spokojne wakacje na południu Francji szybko go znudziły. Wtedy został zainspirowany przez szefów myślą o zorganizowaniu w strefie okupowanej alianckiej siatki szpiegowskiej, a ryzykowna idea szybko zyskała przychylność polskich władz w Londynie. Aby od razu nadać swojej organizacji ponadnarodowe znaczenie, Czerniawski nazwał ją Interalliée, czyli Międzysojuszniczą.

„Kociak" i inni

Podczas jednego z ostatnich wieczorów w Tuluzie Czerniawski poznał w restauracji kolejną ważną w jego życiu młodą Francuzkę, Matyldę Carré. Dziewczyna była zamożna, świetnie wykształcona i mimo trudnych czasów bardzo zadbana. Niestety, była też przy tym mocno rozchwiana emocjonalnie. Jak wspominała dekady później, po nieudanym małżeństwie z jednym oficerem i burzliwym romansie z następnym, tylko spotkanie tajemniczego Polaka odwiodło ją wtedy od samobójstwa. Niemniej Czerniawski uznał, że inteligencja i szerokie koneksje nowej znajomej mogą być przydatne przy realizacji nowego zadania. Razem pojechali do Paryża, gdzie Czerniawski po ledwie kilkunastu dniach znajomości wtajemniczył panią Carré w swoje szpiegowskie plany, ona zaś z entuzjazmem zgodziła się na wspólnictwo, przybierając pseudonim La Chatte, czyli po prostu „Kociak". Sam Czerniawski obrał kryptonim „Valentine".

Matylda załatwiła konspiracyjnemu dowódcy fikcyjną posadę w kancelarii prawnej znajomego i z dużym powodzeniem zaczęła werbować kolejnych współpracowników. Począwszy od pierwszego agenta, którym został były francuski oficer, siatka stale wzbogacała się o coraz to nowe źródła wśród zawsze najlepiej poinformowanego półświatka, choć jak zawsze bezcenni okazywali się też listonosze, policjanci i kolejarze, a wśród mniej lub bardziej świadomych informatorów znaleźli się nawet niemieccy wojskowi. Wkrótce siatka rozrosła się do półtorej setki współpracowników zbierających cenne dane z całego obszaru Francji, przez co Czerniawski ledwo nadążał z systematyzacją i analizą zdobytej wiedzy.

Z powodu braku radiostacji sporym problemem było dostarczanie informacji do Anglii. Ostatecznie wypracowano system, w którym bibułki z raportami trafiały do punktu kontaktowego urządzonego w miejscu, gdzie ruch przechodniów nie zwracał niczyjej uwagi, czyli w publicznej toalecie. Stamtąd kurier zabierał meldunki na dworzec i wkładał do specjalnej skrytki przygotowanej w wagonie pociągu kursującego między Paryżem i Marsylią, a po stronie Vichy wyjmował je stamtąd agent polskiego wywiadu. Wszystko to zajmowało jednak mnóstwo czasu, bo wiadomości uzyskane przez „Interalliée" Polacy przekazywali angielskim służbom dopiero w Londynie.

Anglicy szybko docenili skuteczność organizacji Czerniawskiego, a zwłaszcza dokładność dostarczanych przez niego informacji. Dlatego wkrótce dostarczono mu pierwszą walizkową radiostację, a potem jeszcze trzy kolejne. Niemniej i to okazało się za mało do przesyłania ogromu danych gromadzonych przez siatkę, ponieważ z powodów bezpieczeństwa każda transmisja była ograniczona do zaledwie 100 słów. Tymczasem pełne szczegółów i ilustracji raporty „Valentine'a" liczyły często po kilkadziesiąt stron, stąd stary kolejowo-lotniczy szlak kurierski nadal działał, przewożąc meldunki w zminiaturyzowanej formie na mikrofilmach. Jednak w tym zalewie informacji uwadze Londynu często umykały rzeczy naprawdę pilne i ważne, jak choćby wiadomość o planowanym lądowaniu Niemców w Afryce, wizycie Göringa na wybrzeżu Atlantyku albo o ruchu niemieckich okrętów.

Dopiero po niemal roku działalności siatki ściągnięto Czerniawskiego na osobiste rozmowy do Londynu przysłanym specjalnie na tę okoliczność samolotem. Zawodowo ostrożni oficerowie polskiego i brytyjskiego wywiadu wzięli „Valentine'a" w krzyżowy ogień pytań, ale badanie wypadło pomyślnie i szybko atmosfera podejrzliwości została przełamana. Ostatnie wątpliwości o zaufanie przełożonych do Czerniawskiego rozwiał sam naczelny wódz, gen. Sikorski, osobiście dekorując go Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Po kilku dniach nasyconego uznaniem i pochwałami agenta wyposażono w szczegółowe instrukcje i nocą zrzucono na spadochronie nad Francją. Pierwsza rocznica powstania siatki Czerniawskiego okazała się jednym z ostatnich dni jej działalności.

Wielka wsypa

Gdy maszyna „Interalliée" zdawała się nadal działać bez zarzutu, osobista sytuacja Czerniawskiego coraz bardziej gęstniała. Oprócz „Kotki" w najbliższym otoczeniu „Valentine'a" rozpoczęła pracę kolejna kobieta, Monika Deschamps, z którą potem w Anglii Czerniawski się ożenił. Jakby tego było mało, do Paryża zjechała też pani Borni, wedle dokumentów oficjalna żona Armanda, przyjmując funkcję szyfrantki, a zarazem współlokatorki szefa siatki. Na czymkolwiek polegały te skomplikowane relacje, powietrze między paniami iskrzyło. W dodatku Carré, która uważała się za współautorkę sukcesu siatki na równi z Czerniawskim, po jego odznaczeniu poczuła się mocno niedoceniona. Te, być może na pozór błahe sprawy zaważyły na losie całej organizacji. Wszakże największe znaczenie miały osobiste błędy Czerniawskiego, któremu sukcesy wyłączyły większość bezpieczników, gdy już działalnością siatki zainteresowało się paryskie Gestapo. Rażąco zaniedbał przestrzegania reguł bezpieczeństwa, umieszczając ośrodek dowodzenia, razem z archiwum organizacji, we własnym mieszkaniu. Także struktura organizacyjna pozwoliła Niemcom dotrzeć do jądra siatki już po pierwszych aresztowaniach, ponieważ nitki od najpośledniejszych agentów prowadziły niemal wprost do apartamentu na Montmartrze.

Gdy 18 października 1942 r. tropiący od dawna „Interalliée" oficer Gestapo Hugo Bleicher aresztował Czerniawskiego, nie wiedział nawet, że ma w rękach samego szefa organizacji. Wszelkie wątpliwości rozwiała jednak Matylda Carré, która z powodu strachu i urażonej dumy natychmiast zgodziła się na współpracę z Niemcami i bez skrupułów wsypała wszystkich znanych sobie agentów. Stąd do piwnic luksusowego hotelu Edward VII, gdzie Gestapo prowadziło przesłuchania, w ciągu kilku dni trafiła ponad połowa członków grupy. Wkrótce „Kociak" wylądował nawet w łóżku Bleichera i za wynagrodzenie pozorował dalszą działalność na rzecz Brytyjczyków. Carré nie poinformowała o zdradzie nawet w Anglii, gdzie ją ratunkowo ewakuowano, i kontynuowała pracę dla Abwehry. Do Londynu Niemcy przerzucili także Monikę Deschamps, ona jednak natychmiast przyznała się do wymuszonej współpracy z Gestapo. Oprócz aresztu domowego nie dotknęły jej inne większe represje.

Wbrew obawom Czerniawskiego ani w hotelowych podziemiach, ani w więzieniu na przedmieściu Paryża, dokąd go przeniesiono, nie spotkały go typowe dla Gestapo tortury i bicie. Wręcz przeciwnie – przesłuchania były wprawdzie uciążliwe, ale składały się głównie z komplementów, umiejętnie wymieszanych z niemiecką propagandą polityczną. Więzień wyciągnął stąd wniosek, że Niemcy bez jego pomocy wiedzą już wszystko o organizacji. Rzeczywiście: gestapowcy sami pochwalili się efektami zdrady Matyldy Carré, a ich rewelacje potwierdziła także Renée Borni, której pozwolono spotkać się z Czerniawskim w więziennej celi. „Valentine" zrozumiał z tego, że Niemcy snują wobec niego szersze plany niż chęć doprowadzenia na egzekucję. Postanowił więc być pierwszy i w ten sposób przejąć inicjatywę.

Napisał do Niemców patetyczny list (lub raczej odezwę), pełen wzniosłych odniesień do polskiego patriotyzmu i troski o przyszłość ojczyzny. Konkluzją zawartych w piśmie przemyśleń było uznanie Niemiec za jedyną siłę zdolną w obecnej sytuacji obronić Polskę przed bolszewizmem, ponieważ Brytyjczycy to notoryczni zdrajcy, którzy nie kiwną palcem, aby powstrzymać Sowietów. Dlatego Czerniawski, chociaż nikogo poza sobą nie reprezentował, z megalomańskim tupetem zaproponował zawarcie politycznego sojuszu polsko-niemieckiego. W istocie była to mało subtelna propozycja współpracy z niemieckim wywiadem.

Agent Abwehry „Hubert"

Tekst był absurdalny, lecz trafiał w sedno oczekiwań Niemców, stąd w więzieniu prawie natychmiast zjawił się szef Abwehry w Paryżu, płk Oskar Reile, by porozmawiać o konkretach. Zgodnie z oczekiwaniami Czerniawskiego ustalono, że największy pożytek z Polaka jako niemieckiego agenta będzie w Anglii. Oficer postawił wszakże kilka warunków, które Niemcy zaakceptowali. Czerniawski wykluczył udział w działaniach szkodzących Polsce i polskim organizacjom konspiracyjnym oraz zażądał gwarancji bezpieczeństwa dla aresztowanych członków jego siatki. Z kolei Niemcy w wypadku stwierdzenia nielojalności Czerniawskiego zagrozili śmiercią jego rodziny w Polsce.

Po zatwierdzeniu planu operacji przez Canarisa, Czerniawskiemu nadano kryptonim „Hubert" i sfingowano legendę o jego ucieczce z więzienia. Potem, pod czujną opieką Gestapo, dostarczono go do Lyonu w strefie Vichy i wyposażono w części potrzebne do samodzielnego zbudowania radiostacji. Odtąd był zdany tylko na własne siły i kontakty.

Polskie przedstawicielstwo w Vichy potraktowało ocalenie Czerniawskiego jako cud i natychmiast zorganizowało mu transport, przez Hiszpanię i Gibraltar, do Anglii. Mimo oczywistej w takich wypadkach ostrożności i wnikliwych przesłuchań, historia o spektakularnej ucieczce z transportu wzbudziła więcej podziwu niż podejrzeń. Przy okazji Czerniawski dowiedział się o obecności w Wielkiej Brytanii Matyldy Carré. Natychmiast ją zdemaskował, powodując jej uwięzienie do końca wojny. Niemniej jako spalonego agenta polskie władze odsunęły go od istotnej działalności i osiedliły na głębokiej prowincji, blisko granicy ze Szkocją. Dopiero wtedy, być może z chęci powrotu do aktywności, Czerniawski zdetonował bombę, poufnie informując płk. Stanisława Gano o zwerbowaniu go przez Abwehrę i – pomimo to – gotowości do dalszej pracy w wywiadzie. Oburzeni polscy wojskowi najchętniej by go po prostu rozstrzelali, jednak powiadomieni o sprawie Brytyjczycy z MI5 okazali większą wstrzemięźliwość i dalekowzroczność.

Przypadkiem Czerniawskiego zainteresował się John Masterman, odpowiedzialny w kontrwywiadzie za najtajniejszą z tajnych komórek, zwaną Radą Dwudziestu, o której istnieniu długo nie wiedział nawet premier rządu. Operacja XX, czyli Podwójny Krzyż, polegała na systematycznym dezinformowaniu Abwehry z pomocą przewerbowanych niemieckich agentów albo szpiegów, których do pracy w niemieckim wywiadzie wysłali sami Brytyjczycy. W końcu 1942 r. MI5 kierował już całym stadkiem takich ludzi, często o dużo gorszej reputacji niż Czerniawski. Bezpośredni nadzór nad tymi podwójnymi, a często potrójnymi agentami sprawował Thomas „Tar" Robertson, do którego należała decyzja o przyszłości „Huberta". W końcu mimo ostrożności uznano, że po szpiegach nie oczekuje się świętości i – choć zapewne Czerniawski o wydarzeniach w Paryżu nie mówił całej prawdy – jego lojalność i przydatność nie budziły wątpliwości. Odtąd dawny „Valentine", a dla Niemców „Hubert", został brytyjskim agentem o pseudonimie Brutus.

Gdy Czerniawski zaczął nadawać przed Bożym Narodzeniem 1942 r., Niemcy potraktowali go nieufnie i na różne sposoby sprawdzali tożsamość rozmówcy. Przy okazji jednak owe kontrolne pytania były sprawdzianem lojalności agenta wobec Brytyjczyków, ponieważ jedną fałszywą odpowiedzią „Hubert" mógł ostrzec Niemców, że pracuje dla MI5. Jednak nic takiego się nie zdarzyło.

Czerniawski szybko zdobywał zaufanie Abwehry, z początku informując ją tylko o rzeczach doskonale Niemcom znanych, co pozwoliło im zweryfikować prawdomówność agenta. Z początku były to wiadomości w całości podsuwane mu przez MI5, jednak wkrótce „Brutus" wypracował własne metody wytwarzania informacji. Zamiast siedzieć przy biurku, rzeczywiście podróżował po Szkocji i skrzętnie notował wszystko, co zauważył w związku z lokalizacją i przemieszczaniem wojsk alianckich. Jego wiadomości stały się przez to bardziej mięsiste i wiarygodne, choć cały proceder odbywał się pod ścisłą kontrolą oficerów brytyjskiego wywiadu, a komunikaty radiowe były ocenzurowane i przysposobione do potrzeb mieszania w głowach Abwehrze. Dzięki temu meldunki Czerniawskiego miały ten sam styl, który Niemcy znali z czasów, gdy pracował przeciw nim w Paryżu.

Wkrótce „Hubert" jeszcze zyskał na wiarygodności, ponieważ awanturował się o pieniądze za współpracę, a nawet zaczął stawiać Niemcom warunki polityczne dotyczące przyszłości Polski. Pominąwszy patriotyzm i poczucie służby krajowi, sądząc z jego osobowości, Czerniawski dobrze się bawił szpiegowską maskaradą.

Et tu, Brute?

Najgłębiej zakonspirowani w aparacie Rzeszy agenci donieśli Brytyjczykom, że praca „Huberta" jest przez Niemców wysoko ceniona, a jego meldunki są nie tylko analizowane w Sztabie Generalnym, ale trafiają wprost na biurka w kancelarii Führera. Abwehra doceniała, że Czerniawski jest zawodowym szpiegiem i wojskowym, ale że – jak sądzono – pracuje dla Niemiec z przyczyn ideowych.

Jednak Czerniawski znów z własnej winy prawie wypadł z gry, angażując się w polityczne intrygi polskiego środowiska, szczególnie zwalczając serwilizm rządu wobec Moskwy. W końcu uznano, że stanowczo przesadził, ostro atakując gen. Stanisława Ujejskiego, gdy ten zabawił na bankiecie w sowieckiej ambasadzie, kiedy los jeńców zamordowanych na wschodzie był już publiczną tajemnicą. Ku przerażeniu Rady Dwudziestu, polskie władze kazały aresztować Czerniawskiego z zamiarem postawienia go przed sądem wojennym.

Agenci MI5, podszywając się pod „Huberta", poinformowali Niemców, że ich agent obawia się aresztowania, po czym radiostacja umilkła. Ostatecznie Romana Czerniawskiego skazano za niesubordynację na dwa miesiące aresztu, ale wyrok nie został wykonany i po kilku tygodniach spędzonych w szkockim więzieniu „Brutusa" wypuszczono na wolność.

Chociaż sprawie udało się ukręcić łeb, powstał problem odzyskania zaufania Niemców, aby po długim milczeniu Abwehra nie uznała, że „Hubert" został przewerbowany. A reputacja niemieckiego superszpiega była akurat bardzo potrzebna, gdyż akcja dezinformacyjna wchodziła właśnie w decydującą fazę przed szykowanym już lądowaniem aliantów w Normandii. Zdemaskowanie Czerniawskiego mogło zaprzepaścić całą, przygotowywaną latami operację „Fortitude", znaną też jako „Bodyguard".

Rzeczywiście na początku Niemcy byli zaniepokojeni i nieufni, ale „Brutusowi" udało się ich obłaskawić, a całą historię z aresztowaniem przekonująco wyjaśnić. Wkrótce znów zasypał ich mnóstwem wyglądających na bezcenne informacji, Brytyjczycy zaś uwiarygodnili legendę, że Czerniawski został oficerem łącznikowym przy Eisenhowerze, stąd mógł czerpać wiadomości z pierwszej ręki. Cała intryga polegała na tym, by nie wskazywać Niemcom fałszywych miejsc przyszłej inwazji, ale by sami je błędnie wydedukowali z mieszaniny informacji prawdziwych, zdeformowanych oraz zupełnych łgarstw podsyłanych im przez podwójnych agentów. Czerniawski przekonał na przykład Niemców o stacjonowaniu w zachodniej Anglii wielkiego zgromadzenia armii pod dowództwem gen. George'a Pattona. Wiarę Wehrmachtu w istnienie tej zmyślonej formacji „Brutus" zdołał podtrzymać nawet wtedy, gdy alianci już zajęli przyczółki w Normandii, stąd 15 niemieckich dywizji nadal stało bezczynnie na północy Francji. Wciąż czekano na prawdziwe uderzenie w Calais, a nawet w Norwegii lub Prowansji.

Co ciekawe, wiara Niemców w lojalność i rzetelność „Huberta" nie wygasła niemal do samego końca wojny. Kiedy już Paryż kapitulował przed Leclerkiem, na użytek swojego najcenniejszego agenta niemiecki wywiad zostawił przy drodze skrytkę z radiostacją i pieniędzmi, aby „Hubert" mógł nadal dla nich pracować na kontynencie.

Oficjalnie Roman Czerniawski zakończył służbę w stopniu podpułkownika dyplomowanego, a za szpiegowskie zasługi został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. Zapewne większości szczegółów jego służby nigdy nie poznamy, ponieważ na koniec wojny pułkownik Gano spalił wszystkie akta osobowe agentów, a brytyjskie archiwa długo strzegą swoich tajemnic.

Prawie nic nie wiadomo o jego życiu po wojnie, poza anegdotami o upodobaniu do kotów i filmów o Bondzie. W cywilu Czerniawski rozwinął w Anglii interes poligraficzny, choć istnieją plotki, że nadal świadczył różne usługi dla wywiadu. W latach 70. spotkał się w Paryżu ze swoim dawnym prześladowcą, byłym oficerem Gestapo Hugo Bleicherem, aby powspominać życie w ciekawych czasach. Przed śmiercią zdążył się jeszcze zaangażować we wspieranie podziemnej „Solidarności". Odszedł niemal zapomniany w kwietniu 1985 r., gdy skończył 75 lat. Został pochowany w Newark-on-Trent, gdzie ma prosty żołnierski grób z wyrytym w kamieniu orłem w koronie i ostatnim pseudonimem: „Brutus".

"Rzeczpospolita"