Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Marzec oczami jego uczestników

Łukasz Lubański, Katarzyna Płachta 04-03-2018, ostatnia aktualizacja 04-03-2018 10:04

Dla niektórych z nich było to przebudzenie, dla innych narodziny politycznej świadomości, a dla praktycznie wszystkich – przełomowy moment w życiu.

Jadwiga Staniszkis, socjolog.
autor: Waldemar Kompała
źródło: Rzeczpospolita
Jadwiga Staniszkis, socjolog.
Eugeniusz Smolar, dziennikarz, ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych, działacz opozycyjny w okresie PRL, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie, współwydawca „Aneksu".
autor: Mariusz Gaczyński
źródło: EAST NEWS
Eugeniusz Smolar, dziennikarz, ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych, działacz opozycyjny w okresie PRL, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie, współwydawca „Aneksu".
Antoni Zambrowski, dziennikarz, publicysta, autor książki „Syn czerwonego księcia".
autor: Jerzy Dudek
źródło: Rzeczpospolita
Antoni Zambrowski, dziennikarz, publicysta, autor książki „Syn czerwonego księcia".

Pamiętam naszą bezradność

Irena Lasota, publicystka, politolog, działaczka społeczna

Marzec 1968 r. pamiętam jako bardzo ciekawe i jednocześnie podniecające wydarzenie. Rozbicie naszego wiecu wydawało mi się niemożliwe. Nawet kiedy poszłam do więzienia, skazana na dwa miesiące za chuligaństwo, czyli wchodzenie w brudnych butach na ławkę publiczną, to byłam przekonana, że przed upływem dwóch miesięcy wszystkich wypuszczą. Ale z czasem w więzieniu na Rakowieckiej coraz częściej słyszałam w celi okrzyki kolejnych studentów i nagle zorientowałam się, że wszyscy moi znajomi już siedzą.

Wzięcie udziału w tych protestach było dla nas naturalne. Od 1965 r. mieliśmy swoją nieformalną grupę. Nawet UB miało problem z nazwaniem nas, więc określali nas grupą Józka Dajczgewanda, który rzeczywiście był jednym z inicjatorów naszych spotkań. Dyskutowaliśmy o książkach, teatrze. Przez dwa lata poznawaliśmy się coraz lepiej, bo byliśmy na tych samych wydziałach na uczelni – filozofii, historii, socjologii. Czasami braliśmy udział w publicznych debatach. Jedyne dozwolone wtedy na uniwersytecie dyskusje były organizowane przez Związek Młodzieży Socjalistycznej. Przychodziliśmy tam, bo zawsze można było spróbować zadać jakieś podchwytliwe pytania – nawet ambasadorowi Związku Radzieckiego.

Z samego Marca 1968 r. pamiętam najbardziej, jak znalazłam się w wyłonionej z tłumu delegacji studentów, która miała pójść do rektoratu w Pałacu Kazimierzowskim. Chcieliśmy porozmawiać z prorektorem Zygmuntem Rybickim, ale akurat był zajęty. Telefonował. Prawdopodobnie rozmawiał z kimś z Komitetu Centralnego albo z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wyszliśmy więc na balkon pałacu, a pod nami były tłumy studentów. Nagle wpadli na nich uzbrojeni zomowcy. Ludzie rozbiegli się na wszystkie strony. Jak żywa stanęła mi przed oczami słynna scena z filmu „Pancernik Potiomkin", kiedy dokonuje się masakra ludzi na schodach w Odessie. U nas byli to studenci, którzy pełni optymizmu czekali przed rektoratem na wynik rozmów. W jednej chwili ten entuzjazm został przerwany przez zomowskie pałki i tarcze. Zbiegliśmy na dół. Chcieliśmy wyjść z budynku, ale ktoś zamknął drzwi. Pewnie po to, żeby ZOMO tam nie wtargnęło. Czuliśmy solidarność z tymi, którzy byli na zewnątrz. Chcieliśmy do nich dołączyć, jakoś im pomóc. Próbowaliśmy też wpuścić uciekających do Pałacu Kazimierzowskiego. Pamiętam jedynie naszą bezradność.

Ale mimo wszystko Marzec 1968 r. pokazał, że jesteśmy silni. Nawet wbrew najbardziej optymistycznym nadziejom dołączyło do nas znacznie więcej studentów, niż na to liczyliśmy. Mówiliśmy, że zbierze się co najwyżej 300 osób. A według Władysława Gomułki na wiecu pojawiło się 1,5 tys. ludzi. Niektórzy szacują, że protestujących było ponad 2 tys.

Przez kilkanaście dni marca studenci czuli wielki zapał. Wybierali delegatów wydziałowych, którzy stanowili później komitet strajkowy uczelni. Uczyli się dyskutować, zabierać kolejno głos, mówić o tym, co myśleli. Wtedy też powstały pierwsze tzw. powielacze chińskie. Jedna osoba dyktowała, a 100 innych siadało i pisało ręcznie ulotki, które później były rozdawane na ulicy ludziom, którzy solidaryzowali się z demonstrantami. To dawało studentom poczucie, że nie są osamotnieni. Bo przecież po wiecu z 8 marca mówiono o zdradzie i kontrrewolucji. Mieliśmy dostać wyroki więzienia po 10–20 lat. Najwyższą cenę zapłacili jednak Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Dla nich więzienie było naprawdę długie. Większość protestujących studentów została wyrzucona z uczelni, czasami wcielano ich do wojska, wielu wyemigrowało. Jednak te uczelniane strajki były dla nas pierwszymi, prostymi ćwiczeniami demokracji. Z nich też narodził się ruch, z którego później wywodzili się czołowi przywódcy KOR i Solidarności. —not. kapla

Represje złamały moją karierę

Jadwiga Staniszkis, socjolog

Wydarzenia z Marca 1968 r. były poprzedzone trwającymi od kilku miesięcy czystkami osób żydowskiego pochodzenia w różnych instytucjach, wrogimi antysemickimi artykułami w prasie czy ulotkami, które pojawiły się na uniwersytecie. Do tego z uczelni za udział w demonstracji przeciwko zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego „Dziadów" w spektakularny sposób zostali relegowani Henryk Szlajfer i Adam Michnik.

Szokiem było dla mnie wówczas identyfikowanie poszczególnych ludzi z jakąś narodowością. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam. To wszystko w nas się kumulowało. Pamiętam spotkanie w mieszkaniu nieżyjącego już Jakuba Karpińskiego. Dyskutowaliśmy, jakie działania powinniśmy podjąć. Ostatecznie postanowiono, że 8 marca odbędzie się wiec. Zostałam wtedy wyznaczona do delegacji, która miała w jego trakcie negocjować z prorektorem Zygmuntem Rybickim. Domagaliśmy się m.in. wyeliminowania antysemickich ulotek czy wycofania z terenu uczelni milicji, która próbowała spacyfikować wiec. Rektor obiecał spełnienie postulatów, po czym... zobaczyłam, jak milicja, już poza bramami uniwersytetu, bije rozchodzących się do domów studentów. Na początku wydawało się to nieprawdopodobne. Ale szybko dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę. Tego samego dnia zostałam aresztowana. Spędziłam 48 godzin w Pałacu Mostowskich – w piwnicy, kilka pięter pod ziemią, pośród prostytutek, szczurów.

Po dwóch dniach zostałam zwolniona z aresztu. Ruch studencki trwał nadal, regularnie odbywały się spotkania. Wkrótce zostałam aresztowana po raz drugi. Tym razem spędziłam w więzieniu przy Rakowieckiej dobrych kilka miesięcy. Zostałam też zawieszona na uczelni, tracąc posadę asystentki. A potem, po wyjściu na wolność – wyrzucona. Represje w pewnym sensie złamały moją karierę naukową.

Biorąc udział w wiecu, zdawałam sobie sprawę z możliwych konsekwencji. Miałam pięcioletnią córkę i decyzja o zaangażowaniu się w protest była dla mnie trudna. Uważałam jednak, że człowiek powinien kierować się swoimi wartościami. Musiałam zareagować. Nie mogłam znieść przejawów antysemityzmu – tego, jak traktowano ludzi innej narodowości. To było coś obrzydliwego. Przypomnę, że mój dziadek, który był znanym posłem endeckim, zginął w Oświęcimiu za pomoc ludziom w getcie; poza tym miałam przyjaciół pochodzenia żydowskiego, spotykaliśmy się u siebie w domach, organizowaliśmy kółka dyskusyjne. Wielu z nich ze względu na panującą wówczas atmosferę wybrało emigrację. Stąd też czułam się wewnętrznie zobowiązania do działania. Do dziś pamiętam, jak w więzieniu przy Rakowieckiej pisałam pierwszy rozdział doktoratu – o biurokracji u młodego Marksa, bo tylko taką książkę, I tom dzieł Marksa, pozwolono mi tam czytać.

W dłuższej perspektywie wydarzenia marcowe niestety nie miały większego znaczenia. Opozycja ukształtowała się dopiero kilka lat później, więc Marzec '68 nie był przełomowym momentem. Ludzie byli dość obojętni i nad tym, co się wydarzyło, przechodzili do porządku dziennego. Było to zjawisko masowe. Co więcej, wielu wykorzystało zaistniałą sytuacje do awansu w swoich instytucjach. Tak stało się chociażby na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w miejsca wyrzuconych wykładowców pchali się inni. Panowała atmosfera czystki. Prasa pisała o tym jako o destalinizacji. A część ludzi niestety uległa tej propagandzie.

Dla mnie wydarzenia sprzed 50 lat były szokiem. Uważałam jednak, że jeżeli nie zaangażuję się w protesty, to będę się z tym czuła źle, czuła się winna. Jestem przekonana, że była to dobra decyzja, choć po wyjściu z więzienia długo byłam bezrobotna. W końcu udało mi się podjąć pracę – uczyłam w szkole pielęgniarskiej, pracowałam w studium doskonalenia lekarzy, a także jako ankieterka Instytutu Ekonomiki Rolnej. Na uczelnię wróciłam dopiero w 1981 r., dzięki jednemu z postulatów Solidarności. To było kilkanaście lat ciężkiego życia. Co prawda w tamtym czasie starałam się coś robić naukowo, jednak gdyby nie represje, mogłabym osiągnąć zdecydowanie więcej. Ale niczego nie żałuję. —not. lub

Koledzy przechodzili na drugą stronę ulicy

Eugeniusz Smolar, dziennikarz, ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych, działacz opozycyjny w okresie PRL, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie, współwydawca „Aneksu"

Jako student należałem do środowiska komandosów, skupionego wokół założonego przez Adama Michnika Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności na UW. Byłem biernym uczestnikiem dyskusji, która odbyła się 3 marca po urodzinach Jacka Kuronia – podjęto wówczas decyzję o zorganizowaniu wiecu 8 marca. Pamiętam ten dzień: chaos biorący się z braku naszego doświadczenia w organizowaniu demonstracji, odczytanie rezolucji w proteście przeciwko cenzurze, zakazie wystawiania „Dziadów" i bezprawnemu wyrzuceniu z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera, a następnie wtargnięcie ORMO i aktywu robotniczego, bicie studentów.

Demonstracja była przepełniona mieszaniną uniesienia, radości z tego, że udział wzięło ponad dwa tysiące studentów, samodzielności, ale i niepokoju, bo rano zaczęły się pierwsze aresztowania. Starsza koleżanka wyprowadziła mnie na tyły uniwersytetu. Miałem poczucie konieczności działania, ale i bezradności.

W kolejnych dniach i tygodniach kontynuowaliśmy działania – organizowaliśmy komitety studenckie na wydziałach, rozrzucaliśmy ulotki, zbieraliśmy informacje o represjach, które przesyłaliśmy do Radia Wolna Europa. Razem z Jakubem Karpińskim przygotowywaliśmy teksty ulotek i rezolucji dla Akademii Medycznej, Politechniki Warszawskiej, SGPiS i uczelni w innych miastach.

Przeżyliśmy szok związany z wszechogarniającą propagandą antyinteligencką i antysemicką. Przypisywano nam wszelkie możliwe grzechy, łącznie z tym, że jesteśmy agentami rewizjonistów niemieckich. Nasze pokolenie cechowała pewna swoboda, prawdopodobnie wynikającą z braku wyobraźni; nie myśleliśmy o tym, co komuniści w obronie władzy mogą zrobić. W odróżnieniu od starszych nie paraliżowały nas możliwe zagrożenia. Mój ojciec, stary komunista, który był wcześniej w Sowietach, przestrzegał: „Zrobią z was mięso mielone". Ale jak się ma 20 lat, to nie myśli się o konsekwencjach. Najważniejsze było, że w całym kraju wybuchła fala strajków na uczelniach, że razem protestowaliśmy przeciwko bezprawiu i represjom.

Ukrywałem się. Aresztowali mnie dopiero na przełomie października i listopada. Za prowadzenie działalności tzw. drugiego rzutu komandosów i organizowanie protestów przeciwko inwazji wojskowej na Czechosłowację dostałem wyrok 1,5 roku więzienia. W 1970 r. wyemigrowałem z Polski. Z pesymizmu po Czechosłowacji i wobec kampanii antysemickiej.

Jeszcze zanim trafiłem do więzienia, zdarzały się szokujące dla mnie sytuacje. Koledzy z liceum i studiów, gdy mnie widzieli, przechodzili na drugą stronę ulicy. Byłem jak zarażony. Miałem poczucie osamotnienia w obliczu propagandy antysemickiej i wyjazdu kilkunastu tysięcy Żydów, którzy przeważnie nie mieli nic wspólnego z protestami, a młodzi świadomi swojego pochodzenia często nie odczuwali swojej żydowskiej odrębności. Zapłacili ogromny koszt naszej wykorzystanej przez władze demokratycznej fanaberii. Jak napisał Henryk Grynberg: „Tu więcej zostawili po sobie, niż mieli".

Marzec '68 sam w sobie nie był przełomowym wydarzeniem, ale wpisuje się w ciąg działań opozycyjnych – od poznańskiego Czerwca i Października '56 po Sierpień '80 i stan wojenny. Dla tysięcy ludzi znanych z życia publicznego, zaczynając od Michnika, a na Macierewiczu kończąc, Marzec był początkiem drogi. Nasze pokolenie odegrało wybitną rolę prowadzącą przez Komitet Obrony Robotników do przełomu 1989 r. I nie mówię tylko o studentach, ale także m.in. o Zbigniewie Bujaku czy Zbigniewie Janasie, którzy uczestniczyli w popierających studentów demonstracjach młodych robotników. To nie było doświadczenie tylko inteligencko-studenckie, ale znacznie szersze. —not. lub

Czy pan widzi, co oni robią?!

Jan Grosfeld, politolog, członek Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem

Marzec 1968 r. pamiętam przede wszystkim jako przebudzenie. Byłem na ostatnim roku studiów ekonomii politycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Właściwie brakowało mi jednego egzaminu i obrony pracy magisterskiej. Jeszcze jesienią 1967 r. na początku roku akademickiego byłem człowiekiem prawie nieświadomym niczego. Ponieważ miałem zostać na uczelni jako asystent, wydawało mi się normalne, że trzeba będzie wówczas wstąpić do partii. Nigdy nie byłem działaczem politycznym, nie należałem nawet do żadnej organizacji młodzieżowej. A jednak wydawało mi się, że jeśli to będzie konieczne, to pewnie zdecyduję się na ten krok. Powstrzymał mnie od tego ojciec, który powiedział: „Wiesz co, może jednak zaczekaj". I dzięki Bogu posłuchałem go. Później wystarczył już tylko styczeń i „Dziady". Byłem na tym słynnym przedstawieniu w Teatrze Narodowym i to ono właśnie okazało się dla mnie wydarzeniem przełomowym. Zaraz potem przyszedł Marzec. Nie chcę powiedzieć, że od razu byłem gotowy do działań opozycyjnych, ale chodziło raczej o zmianę stosunku do komunistycznej rzeczywistości.

Szczególnie utkwił mi w pamięci wiec z 11 marca. Byliśmy gonieni przez rzekomy aktyw robotniczy, czyli ORMO i milicję, po terenie uniwersytetu. Wbiegłem do rektoratu, który mieścił się na pierwszym piętrze Pałacu Kazimierzowskiego. Rektora Stanisława Turskiego nie było, bo wyjechał za granicę. Został tylko prorektor Zygmunt Rybicki, który był związany z grupą Mieczysława Moczara. Wszedłem do gabinetu i wykrzyczałem do niego: „Czy pan widzi, co oni tam robią?". Wybiegłem na taras i zobaczyłem na dole naszego kolegę Andrzeja, który miał chore nogi po heinemedinie. Siedział na ziemi, nie mógł się ruszyć, a oni bili go po tych nogach.

Kiedy uciekaliśmy już z terenu samego uniwersytetu, zgromadziliśmy się pod kościołem Świętego Krzyża. Mógłbym dziś powiedzieć, że to w jakimś sensie był mój pierwszy kontakt z Kościołem, który okazał się naszą ochroną, ochroną studentów bez względu na ich tożsamość. Drugim schronieniem było nasze mieszkanie, gdzie żyliśmy w czwórkę z siostrą Ireną i rodzicami, czyli dom bez kantów na roku Królewskiej i Krakowskiego Przedmieścia, tuż obok uniwersytetu. Tam też uciekaliśmy.

Pamiętam, że wcześniej, po styczniowym spektaklu „Dziadów" utworzyła się mała demonstracja młodych, którzy szli od Teatru Narodowego pod pomnik Adama Mickiewicza. Potem skierowaliśmy się w stronę uniwersytetu. Szedłem na końcu tego pochodu, a kiedy obejrzałem się za siebie, zauważyłem za nami czterech tajniaków. Jednym z nich był mój szkolny kolega. On też mnie rozpoznał. Podszedł do mnie i szepnął, żebym uciekał, bo zaraz będą aresztowania. Ponieważ to było dokładnie naprzeciwko mojego mieszkania, odszedłem. Dosłownie za sekundę zaczęły się aresztowania. Nie byłem wtedy ani człowiekiem odważnym, ani zaangażowanym w działalność opozycyjną. Zmieniło się to w czasie Solidarności i potem.

Patrząc na to z perspektywy czasu, wydarzenia marcowe miały także o wiele szerszą skalę społeczną, niż władze komunistyczne przekonywały w swej propagandzie. Demonstracje odbywały się nie tylko w Warszawie, ale też w innych miastach, nie tylko na Uniwersytecie Warszawskim, ale również na wielu innych uczelniach. Propaganda mówiła o niewielkiej grupie rewizjonistyczno-syjonistycznej.

Określenie „syjoniści" zostało użyte zastępczo zamiast słowa „Żydzi", a także by wmawiać ludziom żydowskiego pochodzenia wyjazd do Izraela. Bo skoro chcieli budować własne państwo, to niech sobie tam jadą. Ludzie żydowskiego pochodzenia tracili pracę. Władza odebrała im obywatelstwo. Do tego dochodziła jeszcze presja psychiczna, bo w jakimś stopniu powróciła do nich świadomość przerażającego cierpienia, zrodzona w czasie Szoah, zagłady Żydów podczas II wojny światowej, która została odziedziczona przez następne pokolenie. Zorganizowana kampania antysemicka obecna w komunistycznych mediach, ale też w zakładach pracy, na uczelniach, ogólna atmosfera, która niestety nie pozostawała bez wpływu na życie codzienne, spowodowała, że czuli, iż trzeba uciekać, że w Polsce nie ma dla nich miejsca.

Wkrótce Marzec poskutkował też zmianą władzy. Partia była podzielona, a Władysław Gomułka musiał odejść. Ujawnił się wtedy nurt narodowo-komunistyczny, czyli grupa moczarowska. Podziały te istniały potem nawet w opozycji demokratycznej. Zarówno te wczesne ruchy opozycyjne nie były jednorodne, jak i później KOR czy Solidarność. Myślę, że ci opozycjoniści, którzy mieli bardziej lewicowe poglądy, właśnie przez to doświadczenie krzywd i prześladowań ze strony narodowego komunizmu trudniej akceptowali później partnerów ze strony narodowej opozycji.

Z perspektywy dnia dzisiejszego wydarzenia zapoczątkowane Marcem '68 układają się w pewien ciąg. Po nich przyszedł Grudzień 1970 r. i wydarzenia na Wybrzeżu. Następnie Radom w czerwcu 1976 r., kiedy to powołano do życia KOR. W końcu 1980 r. i powstanie Solidarności. Niewątpliwie wszystkie te zdarzenia dały polskiemu społeczeństwu sposobność i moc przebudzenia i sprzeciwu wobec komunizmu. —not. kapla

Można być Żydem i Polakiem równocześnie

Leszek Leo Kantor, reżyser, publicysta

Całe nasze życie składa się z wielu drobnych elementów, a każdy z nich jest niezwykle ważny. Kiedy teraz patrzę na to, co stało się 50 lat temu w marcu, to myślę, że od dawna wiedzieliśmy, że coś wisiało w powietrzu.

W moim domu, w którym mieszkał mój ojczym, podoficer Wojska Polskiego z Kołomyi Grzegorz Kantor oraz moja matka – bardzo nowoczesna, rosyjska Żydówka z Charkowa, czuliśmy, że coś się stanie. Zwłaszcza po wydarzeniach w Kielcach w 1946 r. Pamiętam panikę. Byłem wtedy małym dzieckiem, miałem zaledwie sześć lat. Ale pamiętam ten niepokój. W Strzegomiu mieszkało 500 rodzin żydowskich. Wieczorami odbywały się dyskusje nad tym, co powinniśmy robić dalej. Państwa żydowskiego jeszcze nie było. Dokąd mieliśmy jechać? Pamiętam, że ojciec przyniósł wtedy metalową sztabę i zamontował ją, żeby wzmocnić drzwi naszego domu przy ulicy Dzierżyńskiego 31 w Strzegomiu. Oni przewidywali, że wyjazd wisiał w powietrzu. Może nie od razu do Izraela, choć ojciec był syjonistą, ale mama przecież marzyła o Australii. Przez lata ludność naszego miasteczka topniała. To było dla mnie najbardziej bolesne.

I nadszedł Marzec 1968 r. Nie sądzę, żeby jakiś polski Żyd powiedział to wprost, ale prawdę mówiąc, dobrze, że wreszcie to się stało. Bo nie mogliśmy już żyć w takiej tymczasowości, kiedy w rogu pokoju stał zwinięty dywan kowarski przygotowany na wyjazd. Choć ja nigdy nie ukrywałem swojego pochodzenia. Zawsze starałem się, żeby być Żydem bardzo żydowskim. W duszy serca płakać nad losem tego narodu, ale też uczestniczyć w życiu tej społeczności, prowadząc masę kolonii dla dzieci żydowskich i wyjazdów dla studentów. A przy tym byłem też bardzo polski. Pracowałem w Opolu, ale zwolniono mnie za brak zaangażowania w tłumienie strajków marcowych. Dostałem zakaz zatrudnienia w innych szkołach. Ale jeśli ktoś zapyta mnie dziś, czy można jednocześnie być Żydem i Polakiem, to odpowiem, że tak. Taki był Antoni Słonimski, Julian Tuwim oraz wielu innych ludzi, którzy kochali tę ojczyznę i władali tym językiem lepiej niż „prawdziwi Polacy".

Artyści nie powinni wyjeżdżać, ale to była walka o życie. Byłem przygotowany do wyjazdu, byłem gotowy, żeby pracować w fabryce, ale miałem również ambicję, by kontynuować pracę nauczyciela akademickiego. Nie była to łatwa walka, ale ją wygrałem.

Wyjazd wiązał się również z traumą rozbicia rodzin. Najgorsze było, gdy rodzice nie mogli wyjechać, bo nie mieli już siły, by się przenosić. Tacy byli między innymi rodzice mojej żony. Zabrałem im to, co mieli najcenniejszego, ich ukochaną córkę, a zostawiłem ich z telewizorem i używanym dywanem. Nałożono na nas zakaz wjazdu do Polski przez 20 lat. Nie wpuszczano nas nawet do chorych czy umierających rodziców. Kiedy ojciec leżał w szpitalu po drugim zawale, mogliśmy jedynie prosić o wizy. Dostaliśmy je w końcu na pogrzeb. To było najbardziej bezczelne i prymitywne traktowanie uchodźców z Marca '68 r. —not. kapla

Wydarzenia marcowe były końcem mojej młodości

Janusz Zaorski, reżyser filmowy

Wydarzenia marcowe pamiętam z perspektywy Łodzi. Byłem wówczas studentem Wydziału Reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że początek protestów, który jawił się nam jako upominanie się o wolność, swobodę, demokrację, potoczy się w stronę antysemityzmu, zmuszając do wyjazdu z kraju tysiące ludzi. Teraz wiem, że to była walka gen. Moczara i jego partyzantów o władzę. Moczar, który był wtedy ministrem spraw wewnętrznych, dostrzegł szansę wykorzystania słusznego wystąpienia studentów jako formy nacisku na zmianę I sekretarza partii. Ostatecznie do tego nie doszło. Breżniew obawiał się, że Demko, jak brzmiało prawdziwe nazwisko Moczara, to połączenie polskiego i ukraińskiego nacjonalizmu oraz antysemityzmu; że zerwie się z łańcucha i nie będzie z niego pożytku.

8 marca zupełnie przypadkowo znalazłem się na Krakowskim Przedmieściu. Przyjechałem z Łodzi, ponieważ w stolicy starałem się o posadę asystenta reżysera. Na teren uniwersytetu nie udało się dostać, trwała tam już regularna bitwa. Początkowo nie wiedziałem, co się dzieje, nie miałem wiedzy o planowanym wiecu. Dla mnie to był szok. Widziałem podjeżdżające autokary, wyskakujący z nich aktyw robotniczy z pałkami, który bił kogo popadnie – nie tylko studentów, ale nawet przypadkowych przechodniów.

Później stopniowo docierały do mnie informacje, m.in. o tym, że spalono kino Kultura. Ormowcy zaprószyli ogień, siedząc w pogotowiu w kinie i paląc papierosy. Poza tym słyszałem, że rozdawano im wódkę, aby byli agresywni. Mój kolega widział pijanego ormowca, który krzyczał: „Żyda za pejsy i wyrzucić za morze!".

Szokiem była dla mnie również medialna propaganda. Mówiono o garstce wichrzycieli, tymczasem na demonstracjach widziałem dziesiątki tysięcy ludzi! Wydarzenia marcowe były końcem mojej młodości. Wszedłem wtedy w dorosłe życie, jednocześnie przekonując się, jak cynizm może wygrać z pasją. To było bardzo negatywne doświadczenie, ale zahartowało mnie na całe życie.

Represje dosięgły także moją rodzinę. Mój ojciec był wówczas wiceministrem kultury i szefem kinematografii. Z tej drugiej posady w wyniku wydarzeń marcowych został wyrzucony. Oberwało się również mnie. W łódzkiej prasie – a dokładnie w tygodniku społeczno-kulturalnym „Odgłosy" – ukazał się artykuł zarzucający mi, że jestem kosmopolitą (wtedy był to straszny zarzut), ponieważ znam trzy języki obce (śmiech). Przyjąłem to z niedowierzaniem.

Po Marcu zmuszono do emigracji blisko 100 osób ze środowiska filmowego, w tym tak znanych, jak Aleksander Ford, twórca „Krzyżaków", który przecież planował zrobienie filmu o Januszu Korczaku – w głównej roli miał zagrać Henry Fonda – a także operatorzy Kurt Weber i Władysław Forbert.

Wydarzenia marcowe miały znaczenie także w dłuższej perspektywie – zwłaszcza dla kinematografii. Kilka lat później, poczynając od „Barw ochronnych" Zanussiego i „Człowieka z marmuru" Wajdy, powstało kino moralnego niepokoju. Robiliśmy filmy o tym, że trzeba tępić kłamstwo, obłudę, fałsz i cynizm. Nasze debiuty wprawdzie przesunęły się na później, do tego nie pozwalano nam na ostrzejsze scenariusze, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Być może nasze filmy były bardziej przemyślane i artystycznie zrobione właśnie dlatego, że ta gorzka lekcja, jaką był Marzec '68, czegoś nas nauczyła? —not. lub

Władze chciały uderzyć w mojego ojca

Antoni Zambrowski, dziennikarz, publicysta, autor książki „Syn czerwonego księcia"

Decyzja Władysława Gomułki o zdjęciu „Dziadów" podjęta pod wpływem jego prawej ręki Zenona Kliszki była kompromitująca. I to jeszcze w Teatrze Narodowym! Zdjęcie „Dziadów" z afisza wywołało oburzenie opinii publicznej, co władze wykorzystały, oskarżając o podżeganie do buntu „syjonistów". O tej historii korespondentowi „Le Monde" opowiedzieli Adam Michnik i Henryk Szlajfer, za co zostali aresztowani. Oprócz tego, nie czekając na decyzję komisji uniwersyteckiej, zostali oni bezprawnie relegowani z uniwersytetu.

Pracowałem wtedy jako ekonomista w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego. Podlegał on Komitetowi Pracy i Płac. W dniu 8 marca miałem się spotkać z moim promotorem prof. Włodzimierzem Brusem, którego byłem doktorantem, ale szef powiedział mi, że jest rozróba na uniwersytecie. Nie poszedłem. Byłem ostrożny, ponieważ już wcześniej podpadłem władzy. Krytykowałem wojnę władz z prymasem Wyszyńskim i Kościołem, za co wyrzucono mnie z partii i pozbawiono pracy na uniwersytecie.

Kilka dni po pierwszym wiecu – 12 marca – w chwili, gdy odprowadzałem córeczkę do przedszkola, zostałem aresztowany. Początkowo zabrali mnie do MSW. Usłyszałem zarzut, że 8 marca brałem udział w zamieszkach. A przecież tego dnia w ogóle nie było mnie na uniwersytecie! Im bardziej się opierałem, broniłem, odrzucałem kłamstwa, tym coraz cięższe zarzuty mi stawiano. Ostatecznie postawiono mi zarzut, że stoję na czele całego studenckiego ruchu marcowego. W rzeczywistości mój udział w protestach był jedynie taki, że... wsadzono mnie do więzienia, w którym spędziłem ponad dwa lata.

Domyślam się, że w ten sposób władze chciały uderzyć w mojego ojca, który był wówczas zastępcą prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Na fali wydarzeń marcowych został odsunięty od pełnienia tej funkcji, a także wyrzucony z partii . Nawet ludzie, szeroko to komentując, mówili, że młody Zambrowski padł ofiarą wojny z jego ojcem.

Wracając jeszcze do Marca – później oczywiście dowiedziałem się o przebiegu wydarzeń, łącznie z tym, jak brutalnie potraktowano studentów, a przede wszystkim studentki na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.

Jedna osoba z mojej bliskiej rodziny pracowała w tamtym czasie w szpitalu. Opowiadała mi, że w jej placówce w związku z brutalnym tłumieniem wydarzeń marcowych były dwa zgony. Tymczasem władza – bezczelnie kłamiąc – wypierała się ofiar śmiertelnych. Zresztą później skompromitowała się jeszcze bardziej, zabijając w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu znacznie więcej ludzi. Gomułka pożałował chleba dla polskiego rodu – czołgów nie żałował, bo je miał ze Wschodu. —not. lub

Byłem przeciwnikiem demonstracji

Karol Modzelewski, historyk, w okresie PRL działacz opozycyjny, za wydarzenia marcowe skazany na 3,5 roku więzienia

Wiedziałem, że 8 marca odbędzie się wiec. Nie poszedłem na niego – tak było uzgodnione miedzy nami, tymi, co knuli, że dwaj kryminaliści, niedawno zwolnieni, czyli ja i Jacek Kuroń, nie idą, żeby nie było, że buntują młodzież. Podobnie było ustalone z Adamem Michnikiem, między innymi w obronie którego wiec zostanie zwołany. Tak więc tego dnia poszedłem do domu, a potem do Michnika, by zapytać, czy może coś wie o przebiegu wiecu. Za mną jechały dwa samochody, dobrze znałem ich numery. Gdy wracałem taksówką, razem z Jadwigą Staniszkis, jeden z tych samochodów zajechał nam drogę z przodu, a drugi z tyłu. Zwinęli nas. Zawieźli mnie nad dołek, do Pałacu Mostowskich. Spodziewałem się aresztowania, przecież nieustannie byłem namierzany.

Dalej już zaczyna się moja kryminalna historia. Po 48 godzinach prokurator i tajniacy wsadzili mnie do samochodu i zawieźli na Mokotów. Nie widziałem ani zajść ulicznych, ani wieców. Choć ludzi, którzy brali w nich udział, spotkałem w celi. Jeden miał nawet napisane na plecach, za co się tam znalazł. Na jego jesionce widniał napis: „Niech żyje wolność słowa". A do tego miał długie włosy, więc podpadł podwójnie. Nie pamiętam, z jakiej był uczelni.

Z czasem coraz więcej dowiadywałem się o tamtych wydarzeniach. O tym, że zgodnie z planem Irena Lasota weszła na ławkę pod Biblioteką Uniwersytecką (dziś stary BUW), przeczytała tekst rezolucji, który powtórzył Wiktor Górecki: o wkroczeniu aktywu robotniczego, chaotycznych negocjacjach z prorektorem Rybickim, i wkroczeniu na dziedziniec uniwersytetu ZOMO i ORMO, brutalnie bijących studentów, a przede wszystkim – studentki. Słyszałem, że gdy studenci się rozproszyli, to zomowcy i ormowcy wybijali szyby i wskakiwali przez okna do budynków poszczególnych wydziałów, goniąc tam i wyłapując kolejne osoby. Była to więc akcja przeprowadzona na ślepo, właściwie przeciwko wszystkim studentom, którzy znaleźli się wówczas na uniwersytecie.

Przez długi czas byłem przeciwnikiem organizowania wieców i demonstracji – w odróżnieniu od komandosów, którzy byli bardzo rozochoceni. Powstrzymywałem ich zapędy, tłumacząc, że oni są tolerowani jako pewna forma opozycji na uniwersytecie; że będzie tak, dopóki nie przekroczą Rubikonu. W mojej ocenie mógł być nim wiec, demonstracja uliczna, która będzie końcem opozycji uniwersyteckiej, bo wszyscy trafią do więzienia. Jacek Kuroń też chciał ich powstrzymać, ale uważał, że nie możemy im zakazać, bo to jest ich sprawa i inicjatywa.

Moje podejście zmieniło się 3 marca. Wtedy doszło do spotkania dużej grupy, ok. 30 osób, w mieszkaniu Jacka Kuronia. Przyszły wiadomości o relegowaniu z uczelni Michnika i Szlajfera, którzy w styczniu – bodajże w nocy z 31 stycznia na 1 lutego – poszli do korespondenta „Le Monde" w Warszawie Bernarda Margueritte'a i opowiedzieli mu o ostatnim przedstawieniu „Dziadów", a także o manifestacji na widowni i po spektaklu.

Bezpieka uznała to za zbrodnię z art. 5 małego kodeksu karnego. Groziło im 5–15 lat więzienia, a w ekstremalnym przypadku nawet dożywocie. Ostatecznie Michnika i Szlajfera wówczas nie zamknięto, natomiast bezprawnie relegowano z uczelni. Odtąd ja i Jacek Kuroń, wcześniej opierający się wiecowi, byliśmy zdania, że trzeba go zorganizować, że „mamy propozycję nie do odrzucenia", ponieważ był to początek likwidacji pewnej autonomii uniwersyteckiej, pewnych enklaw wolności słowa i swobód, które pojawiły się w 1956 r.

Marzec '68 – mimo uporczywości oporu – udało się zdławić w ciągu trzech tygodni. A to dlatego, że był to ruch wyłącznie młodego pokolenia inteligencji. Młodzież robotnicza oczywiście też brała udział w demonstracjach, ale tylko dlatego, że była zadyma; nie występowała we własnym imieniu, z własnymi postulatami. To ograniczyło zasięg działania. Środowiska intelektualne zostały rozbite, rozproszone, pojawiła się nagonka antysemicka.

Niemniej Marzec '68 miał wpływ na kształtowanie się przyszłych środowisk opozycyjnych. Wprawdzie środowiska inteligenckie po wydarzeniach marcowych były przez pewien czas niezdolne do zbiorowych wystąpień, do listów protestacyjnych, ale po pewnym czasie znów zaczęły się w nich budzić odruchy obywatelskie. Wkrótce, zwłaszcza po powstaniu KOR, wznowiły one działalność. Tym razem już w ścisłej łączności ze środowiskami robotniczymi. —not. lub

"Rzeczpospolita"