Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Widziałem teczki osób z listy Macierewicza

Eliza Olczyk 17-04-2018, ostatnia aktualizacja 17-04-2018 00:00

W materiałach SB dotyczących Lecha Wałęsy była też kluczowa teczka, z której później zniknęły dokumenty - mówi Jerzy Dziewulski.

Jerzy Dziewulski, były poseł SLD i Polskiej Partii Przyjaciół Piwa.
autor: Bartłomiej Zborowski
źródło: Rzeczpospolita
Jerzy Dziewulski, były poseł SLD i Polskiej Partii Przyjaciół Piwa.

Plus Minus: Jako antyterrorysta miał pan życie jak z serialu kryminalnego. Rozbrajał pan bomby, ratował ludzi, a potem zamienił to na fotel w Sejmie. Skąd ten dziwny pomysł?

Ma pani rację, to był dziwny pomysł. W 1991 r. wystartowałem do Sejmu na prośbę mojego kolegi Zbyszka Eysmonta, późniejszego ministra bez teki w rządzie Hanny Suchockiej. Zadzwonił do mnie któregoś dnia i powiedział: „Z Januszem Rewińskim robimy partię. To ma być rodzaj wygłupu, ale jeżeli na listach znajdą się ludzie znani i popularni, to pokażemy, że każdy może dostać się do Sejmu, a nie tylko zawodowy polityk". I poprosił, żebym ich wsparł, bo moje nazwisko było wówczas bardzo znane. Zgodziłem się niechętnie, przy czym zaznaczyłem, że nie będę prowadził kampanii. Wpisano mnie do okręgu w Bielsku-Białej. Nie byłem tam ani razu, za co przepraszam mieszkańców Bielska, nie wydałem ani złotówki na promocję, nie wywiesiłem ani jednego plakatu i zostałem wybrany. Mniej więcej półtora roku po wyborach wojewoda bielski zarzucił mi, że kampanię i plakaty sfinansowałem za pieniądze od Bogusława Bagsika.

To właśnie z powodu Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, czyli twórców firmy Art-B, stał się pan osobą publiczną.

Nie. Byłem znany przede wszystkim z różnych filmów i programów telewizyjnych jako spec od terroryzmu. Ale w momencie gdy wyszła na jaw ucieczka z Polski Bagsika i Gąsiorowskiego, ściganych listem gończym, zaczął się medialny szum wokół mojej osoby. Pojawiły się informacje o moim rzekomym udziale w ich ucieczce, a także dziesiątkach milionów dolarów wywiezionych w walizkach. Takie rzeczy opowiadał m.in. prezydent Lech Wałęsa, który w Radiu Maryja mówił, że Dziewulski wywoził Bagsikowi pieniądze. Twierdził, że to przeze mnie nie mógł puścić Bagsika i Gąsiorowskiego w skarpetkach. Po nim zaczęli to powtarzać inni. Pisały o tym gazety. Z dwoma gazetami i z jednym politykiem, Adamem Słomką, wygrałem procesy, które im wytoczyłem z tego powodu. Wtedy faktycznie wszędzie było pełno Dziewulskiego w mediach.

A co z tymi walizkami z milionami dolarów? Były czy nie?

Nie było. Nigdy w tej sprawie nie byłem nawet przesłuchiwany. W 1997 r. postanowiłem przerwać potok kłamstw na mój temat. Wystosowałem pismo do prokuratury wojewódzkiej, do wydziału śledczego, z zapytaniem, czy coś na mnie mają. Jeden z zastępców prokuratora wojewódzkiego odpowiedział mi na piśmie, że w związku z tzw. sprawą Art-B nie toczy się i nie toczyło przeciwko mnie żadne postępowanie przygotowawcze. Po drugie informacje na mój temat, które posiadała prokuratura, nie wymagały jakichkolwiek wyjaśnień. Te pisma mam do dzisiaj. Ale to nic nie zmieniło. Do dziś zdarza się, że ktoś twierdzi, iż to ja pomagałem wywieźć pieniądze Bagsikowi.

Jaki był Sejm I kadencji?

Bardzo agresywny. Posłowie skakali sobie do gardeł tak samo jak dzisiaj, a może bardziej. My byliśmy niby taką grupą zgrywusów, ale szybko okazało się, że musimy uczestniczyć w tej walce na śmierć i życie. Pamiętam nasze dyskusje, że obiecywaliśmy producentom piwa, iż będziemy dbać o ich interesy. Dość szybko doszło u nas w klubie do podziału. To było wówczas, gdy powstał rząd Hanny Suchockiej, a część z nas była przeciwna wchodzeniu do niego. Wtedy od naszego klubu odłączyło się kilka osób, m.in. Adam Halber, Krzysiek Ibisz i ktoś tam jeszcze, i założyli własne koło.

Tak zwane małe piwo.

No właśnie, bo wtedy dziennikarze zaczęli sobie z nas dworować, mówiąc, że powstało małe piwo i duże piwo.

Mnie najbardziej bawił fakt, że 20-latek Ibisz został przedstawicielem Partii Emerytów.

To było troszeczkę później, kiedy założyli partię. On na dodatek śmiesznie się tłumaczył, gdy dziennikarze pytali go, dlaczego akurat partia emerytów. Mówił, że jego babcia jest emerytką i w związku z tym zna problemy starszych ludzi. To wywołało salwy śmiechu.

O klubie Polskiej Partii Przyjaciół Piwa krążyły legendy, że był to niezwykle zabawowy klub. Sami faceci. Alkohol lał się strumieniami, na imprezy zapraszaliście panie lekkiego autoramentu.

To prawda, był alkohol i były panie. Ale w tamtym czasie alkohol w restauracji sejmowej to była normalna rzecz. Pili wszyscy i nikt nie robił z tego problemu. Publicznie o tym nie dyskutowano. A klub PPPP był o tyle bardziej rozrywkowy niż inne, że większość jego członków to byli młodzi ludzie nieskażeni polityką. Ich zachowania były adekwatne do wieku, a także do stanu zamożności, a w większości byli to biznesmeni ustawieni finansowo. Co do pań – to nie musieliśmy ich zatrudniać. Same pojawiały się w Sejmie, z legitymacjami dziennikarskimi. Przecież to właśnie wtedy polowała na posłów Anastazja Potocka vel Marzena Domaros, która swoje przygody opisała w książce „Erotyczne immunitety". Dla mnie ona nie była specjalnie efektowna, ale rzucała się w oczy i na wielu posłach robiła wrażenie. Znam trzy przypadki rozwodów z powodu rewelacji, które opisała.

A dlaczego tacy weseli faceci, którzy poszli do Sejmu dla zgrywów, zdecydowali się wejść do rządu?

Wie pani, następnego dnia po wyborach przestaliśmy być zgrywusami. Już nikt nie dyskutował, że to miał być żart, tylko każdy mówił, że teraz trzeba zachowywać się poważnie. Tym bardziej że gdy tylko zaczęliśmy pracę w Sejmie, to wszystkie media zagraniczne chciały rozmawiać głównie z nami, bo byliśmy czymś zupełnie nieznanym na scenie politycznej. Poza tym mieliśmy spory klub, a więc byliśmy pożądanym partnerem do koalicji.

To jeszcze nie powód, żeby wchodzić do rządu.

No, ale skoro na poważnie zaczęliśmy uprawiać politykę, to wejście do rządu było normalną sprawą. Zgodziliśmy się, że to zrobimy, ale musimy dostać jedno stanowisko ministerialne. Byliśmy małą przystawką i wiedzieliśmy, że wiele żądać nie możemy, a więc zachowywaliśmy się racjonalnie. Po negocjacjach z premier Hanną Suchocką zapadła decyzja, że dostaniemy tylko ministra bez teki. To była jaja, bo na kit nam taki minister? Do rządu oddelegowaliśmy Zbyszka Eysmonta, który miał biurko, sekretarkę, samochód i nic poza tym. Ale był ministrem. Zawsze mogliśmy powiedzieć naszym wyborcom i tym browarnikom, że jeżeli coś chcemy załatwić, to mamy ministra, który może o to zabiegać. Bo taka partia, która popiera rząd, a nie ma w nim swojego przedstawiciela jest tylko przystawką do głosowania.

W Sejmie I kadencji doszło do lustracji polityków.

Pamiętam to doskonale, bo byłem jedynym posłem, który widział wszystkie teczki ludzi z listy Antoniego Macierewicza. Nasz klub w większości głosował za uchwałą, w myśl zasady: kto nie wspiera, jest podejrzany. Ja nie, bo akurat byłem w Bielsku.

Tymczasem kilku waszych posłów znalazło się na liście Macierewicza.

To prawda. Ja, jako milicjant, nie miałem się czego bać.

SB nie werbowała milicjantów?

Milicjanci mieli obowiązek współpracować z SB, udzielać informacji, ale nikt nie zakładał im teczek. Za to jako milicjant z wydziału kryminalnego znałem doskonale technikę werbowania współpracowników, bo sam werbowałem współpracowników. Gdy doszło do debaty nad lustracją, wystąpiłem z mównicy sejmowej i powiedziałem, że można nazwać agentem tylko tego człowieka, który wyraził zgodę na współpracę i składał donosy. Że często rejestrowano ludzi, którzy TW w rzeczywistości nie byli, tylko podpisali zgodę na zachowanie rozmowy z SB w tajemnicy.

W jakim celu miano by to robić? Historycy twierdzą, że jeżeli się to zdarzało, to niezmiernie rzadko.

Nieprawda. Chodziło o liczbę współpracowników. Czesław Kiszczak w pewnym momencie zaczął narzucać SB liczbę agentów. Dlatego w moim wystąpieniu mówiłem, jakiego rodzaju były dokumenty, wymieniałem nazwy tych dokumentów i mówiłem, co oznaczały. Nagle Macierewicz krzyknął do mnie: „Panie pośle, pan jest w służbie!".

Co to miało znaczyć?

Zagroził mi, że ujawniam tajemnicę służbową. A ja po tym wystąpieniu dostałem owację na stojąco od KLD, UD, SLD. Kilkadziesiąt minut później została powołana pierwsza w Sejmie komisja śledcza, choć tak się nie nazywała. Ale miała prawo przesłuchiwać, wzywać świadków itd. Szefem tej komisji został Jerzy Ciemniewski, mnie wybrano na wiceprzewodniczącego, bo uznano, że znam się na rzeczy.

Co badała wasza komisja?

Czy uchwała Sejmu została prawidłowo wykonana.

To chyba nie mieliście zbyt wiele pracy? Wykonanie było zgodne z duchem uchwały.

Myśmy udowodnili, że uchwała nie została prawidłowo wykonana. Wszystko, co robi Sejm, jest polityczne. Powołanie komisji było polityczne i napisanie raportu też. Właśnie wtedy czytałem wszystkie teczki osób z listy Macierewicza, żeby ocenić, czy zostały na niej umieszczone zasadnie.

Dlaczego akurat pan?

Inni członkowie kierownictwa komisji nie chcieli zaglądać do teczek. A poza tym tylko ja mogłem ocenić, czy ktoś z listy był naprawdę agentem, czy nie, bo znałem techniki werbunku.

I co pan ustalił?

Na przykład to, że Grażyna Staniszewska, posłanka Unii Demokratycznej z tego samego okręgu co ja, nigdy w życiu niczego nie podpisała, a więc nie można jej zarzucić współpracy z SB. To była kobieta, która nie dała się złamać. Oglądałem też materiały dotyczące Lecha Wałęsy, których było tak dużo, że całe biurko było zawalone dokumentami. Oczywiście była tam też ta kluczowa teczka, z której później zniknęły dokumenty. Ale gdy ja ją przeglądałem, było w niej wszystko co trzeba, i powiem jedno – jeżeli PRL miała takich agentów, to nic dziwnego, że upadła. Miałem też ciekawe zdarzenie – przyszedł do mnie wicemarszałek Sejmu z KPN Piotr Wójcik, który bardzo chciał, żebym przejrzał teczkę Moczulskiego i ocenił, czy jego lider współpracował z SB. Nie mogłem tego stwierdzić na 100 proc., ale Wójcik bardzo nalegał, żebym przyznał, że materiały zostały sfałszowane.

Chodziło o taki swoisty certyfikat moralności?

Tak. W tych teczkach było sporo brudów, które przerażały posłów, dlatego chcieli opinii od niezależnego fachowca, że teczki były fałszowane. Część materiałów niestety bezdyskusyjnie świadczyła o współpracy niektórych polityków z SB, tylko niepotrzebnie wrzucono wszystkich do jednego kotła. Nawet takich, którzy byli kontaktami operacyjnymi, a o tym nie wiedzieli, bo np. ich adres był wykorzystany do korespondencji. Takiego wstrząsu jak podczas lustracji parlament nigdy nie doznał. Nawet wówczas, gdy Józefowi Oleksemu zarzucono szpiegostwo. Takiego przerażenia nie widziałem nigdy później.

Po tej kadencji związał się pan z SLD. Czy dlatego, że należał pan do PZPR?

Nie. W PZPR byłem szeregowym członkiem, niezbyt przywiązanym do tej partii. Głównie chodziło o to, że w SLD byli najbardziej profesjonalni politycy. Dlatego, gdy jeden z posłów pod koniec kadencji zaproponował mi przejście do Sojuszu, to się zgodziłem. Dostałem pierwsze miejsce na liście, tym razem w Suwałkach. Ale wtedy to już były pieniądze, plakaty i prawdziwa kampania. SLD wtedy zdobył władzę. Gdy Leszek Miller został szefem MSWiA, zaproponował mi stanowisko komendanta głównego policji. Podziękowałem i odmówiłem. Miller spojrzał na mnie zdumiony i powiedział: będziesz tego żałował.

Dlaczego pan nie chciał tego stanowiska?

Tego nie mogę powiedzieć. Ale faktycznie potem żałowałem i po latach powiedziałem to Leszkowi Millerowi.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że najważniejszym etapem w pana życiu była praca z Aleksandrem Kwaśniewskim. A zaczęło się od tego, że został pan był szefem ochrony Kwaśniewskiego w kampanii wyborczej w 1995 r.

Kwaśniewski był nieustająco atakowany przez Ligę Republikańską Mariusza Kamińskiego. Stale próbowano go czymś obrzucać. Ci, którzy dzisiaj startują w kampanii prezydenckiej, nie zdają sobie sprawy z tego, co wtedy się działo. To, że leciały jajka i pomidory, to była normalna rzecz. Po rozmowie z Danką Waniek, szefową kampanii, i innymi osobami ze sztabu wyborczego doszliśmy do wniosku, że Kwaśniewskiemu potrzebna jest ochrona. Tym bardziej że wewnątrz naszej ekipy byli ludzie, którzy chcieli nas wepchnąć na minę. Pewien człowiek namawiał nas na przykład do złożenia kwiatów pod pomnikiem Górników w Katowicach. A tam miało dojść do użycia siły fizycznej wobec nas wszystkich. Jechaliśmy już autobusem KWAK do tych Katowic i dostałem sygnał, że ta propozycja ma drugie dno. Zatrzymałem autobus i wysłałem ludzi, żeby sprawdzili, jak sytuacja wygląda na miejscu. Za chwilę dostałem informację, że były tam dziesiątki ludzi uzbrojonych w styliska, czyli takie trzonki od kilofów, poukrywanych w różnych miejscach. To była po prostu zasadzka. Poza tym według naszych informacji na Kwaśniewskiego był planowany zamach.

Jaki zamach?

Nic więcej nie powiem, ale zdobyliśmy taką informację od kogoś, kto podsłuchał rozmowę prowadzoną przez ludzi, którzy mieli przy sobie broń. W kampanii nikomu o tym nie powiedziałem. Gdybym to ujawnił, to prasa zabiłaby mnie śmiechem. Nie mogłem przedstawić na dowód, żadnych dokumentów. Z kolei opinia publiczna mogłaby uznać, że bierzemy wyborców na litość. A więc siedziałem cicho. Po raz pierwszy powiedziałem o tym publicznie przed rokiem. Wtedy zadzwoniła do mnie Danka Waniek z pytaniem, dlaczego ona o niczym nie wiedziała.

Dobre pytanie. Dlaczego nie powiedział pan o tym nikomu po wyborach? Choćby Kwaśniewskiemu. Był pan przecież jego osobistym sekretarzem.

Nie chciałem, żeby mówiono, że robię z siebie bohatera. Wszystko było już rozegrane i nie warto było do tego wracać. A jeżeli chodzi o tego sekretarza, to faktycznie przez kilka miesięcy pełniłem taką funkcję, a później zostałem doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa. Pracy u Kwaśniewskiego poświęciłem dwa lata życia i był to bardzo intensywny czas. Przez te dwa lata prawie zapomniałem, jak wyglądała moja żona i syn.

Rozumiem, kampania. Ale później chyba nie było tyle pracy?

Ale Aleksander Kwaśniewski nie ufał BOR-owi. Zresztą nie było to zbyt profesjonalne towarzystwo. Jechaliśmy kiedyś z Kwaśniewskim do Lublina. Pytam borowców, czy wszystko jest przygotowane i sprawdzone. Oczywiście, wszystko jest na tip-top. A po 50 km musimy jechać na stację benzynową, bo zabrakło płynu w spryskiwaczu. Krew mnie zalewała w takich sytuacjach. Gdy ja odpowiadałem za ochronę Kwaśniewskiego, to choć rzucano w niego jajami i pomidorami, to nawet butów nie miał pobrudzonych. Uważałem, że uderzenie jajkiem w kandydata na prezydenta i sfotografowanie go w takiej sytuacji to jest jego koniec.

W Paryżu skutecznie obrzucono parę prezydencką jajami. Konkretnie trafiono Jolantę Kwaśniewską.

Ale mnie już wtedy nie było. To dlatego wyleciał z roboty szef Biura Ochrony Rządu i pozostałe towarzystwo. To ja zamówiłem specjalnie wzmocnione parasole, żeby osłaniać kandydata prezydenta, a potem inni się na nas wzorowali.

Pamięta pan historię z wykształceniem Kwaśniewskiego? Wyście zniknęli po kampanii, a tu się okazało, że kandydat skłamał, że ma wyższe wykształcenie. Nie miał kto się odnieść do zarzutów.

Pojechaliśmy odpocząć na Wyspy Kanaryjskie, chociaż media twierdziły, że jesteśmy w Izraelu. Ta dyskusja o wykształceniu zburzyła spokój sukcesu Kwaśniewskiego. Politycy mają piekielny przerost ambicji i z tego powodu zdarza im się kłamać. W tej sprawie Kwaśniewski po prostu skłamał.

A w sprawie choroby filipińskiej?

Kiedyś powiedziałem i nadal to podtrzymuję, że złym duchem Aleksandra Kwaśniewskiego był biskup Sławoj Leszek Głódź. Pierwsze starcie, jakie miałem w sprawie alkoholu, to właśnie z Głódziem. Lecieliśmy chyba do Krakowa, w saloniku VIP siedział Kwaśniewski, za chwilę przyszedł biskup i mówi do ochroniarza: „No to polewaj". A jest 6 rano. Ja na to do ochroniarza: „Ani się, k..., waż". Na co biskup: „To pan tu rządzi?". „Ja" – odpowiedziałem i dorzuciłem grube słowo. Ksiądz biskup mógł wypić kubeł alkoholu i nie było tego po nim widać. Robił się tylko bardziej czerwony. Ale Kwaśniewskiego zwalało z nóg kilka kieliszków mocniejszego alkoholu. Dlatego przez całą kampanię nie było żadnego alkoholu, ale po kampanii, gdy zaczęły się polityka, spotkania, nasiadówki – wtedy już pito.

Dlaczego w 1997 r. odszedł pan od Kwaśniewskiego i poszedł do Sejmu?

To było związane z nową konstytucją – można było pracować albo u prezydenta, albo w Sejmie. Uznałem, że już dużo poświęciłem dla Kwaśniewskiego, i postanowiłem przejść do Sejmu. Przyjął to ze spokojem. Zjedliśmy pożegnalną kolację i tak się rozstaliśmy. Nasze drogi tak całkiem się nie rozeszły, bo przecież się spotykaliśmy. Ale nie był taki bezpośredni jak Miller, którego szanuję i lubię. Ogromnie lubiłem też Zbyszka Sobotkę, który został potwornie skrzywdzony.

Mówi pan o słynnej aferze Starachowickiej, czyli przecieku do tamtejszego SLD o szykowanej akcji policji przeciwko starachowickim samorządowcom. Nie wierzy pan w winę Sobotki?

Są dowody jego niewinności.

Przecież sąd go skazał.

Źródłem informacji dla Sobotki miał być generał policji Antoni Kowalczyk. Sobotka został skazany, a Kowalczyk uniewinniony.

Z tego powodu, że był zależny służbowo od Sobotki, a więc udzielenie tej informacji nie było przeciekiem.

Dobrze wiem, kiedy, w którym pokoju domu poselskiego, na jakiej imprezie doszło do przecieku i kto był jego źródłem. Tylko nie mam na to dowodów. Nie był to Sobotka – człowiek do bólu pryncypialny.

To dlaczego wziął to na siebie?

No właśnie, wziął to na siebie. Dlatego Kwaśniewski nie miał żadnych wątpliwości, żeby go ułaskawić.

— rozmawiała Eliza Olczyk, dziennikarka tygodnika „Wprost"

Jerzy Dziewulski

Były milicjant, dowódca jednostki antyterrorystycznej na lotnisku Okęcie. Po raz pierwszy do Sejmu dostał się w 1991 r. z listy Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. W kolejnych kadencjach był posłem SLD. W czasie kampanii prezydenckiej w 1995 r. został szefem ochrony Aleksandra Kwaśniewskiego, a potem jego osobistym sekretarzem i doradcą ds. bezpieczeństwa.

Plus Minus