Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zrobić porządek w tym podłym mieście

Wacław Holewiński 16-04-2018, ostatnia aktualizacja 16-04-2018 10:00

Dwa, trzy wybuchy każdego dnia.

W 1905 r. Warszawa nie była bezpiecznym miastem. Na zdjęciu Cukiernia Trojanowskiego przy ul. Miodowej 4 po wybuchu bomby.
autor: Stanisław Pęcherski
źródło: nac
W 1905 r. Warszawa nie była bezpiecznym miastem. Na zdjęciu Cukiernia Trojanowskiego przy ul. Miodowej 4 po wybuchu bomby.
źródło: Rzeczpospolita

Taka znajomość pewnie każdego by zdumiała, ona nie miała prawa się zdarzyć. Ta Polka była dobrze, bardzo dobrze ubrana. Miała świetny gust. Nastasja Filipowna była od niej młodsza pewnie o kilkanaście lat, ale chciałaby mieć taką figurę jak tamta, takie piersi i żeby ją było stać na takie zakupy. Nie była biedna, Konstantin Andriejewicz nie zarabiał mało. Brał zresztą, jak wszyscy, łapówki. Większe od pensji. Wiedziała o tym. Nie skąpił jej pieniędzy, a i papa czasami przysyłał sporą sumkę, jak mawiał, dla zakonnicy na rubieżach. Ale tamta potrafiła wydać w sklepie Bogusławskiego fortunę.

Subiekt podał najnowszy katalog „Mód paryskich". Zaczęła czytać, na szczęście w Warszawie, jak w całym cesarstwie, każdą wersję można było czytać i po rosyjsku. Bo jej polski wciąż nie był doskonały. „Mody spacerowe. Toaleta zielona. Suknia wełniana, koloru zielonego, jakby spłowiałego. Spódnica ozdobiona szlakiem z białego sukna wycinanym w zęby i naszytym cieniutkim galonikiem. Szlak tworzy jakby fartuszek zaokrąglony. Stanik tworzy bluzkę, plecy bez szwu, przyciśnięte dragonem, przód zmarszczony w ten sam sposób co plecy. Szlak na staniku odznacza kształt żuawki...".

Zobaczyła, że tamta bezceremonialnie zagląda jej przez ramię. Potem wyjęła z jej rąk żurnal i pokazała na suknię wiszącą z lewej strony, tuż przed wejściem do dużej sali.

– To pani rozmiar, niech pani przymierzy – mówiła dobrze po rosyjsku, choć każda Rosjanka bez problemu musiała zauważyć, że to nie był jej pierwszy język.

Najdziwniejsze było to, że posłuchała bez słowa sprzeciwu. Poszła z nią do przebieralni. Zobaczyła w lustrze swoje odbicie. Nieładna twarz, za to suknia była bardzo elegancka. Zresztą w tym sklepie niewiele było rzeczy, które nie miały tego paryskiego sznytu. Nawet jeśli nie były sprowadzane z Paryża, szyto je tutaj na tamtejszy wzór i podobieństwo.

Wzrokiem zapytała Polkę o ocenę. Najwyraźniej nie była zachwycona. Wyszła za kotarę, słyszała jak krzyknęła na subiekta. Ale zamiast niego zjawił się sam właściciel, Bogusławski. Niski, krępy mężczyzna w eleganckim trzyczęściowym beżowym garniturze, według najnowszej mody z nogawkami zakończonymi mankietami, dzięki którym ich linia nie ulegała zaburzeniu. Na stopach lśniły brązowe buty.

Widziała go zza zasłony. Podobał jej się mimo podłego wzrostu. Był tak różny od Jurina. Nie przepadała za Polakami, wolała towarzystwo rodaków, ale ten był inny. Nie było w nim tak typowej tu uniżoności, płaszczenia się, zabiegania za wszelką cenę o klienta. Owszem, był uprzejmy, ale jednocześnie znał i swoją i swojego sklepu wartość.

– Madam Szlimakowska?

Nie powiedział nic więcej. Zadał pytanie samą intonacją, melodią, jakąś barwą. To było coś, co w Nastasji Filipownej poruszało każdy nerw. Elegancja, którą pamiętała z domu, a której brakowało jej w towarzystwie męża.

– Inny kolor, inny odcień, z szarfą. Widziałam takie u was przed rokiem.

Przez chwilę dyskutowali o wyglądzie sukni. Wszystko działo się poza nią, jakby była dzieckiem, któremu rodzice kupują marynarskie ubranko na święta. Nie czuła się tym ani dotknięta, ani poniżona. Wręcz odwrotnie.

Ta druga suknia na pierwszy rzut oka nie była wcale lepsza od tej pierwszej. Ale dopiero gdy miała ją na sobie, dostrzegła różnicę. Eksponowała to, co było w niej najładniejsze, a jednocześnie skrywała niedoskonałości.

Była droga, ale od wczesnej młodości wiedziała, że za szyk i elegancję się płaci. Więc zapłaciła. Podziękowała nowej znajomej. Choć wtedy nie powiedziała ani kim jest, ani czyją jest żoną. Czuła, że nie nastawiłoby to do niej przychylnie Szlimakowskiej.

Spotkanie w Jerozolimskich

Nastasja Filipowna Jurina nie lubiła Warszawy. Nie czuła się z nią w żaden sposób związana. A na dodatek coraz częściej odczuwała strach. Bała się tych ludzi, którzy strzelali do niewinnych, bała się o Konstantina Andriejewicza, bała się kozaków. Jedyne miejsce, w którym czuła się dobrze, to cerkiew Marii Magdaleny. Lubiła jej złocone kopuły, lubiła zewnętrzną polichromię, ikonostas, rozświetlone wnętrza, zapach kadzideł. Co kilka dni modliła się przed Wieczerzą Pańską pędzla akademika Wasiliewa i tylko przed tym świętym obrazem odnajdywała spokój, ukojenie. Stawiała świeczkę przed ikoną i długo wpatrywała się w twarz Jezusa. Dostrzegała w nim cierpienie, ale i nadzieję. Także dla siebie, dla swojej duszy.

To ukojenie czasami prowadziło do dziwnych myśli, do rozpaczy za utraconą ciążą. Zdarzało jej się wyjść z cerkwi i iść Petersburską, ku rogatkom, aż do Ratusznej. Budziła się z tego snu głęboko zaniepokojona i musiała pytać obcych, jak trafić do własnego domu. Zwykle brała dorożkę, płaciła więcej niż powinna, ale była szczęśliwa, że odnalazła ulice, po których poruszała się bez trudu.

Dawno zrozumiała, że nie kocha swojego męża. Ale sama zdecydowała o ślubie, papa nie naciskał, nie zrobił niczego, aby ją do niego przymusić. Więc była wierna, nigdy nie pozwoliła sobie – co przy jej kostycznym usposobieniu nikomu nie wydawało się dziwne – na najdrobniejszy nawet gest, który inny mężczyzna mógłby odczytać jako zachętę. Wiedziała, że Konstantin Andriejewicz ogląda się na inne kobiety, że czasami robi coś więcej. Była z tym pogodzona. Z tym, że pił ponad miarę także. Jedyne, czego nie znosiła, to jego rąk. Były grube, rzadko kiedy prostował palce, jakby zaciskał je na jakiejś rurze. Kiedy czuła ich dotyk na piersiach, kiedy opuszczał je niżej, do krocza, zaczynała się modlić. Wchodził w nią brutalnie, mocno. Wszystko ją potem bolało, często krwawiła. Nie było w tym nawet odrobiny czułości, a kiedy skończył po chwili, co i dobrze, bo przynajmniej nie czuła już jego kwaśnego oddechu, odwracał się do niej plecami i natychmiast zasypiał.

Marzyła o powrocie do Pitra. Do swoich przyjaciółek: Elizy Jakowlewnej i Tani Katadze, z którymi uczęszczała do jednej pensji. Zwłaszcza Gruzinka była jej bliska. To jej zwierzała się ze wszystkich tajemnic, to z nią snuła plany na swoje życie. Nic z nich nie wyszło, ale wciąż pisały do siebie długie, serdeczne listy.

Drugi raz spotkała Szlimakowską w Jerozolimskich, przed Gmachem Zarządu Komunikacji. Ktoś jej powiedział, może Marfa, służąca, którą przywiozła ze sobą z Rosji i która dzień po przybyciu do obcego miasta wiedziała o nim wszystko, że nazwa tej ulicy pochodzi od żydowskiej miejscowości o nazwie Jeruzalem, która kiedyś stała w jej zachodnim początku.

Spotkały się na skwerze, prawie wpadły na siebie. Zobaczyła, że tamta przez chwilę szuka w pamięci jej twarzy. Potem się uśmiechnęła i tak jakoś serdecznie ją objęła.

– No, tośmy na siebie wpadły, Nastasjo Filipowna – oznajmiła bezceremonialnie.

Skąd ona znała jej imię i otczestwo? Skąd? Przesiąkła policyjną podejrzliwością Konstantina Andriejewicza. Popatrzyła na tamtą uważnie, ale nie dostrzegła w jej twarzy niczego poza jakąś ironią.

Znów poddała się tej Polce, znów jej uległa. Poszły do kawiarni mieszczącej się w jednej z kamienic kupca Istomina. Zamówiły eklerki i tak popularną kawę. Odniosła wrażenie, że tamta wszędzie, gdzie się znajdzie, czuje się jak u siebie. Była zupełnym jej przeciwieństwem. Śmiała, odważna, dominująca. Zawsze chciała być taka i zawsze tchórzyła.

Zanim usiadły, kobieta podała jej swoje imię i nazwisko. Nic jej nie mówiło.

– Czym się pani zajmuje, Franciszko Józefowna? – zapytała.

Szlimakowska zmarszczyła czoło. Zrobiła pogardliwa minę. Nastasji Filipownie przyszło do głowy, że nie powinna była pytać.

– Ułatwiam ludziom życie. – Zawahała się, po czym dodała: – Interesy...

Nagle jakby uszło z niej powietrze. Zrobiła się ospała. Gdzieś odpłynęła jej energia.

Młoda dziewczyna postawiła przed nimi ciastka, odwróciła się i odeszła. Miała ładną figurę, do pozazdroszczenia. A jeszcze ładniejszą twarz.

– Pani wtedy czytała – tym razem Szlimakowska odezwała się do niej po polsku – „Mody paryskie", prawda?

Przytaknęła, a tamta wyjęła z tekturowego rulonu kolejny numer pisma. Przysunęła się do niej i zaczęła je kartkować, wyraźnie szukając jakiegoś artykułu.

– O, jest! – wykrzyknęła wyraźnie uradowana, na tyle jednak głośno, że mężczyzna siedzący przy sąsiednim stoliku odwrócił się do nich i spojrzał z dezaprobatą. – Proszę spojrzeć – wskazała jej interesujący fragment.

„Dlaczego Nowa Zelandja jest Eldoradem kobiet? Dlatego, że nie istnieją tam zawiści, mężowie nie słuchają kazań po birbancie, ponieważ ręka kobieca nie trzyma igły, tylko pióro, nie szczoteczkę do zmiatania kurzu, tylko berło".

Pomyślała, że ta kobieta może chcieć ją odciągnąć od Boga, od Świętej Cerkwi. Z drugiej strony tak bardzo chciała w niej znaleźć przyjazną duszę...

Ucieczka do twierdzy

Twierdza Zegrze, inaczej niż Warszawa, dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Tak, mogli sobie mówić, że jest tchórzem, że brakuje mu odwagi, aby raz na zawsze zrobić porządek w tym podłym mieście. Jak go zresztą zrobić? Dwa, trzy wybuchy każdego dnia. Zgnietli polskie powstanie czterdzieści lat temu, a dziś szykowało się nowe, znacznie gorsze. Wtedy ganiali garstkę straceńców po lasach, teraz dziesiątki złoczyńców, nie wiedzieć czemu, było gotowych rzucać bomby.

Był tu ledwie trzy miesiące i zdążył już przeżyć trzy zamachy na swoje życie. Pięćdziesiąt sześć lat to nie jest wiek na umieranie. Nie, stanowczo nie! Co innego regularna wojna, bitwa, tych stoczył sporo, ale tak ginąć za bezdurno? Na to nie był gotów.

– Naplewat' – rzucił sam do siebie.

Tak, słyszał plotki, że car podjął już decyzję, żeby go odwołać, że złe głosy syczały najjaśniejszemu panu do ucha, iż jest tchórzem. Co z tego? Niech gadają, ile chcą, straconego życia nikt mu nie wróci. A przysłany tydzień temu Skałon? Na razie nic się nie zmieniło w dowodzeniu Okręgiem Wojskowym. Gieorgij Antonowicz został ledwie jego zastępcą. Znali się od ćwierćwiecza, nigdy za sobą nie przepadali, ale przecież jakoś się dogadają. W końcu to on, Konstantin Kławdijewicz Maksymowicz, wciąż pozostawał warszawskim generał-gubernatorem.

Ordynans przyniósł mu do pokoju skromne śniadanie. Zwykle jadał je samotnie. Jajka na słoninie, odrobina polędwicy, chleb. Wszystko brał oddzielnie, kroił nożem na niewielkie porcje, długo żuł, by poczuć smak. Kończył zawsze kieliszkiem czystej wódki.

Skończył, rzucił serwetę na stół, wyszedł na zewnątrz. Majowe słońce mocno grzało. Kazał przyprowadzić konia. Chciał odbyć przejażdżkę, zanim przyjmie żandarma Margrafskiego. Był dobrym jeźdźcem. Więcej niż dobrym. Takim musiał być w konnym pułku przybocznym monarchy, a potem będąc adiutantem w carskim orszaku. Tam byli najlepsi z najlepszych.

Buran był pięknym, brudnokasztanowym, z białymi skarpetkami na tylnych nogach, o suchej budowie ciała ogierem achał-tekińskim, sprowadzonym specjalnie dla niego z Turkmenistanu. O wierzchowcach tej rasy krążyły wśród jeźdźców legendy, a ci, którzy mieli z nimi do czynienia, twierdzili, że to charty wśród koni. Generał dbał o niego bardziej niż o swoje kobiety. Kochał tego konia z wzajemnością. Nikomu innemu wierzchowiec nie pozwalał się dosiadać, wierzgał i stawał dęba, nawet doświadczony luzak nie potrafił go okiełznać. Kilku, którzy spróbowali, felczer musiał potem składać do kupy.

Koń miał już założony piękny munsztuk z posrebrzanymi czankami zakończonymi gustownie zdobionymi pierścieniami, który dostał kiedyś w prezencie od cesarza Aleksandra III w dowód uznania za kampanię turecką. Do tego piękne ogłowie z mocnej skóry, z krzyżującymi się na pysku konia plecionymi rzemieniami.

Ruszył w towarzystwie pięciu oficerów jego osobistej ochrony. Musiał powstrzymywać ogiera, inaczej w ciągu paru chwil wysforowałby się daleko przed inne konie. Kilka razy zresztą tak było. Patrzącemu na niego zdawało się, że Buran kłusując, płynie w powietrzu. Niósł lekko, nie dotykając prawie nogami ziemi, z wysoko uniesioną głową i szeroko rozwartymi nozdrzami.

Przejechali kilka kilometrów wzdłuż Narwi. Rzeka była spokojna, choć toczyła sporo wody. Rozlewała się szeroko, a wiatr powodował, że lekkie fale obijały brzegi. Wiosna buchała zielenią. Bujna, soczysta, tak mocna, że aż raziła w oczy. Przez chwilę galopowali wśród białych jak śnieg krzewów tawuły, potem wśród pylących na żółto niskich poskręcanych sosen. Lubił rośliny, które wraz z żoną pielęgnował w swoim wiejskim majątku.

Ręką wskazał pozostałym, aby podjechać do brodu. Konie zanurzyły pyski i przez chwilę piły łapczywie. Parskały radośnie. Zawrócili.

Generał Margrafskij czekał na niego w forcie najwyraźniej od dłuższego czasu. Andriej Nikołajewicz był wysokim, przystojnym mężczyzną. Twarz miał pokrytą ciemnym, starannie wypielęgnowanym zarostem. Jasnoniebieskie, głęboko osadzone oczy, stanowiły mocny kontrast dla opalonych policzków. Pomyślał, że taki kolor oczu mają tylko noworodki.

Urodzili się w tym samym roku, ale miał wrażenie, że tamten wygląda znacznie młodziej od niego. Skinął mu głową, ale nie podał ręki. Miał dziwną awersję do oficerów, którzy uchodzili za polonofilów, a ten miał taką opinię. Przyjaźnił się ponoć nawet z jakąś tutejszą pisarką. Dłuższą chwilę szukał w głowie jej nazwiska. Zapolskaja? Gabrijela? No tak, i snuł jakieś brednie, które publikował na łamach „Pietierburgskich Wiedomosti". Przypomniał sobie nawet tytuł: „Czy możliwe jest zbliżenie polsko-rosyjskie?". Na Boga, nie było możliwe, z terrorystami się nie rozmawia, do nich się strzela albo wysyła na szubienicę.

– Wybaczcie, generale, muszę się przebrać. Proszę za mną do gabinetu.

– Naturalnie, ekscelencjo – żandarm uśmiechnął się.

Nie było w tym uśmiechu żadnej pokory, próby przekonania Konstantego Kławdijewicza do własnej osoby. Nie było też żadnego lęku. Margrafskij był pewien siebie i to było widać w każdym jego ruchu.

Rozpiął i oddał ordynansowi pas z przytroczoną do niego kaburą. Od jakiegoś czasu ani na chwilę nie rozstawał się z pistoletem. Wymagał, aby jego mauser, niemiecki pistolet, który tak polubił, był zawsze naoliwiony, gotowy do strzału. Wolał go od przydziałowego nagana, z którym miewał czasami kłopoty.

Wskazał mu fotel, kazał siadać. Służący pomógł Margrafskiemu ściągnąć juchtowe buty. Przebierał się jeszcze, gdy zaczęli rozmawiać.

– Proszę mówić, co pan wie – zażądał.

– Kanalie obserwowały ekscelencję od dawna. Chcieli poznać wasze przyzwyczajenia i dokonać zamachu, gdy ekscelencja będzie jechać z Belwederu na niedzielne nabożeństwo.

– I nikt mi o tym nie doniósł? – nie mógł się nadziwić, że tak beztrosko potraktowano życie generał-gubernatora.

– Ekscelencjo, wszystko było pod kontrolą.

– Jego nazwisko?

– Dzierzbicki. Tadeusz Dzierzbicki, inżynier, socjalista. Chciał się mścić, kozacy zastrzelili jego brata.

Jak wykształcony człowiek mógł być socjalistą? Mordercą? Nie mieściło mu się to w głowie.

– Był sam?

– Nie, ekscelencjo. Drugiego mamy żywego – żandarm wyciągnął z kieszeni kurtki mundurowej jakąś kartkę, spojrzał na nią – Bronisław Żukowski.

– A ten Dzierzbicki?

– Rozerwał się na strzępy. Nie było co zbierać.

– A przy okazji dwóch naszych ludzi.

Znał przebieg wypadków, wiedział, że wybuch nastąpił w kawiarni i że zdemaskowanie terrorysty było dziełem przypadku, donosu jakiegoś księdza, który współpracował z ochraną, ale chciał to usłyszeć od tego, który był odpowiedzialny także za jego bezpieczeństwo.

– To prawda, ekscelencjo. Poranił też kilkanaście innych. Nie zdążyli wyrwać mu z ręki pudła z bombą. Takie są koszty, trzeba się z tym pogodzić.

– Pogodzić? Co macie, generale, na myśli?

Margrafskij wzruszył ramionami. W całej Rosji codziennie wybuchały bomby, polowano na gubernatorów, ministrów, cara, dlaczego tu, w Warszawie miało być inaczej?

– Nie da się nad wszystkim zapanować.

To nie była rezygnacja, raczej trzeźwa ocena sytuacji. Tak, mieli w Królestwie tysiące szpicli. I co z tego? O tym zamachu, że będzie i że to na generał-gubernatora polują, też wiedzieli wcześniej. Dzięki Bogu, mieli swoich ludzi w tym PPS-ie. A i tak o wszystkim decydował ślepy los. Tylko jak to wytłumaczyć temu tchórzowi? Będzie teraz siedział w twierdzy i udawał, że rządzi?

– To od czego tu jesteście? – Konstanty Kławdijewicz czuł, że jeszcze chwila i wybuchnie, zacznie wrzeszczeć. Starał się panować nad sobą, ale czasami nie dawał rady. Teraz też podniósł głos. – Chcę mieć, generale, w ciągu trzech dni raport.

To i tak było za długo. Minęły przecież trzy dni. Trzy dni! Na wojnie to cała epoka. A tu mieli przecież prawdziwą wojnę.

– Oczywiście, ekscelencjo.

– Ten Żukowski ma wisieć, zrozumieliście?

Andriej Nikołajewicz popatrzył uważnie na namiestnika. W jednej chwili pojął, że dla tamtego liczy się tylko własne życie, że z nikim nie chce rozmawiać, że nie obchodzą go ani ludzie, ani kraj, którym ma zarządzać, ani nawet władza.

– O tym zdecyduje sąd, ekscelencjo – rzucił twardo.

Konstantin Kławdijewicz Maksymowicz, który dawno skończył się przebierać i siedział teraz naprzeciwko żandarma, wyjął ze srebrnej papierośnicy papierosa. Nie poczęstował gościa. Włożył go do ust i niezapalonego trzymał przez dłuższą chwilę. Potem wyjął i odłożył na biurko.

– Ma wisieć – powtórzył. – Zrozumieliście?

Fragment książki Wacława Holewińskiego „Pogrom 1905", która ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Tytuł i śródtytuły od redakcji.

Plus Minus