Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zapomniane Pionki

Piotr Bożejewicz 22-04-2018, ostatnia aktualizacja 22-04-2018 00:00

Tak jak istotą powstania Gdyni były port i morze, tak sensem istnienia Pionek zawsze była fabryka prochu.

Osiedle robotnicze przy Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach.
źródło: nac
Osiedle robotnicze przy Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach.

Aby wyjaśnić powody powstania Pionek, trzeba zacząć od kwietnia 1922 r., gdy rząd II Rzeczypospolitej powołał CZWW, czyli Centralny Zarząd Wytwórni Wojskowych. Wbrew mylącej nazwie nie był to kolejny urząd, ale państwowe konsorcjum przemysłowe, którego celem była produkcja uzbrojenia. Początkowy stan posiadania firmy dobrze odzwierciedla stan gospodarki. Nie licząc wytwórni kuchni polowych, warsztatów taborów konnych i rymarni, nasz koncern zbrojeniowy dysponował tylko warszawską fabryką karabinów, produkującą mausery według przechwyconej w Gdańsku niemieckiej dokumentacji.

Jeżeli idzie o zaopatrzenie w proch i materiały wybuchowe, od 1921 r. ich znaczącym źródłem była podbydgoska przetwórnia w Łęgnowie, odzyskująca ładunki ze starej amunicji. Prawie całą resztę trzeba było importować, przeważnie z Francji, która na zakupy pożyczała Polsce pieniądze.

Okres względnej stabilności sytuacji międzynarodowej, zawdzięczany powojennemu chaosowi w Niemczech i odparciu bolszewików, dał Polsce chwilę oddechu, ale nie rokował, że potrwa wiecznie. Aby pokój spożytkować efektywnie, ciężar zdobycia niezależności zbrojeniowej wzięło na swoje barki państwo, tworząc CZWW. Niemile widziany przez liberałów etatyzm wymusiły okoliczności. Z pracujących dla wojska półtorej setki fabryczek i manufaktur żadna nie miała dość kapitału, żeby rozwinąć produkcję na masową skalę, nie mówiąc o zdolności do inwestowania w nowe technologie i badania. Własne patenty były niezbędne do zdobycia prawdziwej niezależności, ponieważ Francji, głównemu partnerowi zbrojeniowemu, zależało na utrzymaniu Polski w roli rynku zbytu.

Zresztą sektor prywatny sam dostarczał powodów do nieufności. Mimo udzielania rządowych kredytów i skupowania towarów po zawyżonej cenie Główny Urząd Zaopatrzenia Armii stale miał trudności z dostawcami. Bolesną nauczką była długoterminowa umowa z belgijskimi spółkami, które wziąwszy zaliczki, zaczęły dostarczać zamówiony proch dopiero po latach zwłoki, a i to w ilościach 15 razy mniejszych niż ustalone. Także zgierska firma Boruta spóźniła się dwa lata z wyprodukowaniem zakontraktowanego trotylu, a nie mniej barwne przygody miał GUZA ze spółką Nitrat.

Z powodu podobnych przejść priorytetem CZWW było stworzenie fabryki, której produkcja zaspokoi całe zapotrzebowanie kraju na proch i materiały wybuchowe. W istocie przygotowania do budowy ruszyły już w 1921 r., gdy korzystając z rozbrajania Austrii, sprowadzono spod Wiednia kilkaset wagonów przydatnych maszyn i instalacji. Wtedy jednak ambicje przegrały z dojmującym brakiem pieniędzy w budżecie. Dopiero od 1923 r. na inwestycję można było spożytkować część francuskiego kredytu.

Już półtorej dekady przed budową Centralnego Okręgu Przemysłowego fabrykę usadowiono w wymyślonej przez wojskowych „strefie bezpieczeństwa", czyli środkowo-południowej Polsce. Teoretycznie miało to uchronić inwestycję przed trafieniem w zasięg działań frontowych. Wprawdzie z powodu lotnictwa założenie straciło racjonalność, ale przysłużyło się industrializacji zapóźnionych gospodarczo regionów.

Zagożdżon koło Wygwizdowa

Plan ulokowania wytwórni prochu w Kozienicach spalił na panewce przez brak porozumienia z miejscowymi władzami, które wystraszyły się niebezpiecznej produkcji, a trochę przelicytowały w stawianiu warunków. W końcu palec planistów spoczął na południowym skraju Puszczy Kozienickiej, gdzieś pomiędzy Wygwizdowem a Pionkami, czyli w Zagożdżonie. Lokalizacja miała tę zaletę, że oprócz dyskrecji oferowała połączenie kolejowe z Radomiem. Budowę zaczęto od ogrodzenia całych kilometrów kwadratowych lasu drutem kolczastym rozpiętym na żelbetowych słupach. Ten element architektury, rozbudowany potem do karykaturalnych rozmiarów w czasach stalinowskich, na 70 lat stał się częścią miejscowego kolorytu i w dużej części określał ducha miejsca.

Otwarcie Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących w Zagożdżonie trzy lata później okrzyknięto wielkim sukcesem II Rzeczypospolitej, jednak Najwyższa Izba Kontroli znalazła w tej beczce miodu sporo dziegciu. Z raportu wynika, że przy inwestycji, której koszt w 1928 r. przekroczył 16 mln złotych, dopuszczono się co najmniej niegospodarności, choć nawet opozycyjna prasa w oskarżeniach wobec dyrektora budowy inż. Karola Kiliańskiego nie posunęła się poza aluzje. Niemniej ujawniono, że projekty wielu budynków sporządzono już po wylaniu fundamentów i postawieniu ścian. W praktyce wymuszało to nieracjonalną organizację linii produkcyjnych, ponieważ rozmieszczenie maszyn trzeba było dopasować do istniejących budowli. Brakowało też wielu kosztorysów, a na zbrojenia jednego z budynków wydano prawie 100 tys. zł więcej niż potrzeba. Czyniono też zarzuty z postawienia w fabryce nadmiernej liczby kotłowni, lecz wtedy fabryki zbrojeniowe z zasady budowano na wyrost, aby w czasie wojny mogły zwiększyć produkcję. W końcu po kilku sążnistych artykułach skandal rozpłynął się bez echa.

Pierwszym i jedynym przedwojennym dyrektorem wytwórni w 1927 r. został inż. Jan Prot. Choć miał tylko 36 lat, życiorysem z czasów, gdy jeszcze nosił rodowe nazwisko Berlinerblau, obdzieliłby kilka osób. Jako czternastolatek strajkował w sprawie nauczania po polsku, potem pracował w fabryce Ursus, spiskował w Organizacji Bojowej PPS i przez rok służył ochotniczo w rosyjskiej armii, gdzie w szkole podoficerskiej uczył się dowodzić karabinami maszynowymi. Zdążył przy tym studiować w Austrii, Lwowie i Monachium, a podczas wojny wykorzystał wojskowe doświadczenie w Związkach Strzeleckich i Legionach, na chwilę zostając nawet adiutantem Piłsudskiego. Już po wojnie ochrzcił się i uzyskał zgodę marszałka na przyjęcie nazwiska Prot, którego używał jako pseudonimu w Legionach. Gdy ostatecznie opuszczał wojsko w stopniu majora, w kolekcji odznaczeń miał Krzyż Virtuti Militari i dwa Krzyże Walecznych.

Wytwórnia nowoczesności

Jednak Prot stanowiska nie zawdzięczał zasługom wojennym, ale wiedzy chemicznej. Po zdobyciu dyplomu inżyniera na Politechnice Lwowskiej był asystentem u prof. Ignacego Mościckiego na studiach doktoranckich. Razem z przyszłym prezydentem dokonali niemożliwego, w trzy tygodnie uruchamiając Zakłady Azotowe w Chorzowie, które po zniszczeniu instalacji przez Niemców zdawały się bezpowrotnie stracone. Prot kierował też produkcją w fabryce materiałów wybuchowych w Krywałdzie, kończąc przy tym pracę doktorską z chemii.

Naukowy szlif Jana Prota miał niewątpliwy wpływ na standardy technologiczne i rozwój nowych produktów w wytwórni. Fabryka miała własne Centralne Laboratorium Badawcze, uważane za jedne z najlepiej wyposażonych w Polsce, rozszerzone o przyzakładowy poligon do prowadzenia prób balistycznych. To zapewne skłoniło ppłk. Tadeusza Felsztyna, by właśnie Pionkom zlecić stworzenie amunicji do słynnego karabinu przeciwpancernego wz. 35 Ur i tam też prowadzić testy nowej broni. Samodzielne opracowanie naboju dla Ura było jednym z największych osiągnięć w historii wytwórni.

Inne znaczące innowacje bywały wymuszane okolicznościami. Tak było z wynalezieniem zamiennika dla trotylu, który był podstawowym materiałem saperskim. Gdy jednak zapotrzebowanie na trotyl wzrosło kilkukrotnie, wyszło na jaw, że do jego produkcji brakuje komponentów. Pionkowski inżynier Stanisław Dunin-Markiewicz wymyślił więc dunit, czyli coś pośredniego między dynamitem a trotylem. Niestety, materiał wszedł do produkcji dopiero rok przed wojną.

Nie mniej ważna niż laboratoria była kadra, którą tworzono wręcz z niczego, bo doświadczonych specjalistów prawie nie było. Dlatego dyrektor Prot oparł się na rzeszy współpracowników, których wynalazł wśród pracowników lub absolwentów Politechniki Lwowskiej, co z lekkim przekąsem nazwano „lwowskim desantem". Wytwórnia wysyłała też młodszych inżynierów na praktyki w zagranicznych przedsiębiorstwach, gdzie zdobywali doświadczenie u najlepszych.

Jednak w kwestiach technologii Zagożdżon nie zdał się tylko na własne siły. Naprawdę zaawansowane prace badawcze fabryka zlecała polskim uczelniom, sowicie za nie płacąc z własnych funduszy, więc współpracowano z wytwórnią chętnie i dla wspólnej korzyści. Dzięki takiemu finansowaniu na Politechnice Warszawskiej istniała cała katedra badająca tylko materiały wybuchowe. Także stworzony we Lwowie, a potem przeniesiony do Warszawy Instytut Chemii Przemysłowej, którego pierwszym dyrektorem był Ignacy Mościcki, pracował prawie wyłącznie dla przemysłu wojskowego. Część tortu zleconych badań trafiała też do mniejszych ośrodków, takich jak Uniwersytet Poznański czy Szkoła Techniczna w Radomiu. Wysiłek był kosztowny, ale gdy wytwórnia obrosła w patenty, mogła oprzeć produkcję na własnych technologiach i zrezygnować z licencji, zaś korzyści dla nauki trudno było przecenić.

Megafabryka

Inwestycje nie skończyły się na otwarciu produkcji i do wybuchu wojny na rozwój fabryki wydano jeszcze 44 mln zł. W rezultacie powstała bodaj największa taka wytwórnia w Europie, która w pełni zaspokajała krajowe potrzeby. Produkowano tam niemal wszystko, co wybucha i płonie – od alkoholu, prochów rewolwerowych i myśliwskich po ładunki miotające dla artylerii, bawełnę strzelniczą i nitrocelulozę oraz środki kruszące dla saperów i górnictwa, a więc nitroglicerynę, trotyl i dynamit. Fabryka wyrabiała też termity do bomb zapalających, a nawet celuloid. Ciszej mówi się, że w asortymencie był też gaz musztardowy, choć oficjalnie wyrabiany tylko do szkoleń chemicznych wojska. Z czasem zakład uniezależniał się także od dostawców, szczególnie zagranicznych. Pionki obrosły wianuszkiem siedmiu zakładów filialnych, z których część same wybudowały. Wśród nich była wytwórnia w Jaśle i fabryka celulozy w Niedomicach, a kryzys pozwolił przejąć po bankructwie fabrykę kwasu siarkowego w Kielcach.

Wyroby wytwórni były dobre i stosunkowo tanie, stąd szybko znalazły odbiorców za granicą, głównie w Rumunii i Jugosławii, choć kupowano je także na zachodzie Europy. Zapewne przez to w 1932 r. firmę przemianowano na Państwową Wytwórnię Prochu Pionki, aby nie torturować cudzoziemców piekielnym Zagożdżonem. Eksportowe szaleństwo nie dotknęło jednak Pionek w takim stopniu jak inne firmy zbrojeniowe po ich komercjalizacji i likwidacji CZWW. Wobec malejących zamówień z wojska przedsiębiorstwa zmuszone do zarabiania bez rządowych subwencji zaczęły nawet 70 proc. produkcji przeznaczać na zagraniczne rynki, podczas gdy w Pionkach eksport nigdy nie przekraczał 25 proc. wartości sprzedaży. Niemniej wytwórnia zdobyła w Europie wystarczającą renomę, by wygrać międzynarodowy przetarg na budowę podobnej fabryki w Jugosławii.

Firmie nie udało się jednak uniknąć także spektakularnych wpadek. Największą katastrofą była budowa fabryki celulozy, którą chciano zastąpić bawełnę. Gdy zakład w Niedomicach, kosztujący państwo – bagatela – 11 mln zł, był gotowy do produkcji, okazało się, że Pionki kupiły już ogromne ilości amerykańskiej bawełny, więc z produkcją celulozy nie było co począć. Poza tym proch do będącej w fazie testów armaty 155 mm wyszedł tak miernie, że trzeba go było sprowadzić z Francji, a ładunków do czeskich moździerzy 220 mm i jeszcze większych haubic zamówionych w Szwecji nie udało się opracować aż do wybuchu wojny. Nie popisał się też pilnujący bezpieczeństwa firmy kontrwywiad wojskowej „Dwójki", bo Abwehra infiltrowała fabrykę w Pionkach przynajmniej od 1937 r., mając dostęp do najtajniejszych dokumentów.

Wytwórnia już w trakcie budowy potrzebowała tysięcy pracowników, więc równolegle z fabryką rosło osiedle. Ponieważ nie było tu wiele więcej niż tory kolejowe, Zagożdżon dał planistom szansę stworzenia osady od podstaw, co przyszło tym łatwiej, że inwestorem także była fabryka. Dlatego przyszłe Pionki miały od razu miejski charakter, w czym mieści się więcej niż tylko układ urbanistyczny. Infrastruktura wytwórni wyposażyła wszak Zagożdżon w prąd z zakładowej elektrowni, bieżącą wodę w kranach i kanalizację z oczyszczalnią ścieków, które to wynalazki nie były jeszcze powszechne, zwłaszcza w domach robotników na głębokiej prowincji.

Aby industrialność osiedla nie była nachalna, las pod budowę wycięto oszczędnie, tylko w miejscach przeznaczonych na budynki. Nadto władze wytwórni obsesyjnie obsadzały ulice ogromną ilością drzew ozdobnych, hodowanych we własnej szkółce lub sprowadzanych z zagranicy. Nic dziwnego, że przedwojenne Pionki opisywano jako miasto park lub ogród, zatopione w zieleni, z całymi kwartałami drzew rosnących między zabudową.

Duży wpływ na charakter miejsca wywarł główny architekt osady inż. Eugeniusz Czyż. Jego brak serca do modernizmu sprawił, że nawet wielorodzinne bloki miały klasycystyczny sznyt, a budynki publiczne Pionek były trochę barokowe, swojskie i dworkowe. Raz tylko złamał schemat, budując nowoczesne w formie Kasyno Urzędnicze.

Między główną bramą zakładów a dzielnicą apartamentów kadry technicznej i pałacyków dyrekcji rozrastały się osiedla robotników. Wszakże ich jednoizbowe, wolno stojące domki okazały się atrakcyjne także dla urzędników, kuszonych letniskowym klimatem stylowych ganków i przydomowych ogródków, w których wolno było hodować drób i króliki. W takim otoczeniu łatwo było zapomnieć, że sercem Zagożdżonu jest ukryta w lesie wielka fabryka.

Mieszkańcy wspominają przedwojenne Pionki jako wyjątkową enklawę wśród powszechnej biedy i gospodarczego zapóźnienia. Zachwycały parki i rabaty kwiatowe, staw zamieniony w kąpielisko z przystanią wodną, korty tenisowe i kryty basen kąpielowy, a nawet kino, w którym odbywały się dwa seanse dziennie. Wszystko to łącznie z domkami robotników utrzymywane było przez wytwórnię. Poza tym działały tu szkoła powszechna i przyzakładowa szkoła zawodowa, a nawet koedukacyjne gimnazjum, rzadkie w małych miejscowościach.

Spirytus, kościół i piłka

Do dziś nie przestaje zadziwiać przedwojenna aktywność publiczna w takich społecznościach jak Pionki, gdzie przeważali robotnicy. A jednak dobrowolnie zrzeszali się w co najmniej 36 różnych organizacjach społecznych, choć trudno ad hoc wymyślić aż tyle celów statutowych. Niektóre wspólnoty, jak spółdzielnia spożywców, miały cele ekonomiczne, choć nie brak innych zbiorowych przedsięwzięć. Najkosztowniejszym była budowa kościoła św. Barbary – kaplica w dawnym budynku przemysłowym nie mieściła już wiernych, a do świątyni trzeba było iść polnym duktem aż 7 km. Na przewodniczącego społecznego komitetu wybrano Jana Prota, a wkrótce dzięki samoopodatkowaniu pracownicy zebrali imponującą kwotę 216 tys. zł. Na koniec budowy dyrektorzy ufundowali dla kościoła dzwony, z których każdy dostał imię donatora.

Jakiś czas lokalne sukcesy odnosił też klub piłkarski Proch Pionki, który stał się czarnym koniem rozgrywek. Po rozgromieniu 4:1 RKS Radom o mało nie został mistrzem swojej klasy, lecz ostatecznie przegrał z żydowską drużyną Bar-Kochba i wypadł z rozgrywek. Niemniej Zagożdżon zyskał boisko piłkarskie z prawdziwego zdarzenia, które istnieje do dziś w tym samym miejscu, tuż obok kościoła.

Gdy Zagożdżon stał się Pionkami, miejscowość wydzielono jako samodzielną gminę, dysponującą municypalnym budżetem, choć jeszcze bez praw miejskich. Z czasem ściągnęło tu prawie 9 tys. osób, z czego połowę zatrudniała wytwórnia. Fabryka była największym pracodawcą w okolicy, a dobre zarobki i jakość życia przyciągały nawet cudzoziemców. Jednak pracownikiem fabryki nie zostawało się z dnia na dzień. Zanim chętnych dopuszczono do produkcji, musieli przejść trwający dwa lata staż, sprawdzający charakter i predyspozycje kandydatów. Chodziło głównie o bezpieczeństwo, a w nim ważną rolę odgrywał pewien odczynnik chemiczny. Otóż przez rurociągi wytwórni przepływało milion litrów stężonego alkoholu etylowego i łatwo zgadnąć, jakie to rodziło pokusy i czym groziło w fabryce prochu. Jednak z piciem i wynoszeniem spirytusu nie poradził sobie nawet nadzór Gestapo i UB. Przed wojną pijących upokarzano i karano finansowo, a w wypadku recydywy zwalniano. W czasie okupacji Niemcy dali robotnikom dodatkowe przydziały wódki, a po wojnie kolektyw partyjny urządzał antyalkoholowe odczyty – zawsze z tym samym skutkiem. Mimo to Pionki musiały być spokojnym miejscem, skoro posterunek policji powstał dopiero w 1933 r.

Co do warunków pracy, to przedwojenny PPS grzmiał na dyrekcję, że tracących zdrowie robotników przesuwa do gorzej płatnych zajęć, choć wtedy normą było wyrzucanie chorych za bramę. Z drugiej strony dzisiejsza lewica nie może nachwalić się Pionek za organizację „lotnych" żłobków, który to pomysł przyjął się potem w całej Polsce. Brak dokładnych danych o wypadkach, ale musiały być częste, bo tego argumentu używano najmocniej w prośbach o ustanowienie w Pionkach posługi duszpasterskiej. Wiadomo tylko o kilku eksplozjach na początku funkcjonowania fabryki i kilkunastu poszkodowanych osobach. Największa tragedia wydarzyła się w 1937 r., gdy od wybuchu pyłu zginęło jednocześnie 18 robotnic.

Długi zmierzch giganta

Czas świetności Pionek zakończyły niemieckie bomby zrzucone na fabrykę 2 września 1939 r., a podczas nalotu ucierpiał także kościół. Załogę ewakuowano na wschód, lecz Jan Prot wrócił do okupowanej Warszawy. Był jednak zbyt cenny, by trafić w ręce Gestapo, które już go intensywnie szukało. Stąd wywiad przemycił go do Francji, gdzie krótko pracował w Laboratorium Chemii Jądrowej Frederica Juliot-Curie, potem w Anglii nadzorował produkcję amunicji, aby po wojnie obronić doktorat z filozofii i wykładać nauki ścisłe w Kolegium św. Michała.

Pionki pod zarządem Dowództwa Wojsk Lądowych i SS wznowiły produkcję, lecz Polaków pracowało tam już najwyżej półtora tysiąca. Większość załogi stanowili Żydzi z przyfabrycznego obozu pracy, z których co najmniej jedna trzecia zginęła. Niemniej w 1944 r. wielu uniknęło ewakuacji do Auschwitz, chroniąc się w puszczy, gdzie szczęśliwie dotrwali końca wojny. Mniej szczęścia mieli żołnierze AK, którzy w lutym dokonali nieudanego ataku na wartownię przy bramie głównej Pulverfabrik Pionki. W walce zginął jeden żołnierz, a dziesięciu dalszych po śledztwie i torturach zostało rozstrzelanych. Wycofujący się Niemcy wywieźli też część maszyn, które po wojnie zdołano odzyskać.

Wkroczenie Sowietów sprawiło, że w dawnym hotelu dla kawalerów „Lampart" UB zamieniło się miejscami z Gestapo, a Pionki zostały zdegradowanie do nazwy „Zakłady Chemiczne nr 8". Tym razem już mało kto chciał tu pracować ze względu na niebezpieczne warunki, wszechobecny ubecki terror i szpiegomanię. Były kierownik laboratorium w Pionkach, który ledwo objął stanowisko dyrektora fabryki w Bydgoszczy, został oskarżony o sabotaż i zamordowany w mokotowskim więzieniu.

Jeszcze podczas wojny koreańskiej produkcję wojskową rozdęto do niebywałych rozmiarów, lecz koniec stalinizmu drastycznie zmniejszył zapotrzebowanie na broń. Zresztą wyrobów z Pionek nie chciano już kupować za granicą z powodu zaniżonych rygorów produkcji i przestarzałych technologii, pamiętających jeszcze początki fabryki. O kondycji ówczesnych pracowników świadczy przypadek z 1972 r., gdy dwaj robotnicy zdetonowali ponad tonę materiału, paląc papierosy przy mieszaniu prochu. Oczywiście obaj zginęli na miejscu.

Gdy wytwórnię przerobiono na Zakłady Chemiczne Pronit im. Bohaterów Studzianek, materiały wybuchowe stanowiły już tylko jedną trzecią produkcji, a zakład zaczął wytwarzać mydło i powidło. W USA zakupiono na przykład przestarzałą technologię produkcji sztucznej skóry, na którą było coraz mniejsze zapotrzebowanie, a początek produkcji winylu połączono z tłoczeniem płyt gramofonowych. Przy tej okazji Pronit został także wydawnictwem płytowym i sprzedawał muzykę pod własną marką, promując kilka nadal czynnych gwiazd estrady. W tym czasie Pionki zyskały też wątpliwą sławę stolicy polskiej narkomanii, do czego dołożyła się postępująca degradacja społeczna miasta.

Końcowym aktem upadku Pionek były przemiany gospodarcze lat 90. XX w., zakończone ogłoszeniem upadłości zakładów w 2000 r. Dopiero czas pokaże, czy miasto przeżyje śmierć fabryki, której od początku było integralną częścią.

"Rzeczpospolita"