Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Uciekinierzy zza żelaznej kurtyny

Leszek Szymowski 06-05-2018, ostatnia aktualizacja 06-05-2018 00:00

Tajne służby PRL zaciekle ścigały dezerterów, którzy poznali tajemnice komunistycznego państwa.

≥Generał Izydor Modelski był pierwszym dezerterem z komunistycznej Polski. W 1948 r. odmówił powrotu z Waszyngtonu nac
źródło: materiały prasowe
≥Generał Izydor Modelski był pierwszym dezerterem z komunistycznej Polski. W 1948 r. odmówił powrotu z Waszyngtonu nac

26 grudnia 1960 r. do ambasady PRL w Berlinie Wschodnim zgłosił się Polak, który przedstawił się jako Roman Tarnowski i stwierdził, że był umówiony na spotkanie z pułkownikiem Władysławem Michalskim. Ten ostatni – oficjalnie dyplomata – był szefem rezydentury wywiadu cywilnego PRL we wschodnich Niemczech, używającym kryptonimu „Ren". Michalski jako jedyny pracownik ambasady doskonale wiedział, że Tarnowski to fikcyjne nazwisko, stworzone na potrzeby pracy wywiadowczej, a w rzeczywistości jego rozmówca nazywa się Michał Goleniewski i podobnie jak on sam jest oficerem wywiadu.

Tarnowski poprosił Michalskiego, aby z kasy operacyjnej rezydentury wypłacił mu kilkanaście tysięcy marek na „działania operacyjne" (tak w żargonie służb specjalnych nazywa się zdobywanie informacji). „Ren" był zaskoczony tą kwotą. Wcześniej już płacił Tarnowskiemu, aby sfinansować jego misje szpiegowskie, jednak zawsze były to mniejsze sumy. Odpowiedział więc wymijająco, że musi uzyskać zgodę centrali. Spotkali się ostatecznie 3 stycznia 1961 r. i wtedy Tarnowski pokwitował odbiór 5 tys. marek – zaledwie jednej trzeciej oczekiwanej kwoty. I to był jego ostatni kontakt z kolegą z wywiadu.

Goleniewski pojechał do mieszkania swojej niemieckiej kochanki. Kilka godzin później oboje przeszli na zachodnią stronę miasta (wówczas nie było jeszcze muru berlińskiego) i zadzwonili do rezydentury CIA. Polak wypowiedział kilka słów, które nic nie powiedziałyby komuś, kto chciałby podsłuchiwać rozmowę. Było to hasło, które znał tylko on i amerykański szpieg. Jeszcze tego samego wieczoru agenci CIA przyjechali w umówione miejsce i zabrali Goleniewskiego i jego kochankę. Wkrótce przez Wiedeń zostali ewakuowani do Stanów Zjednoczonych. Tak rozpoczęła się jedna z najciekawszych historii szpiegowskich z czasów zimnej wojny.

Na dwa fronty

Ani rezydent „Ren", ani jego przełożeni z centrali w Warszawie nie wiedzieli, że Goleniewski od pewnego czasu prowadził podwójną grę. Wszystko przez pełne porażek życie osobiste, które nie szło w parze z jego zawodowymi sukcesami. Goleniewski urodził się w 1922 r. w Nieświeżu (wówczas w granicach II Rzeczypospolitej). Wychowywał się w ubogiej rodzinie. Do wybuchu wojny udało mu się skończyć jedynie szkołę podstawową i cztery klasy gimnazjum. W czasie wojny zaangażował się w działalność konspiracyjną, jednak niewiele o niej wiadomo. Gdy w 1945 r. hitlerowskie Niemcy upadły, a Polska znalazła się w sowieckiej strefie wpływów, 23-letni Goleniewski dostrzegł dla siebie szansę. Zapisał się do Polskiej Partii Robotniczej i zgłosił do pracy w organach bezpieczeństwa. Trafił do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i tam zaczęła się jego błyskotliwa kariera. W 1954 r., mając zaledwie 32 lata, awansował na wicedyrektora Departamentu II odpowiedzialnego za kontrwywiad, rok później na zastępcę szefa Głównego Zarządu Informacji, owianej złą sławą bezpieki wojskowej, która popełniała liczne zbrodnie na polskich patriotach. Stamtąd w 1958 r. wrócił do MSW i trafił na stanowisko naczelnika Wydziału VI odpowiedzialnego za wywiad naukowo-techniczny (miał pozyskiwać nowe technologie). Równocześnie sowiecka ambasada w Warszawie uczyniła go swoim „mężem zaufania" w służbach specjalnych PRL. Był nieformalnym łącznikiem między służbami obu krajów.

Mimo tych sukcesów prywatne życie Goleniewskiego układało się fatalnie. Jego żona na skutek traumy po przeżyciach wojennych zapadła na chorobę psychiczną. Problemy się pogłębiały i doprowadziły do rozpadu małżeństwa, co skłoniło oficera do poszukiwania szczęścia w ramionach innej kobiety. Pod koniec lat 50. podczas jednej z misji szpiegowskich w Niemczech Goleniewski poznał Irmgard Kampf. Znajomość rozwinęła się tak szybko, że już w 1959 r. Goleniewski poprosił przełożonych o zgodę na rozwód i powtórny ożenek z niemiecką wybranką. Zachowane dokumenty wskazują, że sprawą zajęło się kierownictwo wywiadu. Pułkownikowi odmówiono, uznając, że oficer wywiadu nie powinien żenić się z cudzoziemką, nawet jeśli pochodzi z kraju, który należy do wspólnoty państw socjalistycznych. Co więcej: kierownictwo zaleciło, aby baczniej przyglądać się wyjazdom Goleniewskiego na Zachód. Obawiano się, że wywiad RFN może zwerbować jego kochankę i przez nią spróbować pozyskać także jego. Pomysłowy pułkownik znalazł i na to sposób. Kolejny raport z prośbą o zgodę na wyjazd napisał nie do szefa wywiadu, tylko do jego przełożonego, wiceministra Mieczysława Moczara. Moczar, który osobiście lubił Goleniewskiego, wyraził zgodę i pułkownik mógł wyjechać do NRD. Oczywiście czas ten wykorzystywał nie tylko na misje szpiegowskie, lecz również na rozwijanie znajomości z panną Kampf.

I nagle zdecydował się zmienić front. W 1959 r. zaczął rozsyłać do rezydentur amerykańskiego wywiadu informacje ujawniające kulisy działania szpiegów z bloku wschodniego. Na początek poinformował o zwerbowaniu Harry'ego Houghtona, attaché wojskowego ambasady Wielkiej Brytanii w Warszawie. Kontrwywiad angielski zastawił pułapkę, Houghton wpadł w nią i przypadkowo zdemaskował się jako sowiecki szpieg. Został odwołany do kraju, aresztowany i skazany na 15 lat więzienia (po dziewięciu latach objęła go amnestia).

Przez lata Goleniewski kopiował mikrofilmy zawierające tajne dane na temat operacji szpiegowskich prowadzonych przez komunistyczne wywiady. Znajdowały się tam m.in. dane identyfikujące pozyskanych współpracowników, którzy przekazywali szpiegom tajemnice państwowe. W końcu nawiązał kontakt z rezydentem CIA w Berlinie Wschodnim, proponując, że przejdzie na drugą stronę i ujawni swoją wiedzę o komunistycznych szpiegach, jeśli Amerykanie wywiozą go i zapewnią mu bezpieczeństwo. Propozycja została przyjęta. 3 stycznia 1960 r. Goleniewski w rezydenturze wywiadu w Berlinie Wschodnim zaopatrzył się w 5 tys. marek, ale zamiast spotkać się z informatorem, pojechał po swoją niemiecką narzeczoną, a potem wraz z nią spotkał się z przedstawicielami CIA.

Wielki pościg

Już po kilku dniach resort spraw wewnętrznych zorientował się, że Goleniewski zdezerterował. Na biurko ministra Władysława Wichy trafiła ściśle tajna analiza na temat informacji, które dezerter mógł przekazać Amerykanom. Analitycy twierdzili, że znał nazwiska 90 proc. oficerów wywiadu cywilnego PRL oraz kilku setek agentów. Sprowadzenie zbiega do Polski stało się priorytetem. Tyle że ten rozpłynął się w powietrzu. Natychmiast wszczęto sprawę o kryptonimie „Teletechnik", która polegała na inwigilacji rodziny Goleniewskiego, szczególnie jego matki. Bezpieka liczyła, że zbieg spróbuje się z nią skontaktować albo ściągnąć ją do siebie i zostawi ślady, które do niego doprowadzą. Ten sposób okazał się jednak nieskuteczny. Pułkownik nie podjął ani jednej próby kontaktu z kimkolwiek ze swojej rodziny. Gdy jego ucieczkę ujawniła zachodnia prasa, bezpieka podrzuciła tamtejszym dziennikarzom szkalujące informacje na jego temat. Liczono na to, że Goleniewski zechce je sprostować i wówczas będzie musiał się ujawnić. Ale i ten pomysł spalił na panewce. Również agentom ulokowanym w USA nie udało się ustalić, co zbieg przekazał Amerykanom. Zorientowano się wiele miesięcy później. Kontrwywiady zaczynały aresztowania informatorów wywiadu PRL. Jednym z cenniejszych był George Blake, oficer MI6, który zdecydował się na współpracę z Sowietami. Śledztwo brytyjskiego kontrwywiadu wykazało, że Blake ujawnił Sowietom nazwiska 42 agentów pracujących w ZSRR. Sąd w Londynie wymierzył mu karę 42 lat więzienia, jednak zdrajca w dziwnych okolicznościach zbiegł z więzienia. Uciekł do Związku Radzieckiego, gdzie mieszkał jeszcze przynajmniej do 2014 r.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych potrzebowało niemal dekady, aby zniwelować skutki zdrady Goleniewskiego. Wielu oficerów wywiadu odwołano na kilka lat do kraju, niektórych wysłano później na misje, ale do innych krajów. Duża część informatorów okazała się jednak bezpowrotnie stracona. Sam dezerter pod koniec życia spłatał byłym przełożonym jeszcze jednego figla: ogłosił w amerykańskiej prasie, że jest synem cara Mikołaja II, który ocalał z bolszewickiej rzezi (historycy definitywnie wykluczyli taką możliwość). Choć od tego momentu utracił wiarygodność, pozostał bezpieczny. Zmarł w 1993 r. w szpitalu w Nowym Jorku, do końca chroniony przez amerykańskie służby.

Wokół jego roli narosło wiele mitów. James Jesus Angleton, słynny szef kontrwywiadu CIA, twierdził publicznie, że Goleniewski realizował wielką grę KGB, której celem było wydanie części agentów, aby zająć kontrwywiady państw zachodnich i odwrócić ich uwagę od najcenniejszych szpiegów. Przeczy temu determinacja, z jaką służby specjalne PRL próbowały dopaść Goleniewskiego.

Operacja „Kurier"

Tajne służby PRL zaciekle ścigały wszystkich dezerterów. Świadczą o tym choćby akta operacji o kryptonimie „Renegat". Jej celem było znalezienie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, który przez 10 lat przekazał CIA tysiące stron poufnych danych Układu Warszawskiego, w tym plany wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Kuklińskiego i jego rodzinę ewakuowała CIA w listopadzie 1981 r. Służba Bezpieczeństwa aż do końca PRL próbowała go namierzyć w USA i sprowadzić do Polski albo zamordować. Pułkownik był jednak pilnie chroniony przez Amerykanów. W latach 90. został zamordowany jego starszy syn Bogdan. Nie wiadomo, czy było to dzieło KGB czy kolegów z dawnych wojskowych służb PRL.

Jeszcze ważniejsza była inna operacja ścigania zbiega. W 1981 r., pół roku przed ucieczką Kuklińskiego, z PRL zdezerterował kapitan Jerzy Sumiński, oficer kontrwywiadu wojskowego odpowiedzialny za ochronę tajnych operacji zagranicznych. Sumiński uciekł razem z żoną i dziećmi, wykorzystując luki w procedurach bezpieczeństwa. Opisał je w liście do generała Kiszczaka, znalezionym na jego biurku i przekazanym szefowi MSW. Napisał tam m.in., że pobrał paszport dyplomatyczny bez podpisu. Kiszczak kazał rozpocząć poszukiwania zbiega. Sprawę o kryptonimie „Kurier" prowadzono aż do końca lat 80. WSW nie wpadła na żaden trop Sumińskiego, ale ustaliła, że był przez wiele dni przesłuchiwany w siedzibie CIA w Langley. Rozmach operacji (uruchomiono prawie wszystkie źródła wojskowych służb specjalnych na terenie USA) świadczy jednak o wielkiej determinacji Kiszczaka. Zapewne wynikało to z ogromnych szkód wyrządzonych przez Sumińskiego. Zdekonspirował on kilkuset agentów oraz kilkudziesięciu oficerów wywiadu, w tym nielegałów. Ujawnił Amerykanom szczegóły wielu operacji, które wskutek jego zdrady trzeba było przerwać. Sumińskiego nie zdołano dopaść, a jego dalsze losy są nieznane. Możliwe, że wraz z żoną i dziećmi nadal żyje w USA pod zmienionym nazwiskiem.

Nieznani sprawcy

Powodzeniem zakończyła się natomiast próba namierzenia innego dezertera. Pułkownik Władysław Tykociński przez osiem lat kierował Polską Misją Wojskową w Berlinie Zachodnim. Wcześniej wydawał się sprawdzonym i lojalnym towarzyszem. Podczas II wojny światowej walczył w Armii Czerwonej i I Armii Wojska Polskiego, był oficerem polityczno-wychowawczym i członkiem PPR. Ten ideowy komunista żydowskiego pochodzenia szybko robił karierę w organach bezpieczeństwa. Awansował nawet na stanowisko dyrektora gabinetu ministra spraw zagranicznych, skąd przeniesiono go do Berlina. Tu miał kierować jedną z najważniejszych rezydentur wywiadu w krajach kapitalistycznych.

Jednak w 1965 r. w niejasnych do końca okolicznościach Tykociński nawiązał kontakty z Centralną Agencją Wywiadowczą i zaoferował jej współpracę. W tym samym roku zbiegł i został przewieziony do Stanów Zjednoczonych. Przez wiele miesięcy ujawniał amerykańskiemu wywiadowi swoją wiedzę na temat komunistycznych służb specjalnych. Jego ucieczka natychmiast spowodowała reakcję bezpieki. Szczegółów nie znamy, bo dokumenty dotyczące pościgu za Tykocińskim się nie zachowały. Dwa lata później amerykańska prasa podała krótką informację o jego śmierci, wskazując, że został zamordowany, ale sprawców nie znaleziono. Czy „nieznani sprawcy", którzy przyjechali do USA zabić tego dobrze poinformowanego uciekiniera, wywodzili się ze służb specjalnych PRL czy ZSRR? Nie wiadomo, jednak na pewno w interesie obu krajów leżało to, aby pułkownik zamilkł na zawsze. Dziś nie wiadomo nawet, ile Tykociński ujawnił Amerykanom. Dokumenty dotyczące jego przesłuchań po ucieczce do USA nadal są tajne.

Morderstwo było również przyczyną śmierci kapitana Władysława Mroza. W 1959 r. ujawnił on Francuzom szczegóły operacji szpiegowskich PRL. Kontrwywiad francuski popełnił jednak błąd, bo zamiast zapewnić mu ochronę, postanowił wykorzystać go jako podwójnego agenta, a uzyskanymi informacjami podzielić się z Amerykanami. Niestety, służby PRL miały tam swoje źródło. I w ten sposób wydała się podwójna rola kapitana Mroza. Wywiad PRL chciał go przykładnie ukarać. Najpierw rozważano porwanie i przewiezienie do kraju, ostatecznie zdecydowano się na zabójstwo. Mróz zginął 27 października 1960 r., zastrzelony przez zabójcę pracującego dla PRL-owskich służb. Wyszło to na jaw wiele lat później. W 1960 r. francuska policja umorzyła śledztwo, bo nie wykryła sprawcy.

Seria ucieczek

Pierwszym dezerterem z komunistycznej Polski był generał Izydor Modelski. Ten weteran wojny polsko-bolszewickiej i bliski współpracownik Władysława Sikorskiego (był w jego rządzie wiceministrem obrony narodowej) po II wojnie światowej wrócił do kraju w lipcu 1945 r. i opowiedział się za współpracą z komunistami, za co został nagrodzony awansem na stanowisko generała dywizji. Szybko wysłano go do Londynu, gdzie miał kierować Misją Specjalną Wojska Polskiego. Jego zadaniem było przygotowanie ewakuacji żołnierzy do kraju. Większość z nich nie chciała jednak wracać. Modelski stał się niepopularny, więc komuniści wysłali go do Waszyngtonu jako attaché wojskowego. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach popadł w konflikt z nową władzą. W każdym razie w 1948 r. został odwołany z powodu niewykonywania poleceń, ale odmówił powrotu do kraju, a potem zaczął publikować informacje na temat działalności szpiegowskiej państw komunistycznych. Zapewne czując na plecach oddech służb specjalnych, oddał się w ręce Amerykanów i przebywał pod ich ochroną przez półtorej dekady. Zmarł śmiercią naturalną w Waszyngtonie w 1962 r. W archiwach zachowały się dokumenty z postępowania wewnętrznego w sprawie Modelskiego. Wynika z nich, że tajne służby rozważały operację ściągnięcia zbiega do kraju, jednak ostatecznie porzuciły ten pomysł. Uznano, że Modelski nie wiedział na tyle dużo, aby jego dezercja mogła wyrządzić wielkie szkody. W tym akurat wypadku zrezygnowano z działań odwetowych. Następni dezerterzy nie mieli już takiego szczęścia i przez lata musieli się ukrywać przed siepaczami z PRL.

"Rzeczpospolita"