Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Ścięte głowy świętych

Bogusław Chrabota 24-12-2017, ostatnia aktualizacja 24-12-2017 00:36

Czuli ten śmiertelny cień, czuli zbliżające się oddechy morderców, ale odmówili ochrony, którą proponowało wojsko. Trapiści wybierają przecież milczenie i pokładają łaskę w Panu.

Francuscy trapiści zostali porwani nocą 27 marca 1996 r. Trzeci od prawej przeor Christian de Chergé
źródło: AFP
Francuscy trapiści zostali porwani nocą 27 marca 1996 r. Trzeci od prawej przeor Christian de Chergé
Kaplica w Tibhirine powstała w miejscu składu win. Cystersi pojawili się tu w 1938 r.
autor: Bogusław Chrabota
źródło: Fotorzepa
Kaplica w Tibhirine powstała w miejscu składu win. Cystersi pojawili się tu w 1938 r.
autor: Bogusław Chrabota
źródło: Fotorzepa

Ta zbrodnia wstrząsnęła Francją. Przeżarła ją jak wystrzelona przez zamachowca ołowiana kula. Coś ważnego zmieniła. Na zawsze czy tylko na chwilę? Tego nie wiem. Jednak przez te ponad dwa miesiące, kiedy powoli gasła nadzieja, w katedrze Notre Dame w Paryżu paliło się siedem świec i modlili się ludzie. W wielu parafiach odprawiano msze w intencji porwanych. Pisały o nich gazety, interweniowali politycy.

Algierskie władze były zarzucane prośbami, czy wręcz żądaniami, bardziej energicznych działań. Ale po porwanych nie został nawet ślad. Przepadli jak kamień w wodę. Nie pomogły ani loty śmigłowców, ani oddziały wojska przeczesujące okoliczne góry. Porwani mogli być wszędzie. W tajnych bunkrach terrorystów, w piwnicach, wysoko w przysypanych śniegiem górach, albo mogli dawno już nie żyć.

Do ich najbliższych zaczęła powoli docierać brutalna prawda. Dostarczone w końcu kwietnia nagranie było ostatnim dowodem, że zakonnicy wciąż żyją. Ale list terrorystów z końca maja tylko potwierdził dramatyczną intuicję, że morderców, odpowiedzialnych już za tyle zbrodni, nic nie zdołało zatrzymać. Ostatnim akordem dramatu były brutalnie oderżnięte głowy znalezione na zaoranym polu w okolicach Aj-Mediji. Tak potwierdziła się najgorsza z prawd.

* * *

Historia ta zaczyna się w górach Atlas, rozrzuconych szczodrym gestem Stwórcy na krawędzi północnego pasa brzegu Afryki. Cudownie kędzierzawe stoki spadające na złamanie karku w stronę nadmorskiej niziny. Intensywnie zielone, eksplodujące dojrzałą wegetacją drzew i krzewów, gęste od gatunków kwiatów, rzadkich owadów i motyli. Pełne wszelkiej zwierzyny, ptactwa, a nawet małp – berberyjskich Magotów, które od niepamiętnych czasów hodowano tu jak domowe psy i koty.

Pas wybrzeża jest wąski i bardzo żyzny. Interesowali się nim już Kartagińczycy. Tu budowali swoje faktorie, a potem niewielkie miasta. Po trzeciej wojnie punickiej cały ten kraj stał się już wyłącznie domeną zwycięskiego Rzymu. Africa proconsularis i leżąca dalej na zachód Mauretania były bardziej zurbanizowane od Italii. Zaopatrywały starą stolicę w pszenicę i oliwę. Dawały jej niewolników i wybitnych obywateli. Stąd, z Hippo Regius państwo boże urządzał Augustyn. Tu bronił murów miasta przed Wandalami. Tu w końcu nieszczęsna prorokini Kahina popełniła największy w życiu błąd, burząc rzymskie miasta w nadziei, że powstrzyma inwazję Arabów ze wschodu. Nie powstrzymała. Berberowie utracili na wieki niezależność i przyjęli islam.

Od VIII wieku nad całym niegdyś rzymskim, bukolicznym krajobrazem zawisł półksiężyc Proroka. Do dziś, a może nawet dziś najbardziej intensywnie, panuje tu niepodzielnie. Jeszcze przed Francuzami, u bram pirackiego gniazda, jakim w międzyczasie stała się dzisiejsza stolica kraju – Algier – pojawił się butny Habsburg, król Hiszpanii i cesarz rzymski Karol V, który zwykł mawiać: po hiszpańsku mówię do Boga, po włosku do kobiet, po francusku do mężczyzn, a po niemiecku do mojego konia. Była połowa XVI wieku, napędzany testosteronem hiszpański kolonializm wchodził właśnie w wiek młodzieńczy, a północna Afryka miała wyjątkowo bujne kształty i kuszącą prezencję. Mimo wielkiej armii i licznych talentów, także lingwistycznych, Habsburg musiał jednak obejść się smakiem. Jego artyleria nie zmogła murów Algieru.

Potem już czyhali na nie głównie Francuzi, ale i oni, mimo prób podejmowanych w XVII wieku, miasto zdobyli dopiero po 20-dniowym oblężeniu w 1830 roku. Od tej daty stali się panami tych żyznych ziem i zaczęli przerabiać je na swoją modłę. W swoim stylu i na swoje podobieństwo. Ściągnęli osadników i architektów. Do algierskiej Kazby dobudowano nowe secesyjne dzielnice, zadziwiające kamieniarską finezją kamienice, lekkością i orientalnym urokiem place i majestatyczne gmachy użyteczności publicznej. Nastała epoka Małego Paryża, jak zwykli mówić o Algierze coraz liczniejsi potomkowie kolonizatorów. Lokalna ludność? Arabowie, Berberowie? Wymuskana elita kształciła się we Francji, a reszta prężyła się w liberiach u wrót hoteli i zbierała śmieci w porcie. Nikt specjalnie dziećmi Allaha się nie przejmował.

* * *

Ojciec Eugène ze Wspólnoty Nowej Drogi boi się otworzyć drzwi klasztoru przed czternastą. – Tu o tej porze jest przerwa, lepiej nie obrażać obyczajów gospodarzy tego kraju! – powtarza. – Przyjdźcie później, za czterdzieści minut. No, może pół godziny.

Co czuję u wrót klasztoru? Lekki zawód, rozczarowanie. Ktoś powie: taka droga! Algierskie korki, smog, trąbienie, szaleńcy na drogach, potem wrzask klaksonów w górskim tunelu, bo gdzieś tam za górami mecz i jadą kibice. Potem tysiące zaułków i dróżek w Medei i za nią, żadnych kierunkowskazów i w końcu, kiedy jesteśmy na miejscu, zamknięte wrota klasztoru. Do odrobiny cierpliwości przekonuje porzucony kamień przed niedokończonym meczetem, tuż przed furtą dawnej samotni trapistów.

Beton jest szary i nieładnie komponuje się z krajobrazami wzgórz Atlasu. W perspektywie łyse góry schodzące łagodnie do obszernych, kamienistych dolin. W powietrzu lekka zawiesina. Pył, dym, a może gorący oddech Sahary? Wokół domy z dachami krytymi blachą falistą. Na wzgórzu zasieki, drut kolczasty i betonowa „budka" strażnika. Miły policjant macha przyjaźnie ręką. Poniżej kamienisty dukt, na którym 14 grudnia 1993 roku znaleziono zmasakrowane ciała pracujących niedaleko stąd chorwackich inżynierów. Przychodzili do klasztoru na msze. Modlili się, byli zaprzyjaźnieni z mnichami. Pracowali przy jakimś rurociągu. Terroryści dopadli ich przy pracy. Mimo że na ciałach były ślady kul, większość miała poderżnięte gardła. Morze krwi i poczucie kompletnej beznadziei. – Zamordowano ich w taki sposób, jak się morduje jagnięta – mówi Mahmud, który widział te ciała.

Śmierć zbliżała się do Tibhirine krok po kroku. Namiętnie, czule, niemal opiekuńczo. Dlaczego właściwie mieliby dalej żyć w kraju, gdzie wypowiedziano wojnę wszystkim, którzy nie chylili głów przed islamistami. Wyrzynano całe wioski wiernych dzieci proroka, a miano oszczędzić inżynierów z dalekich Bałkanów albo francuskich trapistów. Przecież to absurd. Czuli ten śmiertelny cień, czuli zbliżające się oddechy morderców, ale odmówili ochrony, którą proponowało wojsko. Trapiści wybierają przecież milczenie i pokładają łaskę w Panu. Obiecali, że będą zamykali bramę przed zmrokiem, obiecali, że będą uważać.

Furtka? Śmiechu warte, można ją otworzyć kopniakiem. Mur? Przeskakują go koty, więc co tu mówić o jakimkolwiek bezpieczeństwie. Dalej w ogrodach zwykły płot. Cóż to za problem przeskoczyć, z kałachem w ręku i ostrym nożem do otwierania gardeł. Ojciec Eugène otwiera w końcu skrzypiącą nieco bramę. Tuż za nią niewielki, kryjący się w cieniu strzelistych cyprysów i pinii ogród. Leniwie snują się tłuste koty. Róże i lilie przedzierają się przez gęstwinę ciemnozielonych powojów. Na prawo od bramy dom pielgrzyma, a niemal naprzeciw, przy niewielkiej figurce Matki Bożej obszerna kaplica. – To był skład wina. W miejscu, które później konsekrowano, stały beczki z czerwonym trunkiem z Atlasu. Tam, gdzie dziś są ogrody, królowały uprawy winorośli. Czy dobre było to wino? – Eugène bezradnie rozchyla ramiona. – Nie wiem, nigdy go nie próbowałem.

* * *

Tibhirine to po berberyjsku „ogrody". W istocie, jest tu niezwykle pięknie. Z zielonego wzgórza rozciąga się wspaniała panorama okolicznych szczytów. Powyżej tylko błękit nieba i szybujące wysoko sokoły. Tym mocniej razi bliższa perspektywa, poplątane i brudne zaułki mało ciekawego miasta, które nie wiedzieć jak nabyło imię sławnej mitologicznej czarodziejki, córki króla Kolchidy. Medea to pierwsza większa mieścina, do której trafia się, jadąc na południe.

Skąd tu mnisi? Zanim się pojawili, teren dzisiejszego klasztoru nabył dość anonimowy Brytyjczyk Henry J. Mirehouse i postanowił posadzić tu winorośl. Ponad trzysta siedemdziesiąt hektarów dobrej ziemi obok kolonialnej wioski Lodi, ze względu na górski klimat, fantastyczną wilgotność gleby i słońce Atlasu zapowiadały rewelacyjne zbiory. Posiadłość „Tibarin" szybko rosła, kolejne budynki gospodarcze, stodoły, piwnice, folwark dla pracowników. Wino w istocie musiało być przednie i nieźle się sprzedawać.

Nie wiadomo, czemu zarzucono ten plan, niemniej świadectwem nowej epoki w Tibhirine był dzień 7 marca 1938 roku, kiedy pojawili się tu mnisi. To była druga z prób stworzenia we francuskiej Algierii centrum zakonnego trapistów. Wcześniej zbudowali klasztor w Staoueli, na wybrzeżu. Cel był szlachetny, nie tylko modlitwa, ale przede wszystkim propagowanie wśród okolicznych mieszkańców nowoczesnych technik agrarnych. Ta otwartość, zaangażowanie zakonników w życie lokalnej społeczności było zresztą zapowiedzią przyszłych dokonań trapistów z Tibhirine. Ilu ich było? Nigdy specjalnie wielu. W czasach kolonialnych nie więcej niż dwudziestu kilku. Zgodnie z cysterską regułą (trapiści to nikt inny, tylko Zakon Cystersów Ściślejszej Obserwancji) oddawali się głównie pracy i kontemplacji. Pracą było przede wszystkim ogrodnictwo i sadownictwo. Hodowla kilku zwierząt, wypiekanie chleba i przygotowywanie wina do celów liturgicznych. Kontemplacją codzienna modlitwa, milczenie i zasada pełnej izolacji. Duchowo byli gigantami, ale wszystko do czasu, bo nagle w tryby biegu dziejów klasztoru wplotła się brutalnie historia.

Po drugiej wojnie światowej doszło do niepokojów. Nagle Francuzom zaczął się w Algierii palić grunt pod nogami. Partyzantka, uliczne zamachy i psychoza strachu. I po ośmiu latach wojny domowej moment, na który muzułmańska większość czekała jak na zbawienie. Ogłoszenie niepodległości w 1962 r. Powstaje nowoczesna Algieria. Z własnymi ambicjami, antykolonialna i antyfrancuska. Kraj o powierzchni jednaj czwartej Europy. Niemal w całości islamski.

Co z Tibhirine? Władza odbiera właścicielom niemal całą ziemię. Chętnie zlikwidowałaby klasztor, ale broni go arcybiskup Algieru Léon Étienne Duval. Trapiści wysyłają więc ośmiu braci z klasztorów Aiguebelle i Timadeuc. Tibhirine wciąż pracuje, wciąż oddycha. Zaczyna się czas trudnej koegzystencji z socjalizującym państwem, a potem koszmar wojny domowej. Ta ostatnia to prawdziwy kataklizm, który pochłonie 200 tys. ofiar. Po przerwanych przez armię wyborach w 1991 roku, które wygrywali islamiści, dochodzą do głosu radykałowie i powstaje zbrojna partyzantka. Zaczyna się terroryzm. Krew leje się całymi strugami. Muzułmańscy integryści wyrzynają całe wioski, ale szczególnie intensywnie ścigają obcokrajowców. To reminiscencja kolonializmu i przekonanie, że mordowanie Europejczyków przerazi bardziej, niż cokolwiek innego. W tym sensie są antycypacją Osamy bin Ladena. Liczą na łatwą śmierć, a dzięki niej na tani rozgłos.

* * *

I pojawia się ktoś z zupełnie innego świata. Istota – w tych brutalnych czasach – jakby całkiem z kosmosu. Brat Christian de Chergé, przełożony klasztoru Najświętszej Maryi Panny z gór Atlasu od 1984 roku był człowiekiem z nowej, posoborowej gliny. Intelektualista, specjalista od studiów porównawczych chrześcijaństwa i islamu, uczestnik dialogu ekumenicznego. Głęboko wierzył w przesłanie, które wypracowała wspólnota z Tibhirine: „priants au milieu d'autres priants", czyli: „modlący się wśród innych modlących się". Formuła lakoniczna, ale głęboko oddawała sens starań braci o prawo do własnej, głębokiej duchowości w świecie ducha islamu. Głęboka wiara, jak zresztą wiadomo, budzi u innych wierzących szacunek. Dla Christiana było to jednak za mało. Trapiści uczestniczyli jak mogli najaktywniej w pomocy dla mieszkańców okolicznych wiosek. Wspierali ich materialnie i dobrą radą. Oferowali żywność, a przede wszystkim pomoc medyczną. Jeden z zakonników, brat Luk, z wykształcenia lekarz, prowadził całodobowy gabinet. Centrala wysyłała leki, a on przyjmował – bywało – i sto osób dziennie. Od świtu do świtu, bo pomoc była potrzebna przez całą dobę.

Było ich ośmiu. Intelektualiści, natchnieni duchem apostolstwa zwykli prostaczkowie, niedoszli poeci jak brat Cristophe Lebreton, urodzeni kantorzy jak Celestin Ringeart, ludzie modlitwy jak Michel Fleury, a nawet i były hydraulik, brat Paul Favre-Miville. Siedem razy dziennie zbierali się w kaplicy na modlitwę, a zamiast chorałów gregoriańskich, śpiewali nabożne pieśni po francusku. Od świtu praca w ogrodzie, posiłek, modlitwa, znów posiłek i coraz bardziej narastające poczucie grozy. Radio, gazety, siały narastający strach. Zbrojna Grupa Islamska zabiła tu i tam. Tu dwadzieścia osób, tam trzynaście, gdzie indziej jeszcze kolejny tuzin.

Toczona krew zalewała powoli gęstym kożuchem cały kraj. Ginęli sędziowie i dziennikarze, politycy i wojskowi. Kto mógł, uciekał z Algierii gdzie pieprz rośnie. Christian de Chergé w 1993 roku notował: „Gdyby pewnego dnia zdarzyło się – a mogłoby to być już dzisiaj – że padnę ofiarą terroryzmu, który zdaje się obecnie zagrażać wszystkim cudzoziemcom zamieszkującym w Algierii, pragnąłbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było oddane Bogu i temu krajowi. By zdali sobie sprawę, że Jedynemu Władcy wszelkiego życia to moje nagłe odejście nie było obojętne. By modlili się za mnie; bo jakże mogłem zostać uznany za godnego złożenia takiej ofiary? By potrafili związać moją śmierć z tylu innymi, które są równie okrutne, lecz pozostają ledwie zauważone i bezimienne. Moje życie nie jest więcej warte niż jakiekolwiek inne. Ale też nie jest warte mniej (...) Nie życzę sobie takiej śmierci. Myślę, że muszę to jasno powiedzieć. Bo nie wyobrażam sobie, jak mógłbym się cieszyć z tego, że ten naród, który kocham, miałby być w czambuł oskarżony o zamordowanie mnie. To zbyt wysoka cena za coś, co prawdopodobnie zostanie określone jako „łaska męczeństwa", by płacił ją Algierczyk, ktokolwiek nim będzie, nawet jeśli powie on sobie, że czyni to w imię po swojemu rozumianego islamu.". Świadomość grozy, dar proroctwa? A może nic więcej, tylko psychiczne samobiczowanie w obliczu nieznanej i ryzykownej przyszłości? Nie wierzę, że wyczuwał swoją śmierć. Ludzie nie czują śmierci, choć pewnie biorą ją pod uwagę.

* * *

Oczywiście mogli odejść. Albo pójść na współpracę z wojskiem, zwłaszcza po tym, kiedy w wigilijną noc, z 24 na 25 grudnia 1993 roku, raptem dziesięć dni po egzekucji Chorwatów do klasztoru wdarli się partyzanci komendanta Sayyata Attiyi. Uzbrojeni po zęby mudżahedini zażądali pieniędzy i chcieli zabrać z sobą lekarza. Christian de Chergé odmówił zapłacenia „podatku rewolucyjnego", tłumacząc, że wspólnota żadnych pieniędzy nie ma. Nie zgodził się również na porwanie brata Luka, tłumacząc, że ten przyjmie każdego, kto zwróci się o pomoc, niezależnie, czy jest przyjacielem, czy wrogiem. Emir Attiya dał się przekonać, a partyzanci odeszli. Mnisi chwilowo odetchnęli. Przestrach na chwilę minął, zastąpiony przekonaniem, że po tamtej stronie też można znaleźć rozsądnych i mądrych ludzi, miłujących Boga, kierujących się swoiście rozumianym dobrem. Jakże to było naiwne!

Jednocześnie narastała atmosfera grozy. Zbrojny Front Islamski dokonywał kolejnych mordów i aktów terroru. W Algierze zabito dyrektora teatru i sławnego śpiewaka, a nad Sekwaną eksplodowały bomby. Gazety krzyczały o tym wielki literami. Telewizja pokazywała martwe ciała. Znów w Tibhirine debatowali nad tym, co zrobić. Ktoś wymyślił głosowanie. Nie wszyscy chcieli zostać. Męczeństwo nie każdemu się marzyło. A jednak lojalność wobec siebie i muzułmańskich sąsiadów oraz ufność pokładana w Bogu zwyciężyły.

Tragedia wydarzyła się o 1.15 w nocy z 26 na 27 marca 1996 roku. Czy bramę otworzył ogrodnik Mohammed, czy napastnicy przeskoczyli przez mur? Nie wiadomo. Przez pół godziny brutalnie zrywano z łóżek mnichów, szarpano, krzyczano, kazano trzymać podniesione do góry ręce. W końcu siedmiu z nich wyprowadzono przed klasztor, zapakowano do furgonetek i wywieziono w Atlas.

Atak przetrwało kilka osób, które były w domu pielgrzymim, między nimi dwaj bracia Jean – Pierre i Amédée. Ci po odejściu terrorystów próbowali skontaktować się z policją, ale terroryści zdążyli przeciąć linię telefoniczną. Bracia czekali więc do rana, by wybrać się na posterunek policji do nieodległej Medei i zdać sprawę z nocnego najścia. Nikt się tym jednak nie przejął i może dlatego poszukujący działali potem na ślepo.

To były pierwsze chwile po porwaniu, chwile bezruchu. Jednak kolejne dni przyniosły dużo większe zaangażowanie władz. Interweniował arcybiskup Algieru Duval i francuska ambasada. Gazety opublikowały zdjęcia porwanych. Do akcji poszukiwawczej włączyło się wojsko. Helikoptery przeczesywały góry. Zbrojne oddziały szukały kryjówki. Próbowano dotrzeć do porywaczy przez agenturę. Wszystko bez skutku. Terroryści odezwali się dopiero 27 kwietnia. W komunikacie nr 43 datowanym na dziewięć dni wcześniej oddział Zbrojnej Grupy Islamskiej oświadczył, że wypuści porwanych w zamian za uwolnienie Abdelhaka Layada, siedzącego od trzech lat w więzieniu byłego lidera grupy. Komunikat podpisany przez niejakiego Djamela Zitouniego opublikowało londyńskie pismo „El Hayat", a przedrukowała lokalna gazeta z Aj-Mediji.

Ledwie trzy dni później do bram ambasady francuskiej w Algierze zapukał przedstawiciel Zbrojnej Grupy Islamskiej, przedstawiający się jako Abdullah. Urzędników zelektryzowało jego zapewnienie, że posiada materiały związane z porwaniem. W istocie przekazał kasetę z nagranymi głosami przetrzymywanych trapistów. Zapis dźwiękowy powstał ponoć 20 kwietnia. Abdullah wyjaśnił, że komendant Zitouni otrzymał nagranie od konkurencyjnego klanu, który porwał i faktycznie przetrzymuje mnichów. Miał też prosić francuski rząd o pomoc w ratowaniu mnichów, wobec których postawiono zarzut, że szpiegowali na rzecz Paryża. Co zrobiła ambasada? Tego nie wiadomo. Nie podjęto również z porywaczami rozmów na temat uwolnienia Abdelhaka Layada. Na łączach między sztabem kryzysowym w Algierze a terrorystami zapadła przerażająca cisza. Przerwał ją dopiero kolejny komunikat.

* * *

Tym razem był to komunikat o egzekucji. Doszło do niej rzekomo 21 maja. Informacja była wręcz banalna, lakoniczna i zawisła w metafizycznej próżni. Prawda czy fałsz? Kłamstwo czy potwierdzenie? Któż chciałby ich śmierci? Przecież żyli dla przyjaciół muzułmanów, serdeczni, oddani, ofiarni. Pełni miłości i empatii. Byli uosobieniem szacunku dla muzułmańskiej społeczności. Jeśli ktoś szukałby wzorca współegzystencji „priants au milieu d'autres priants", to trapiści byli jak wzorzec z Sevres. A jednak 31 maja na zaoranym polu w okolicy Aj-Mediji znaleziono ich odcięte, rozrzucone jak gnijące owoce granatu głowy. Z ubłoconymi włosami, brutalnie odcięte od korpusów, beznadziejnie samotne. Z pustką w niedomkniętych oczach. Ktoś je zapakował do worków, zawiózł do kostnicy.

Księdzu Armandowi Veilleux po licznych prośbach pozwolono na zidentyfikowanie szczątków. Potem był pogrzeb. Najpierw w algierskiej katedrze, a potem, 4 czerwca na cmentarzyku w Tibhirine, w cieniu zasadzonych może pół wieku wcześniej siedmiu strzelistych cyprysów. Genialna intuicja czy sugestia zmartwychwstania? Nie mam pojęcia, ale drzewa sterczą nad siedmioma grobami po dziś dzień. Rzucają cień i dają chłód ptakom. Wiarę, że cicha modlitwa trafia stąd do czułego odbiorcy jakoś łatwiej niż przed wiekami.

Czy ktoś się przejął tym mordem? Można by z pewnym uproszczeniem pomyśleć, że w zsekularyzowanym społeczeństwie Francji, zwanej niegdyś pierwszą córą Kościoła, sprawa nie powinna mieć dalszego biegu. A jednak nie. O braciach z Tibhirine nie zapomniano. Od chwili porwania, aż po komunikat o egzekucji w Notre Dame de Paris paliło się siedem świec i modlili się wierni. O zwolnienie porwanych zabiegał francuski Kościół i francuska dyplomacja. Raporty o wydarzeniach, także te najbardziej dramatyczne, w pierwszej kolejności trafiały na biurko ministra spraw zagranicznych i prezydenta Chiraca. Zapewne on pierwszy dowiedział się też o śmierci trapistów.

Po egzekucji Francję, a z nią resztę świata, ogarnęło szaleństwo. Protestowano przeciwko nieudolności służb algierskich i francuskich. – Jakaż jest siła naszego państwa, skoro nie umiemy walczyć o życie swoich obywateli? – pytali publicyści i rodziny zamordowanych. – Czy nie można było zrobić więcej? Algierskie władze odpowiadały i po dziś odpowiadają, że trapiści padli ofiarą wojny domowej. Byli mikroskopijną częścią mierzonej na dwieście tysięcy pomordowanych narodowej tragedii. Ani lepszymi, ani gorszymi od innych. Dokładnie tak, jak chciał to widzieć brat Christian de Chergé.

* * *

Jednak nie wszyscy w to wierzyli. Po cichu, a potem całkiem głośno kwestionował tę wersję biskup Oranu Pierre Claverie. Twierdził, że otrzymał całkiem wiarygodne informacje, iż zbrodni dokonał wywiad algierski. Mnisi istotnie – w wersji biskupa – zostali porwani przez oddział Zitouniego. Nie mniej ten ostatni, jego zdaniem, był agentem algierskiego wywiadu. Porwanie i morderstwo – w tym scenariuszu – miało na celu międzynarodową kompromitację islamistów i wymuszenie międzynarodowego wsparcia dla sił rządowych, które w istocie po zbrodni w Tibhirine się nasiliło.

Pierre Claverie był gotów przekazać władzom w Paryżu swoje informacje i spotkał się w tym celu z francuskim ministrem spraw zagranicznych Hervé de Charette. I to właśnie po tym spotkaniu, do którego doszło podczas wizyty szefa francuskiego MSZ w Algierze, padł ofiarą zamachu. Terroryści czekali na jego nocny powrót do rezydencji biskupiej w Oranie i w momencie, kiedy wchodził główną bramą – odpalili bombę. Zginął on i zaprzyjaźniony z nim Algierczyk, osobisty kierowca Mohamed Bouchikhi. Był 1 sierpnia 1996 roku. Minęło ledwie dwa miesiące od egzekucji trapistów z Tibhirine, a Francja znów doznała wstrząsu i miała kolejnego bohatera.

Podczas uroczystości pogrzebowych Claveriego uczestniczący w żałobie wyznawcy Proroka wspominali go jako „biskupa muzułmanów". Niestety, zabrał ze sobą do grobu również wiedzę o rzekomej agenturalnej akcji algierskiego wywiadu. Co jednak całkiem naturalne, szczególne okoliczności śmierci biskupa tylko dolały oliwy do kolejnych teorii spiskowych. Zwolennicy podejrzeń kierowanych wobec algierskiego wywiadu (ich zdaniem biskup też miał być jego ofiarą) szybko znaleźli inny „bezdyskusyjny" motyw. Miało nim być wsparcie, jakiego trapiści udzielali terrorystom. Rzeczywiście, po zapewnieniu przez Christiana de Chergé w 1993 r. szefa lokalnych querillas, że pomogą każdemu rannemu, brat Luk przyjmował rannych dżihadystów. Wedle tej teorii porwanie trapistów przez Zitouniego było zemstą wywiadu za tę pomoc. Nieszczęśliwie jednak zakładnicy zostali odbici przez inny oddział i zamordowani.

Jeszcze inną wersję przedstawił zajmującemu się terroryzmem paryskiemu sędziemu Markowi Trévidic generał François Buchwalter. Ów były oficer wywiadu, a później attaché wojskowy w Algierze, przejął od anonimowego oficera algierskich służb specjalnych informację, że mnisi z Tibhirine zostali przypadkowo zabici w czasie nalotu algierskich sił zbrojnych na obozowisko Zbrojnej Grupy Islamskiej. Startujące z bazy w Blida helikoptery miały przez przypadek zmasakrować również zakładników. Za prawdopodobieństwem tej tezy przemawiał – zdaniem Buchwaltera – fakt, że nigdy nie odnaleziono ciał zakonników. Ich głowy w tej wersji – miały zostać odcięte po śmierci, a podziurawione kulami ciała pochowano w nieznanym miejscu. Buchwalter rzekomo zdał na ten temat relację u swoich paryskich mocodawców, ci jednak nigdy tego nie potwierdzili.

Nad sprawą morderstwa do dziś zresztą wisi całun milczenia. W 2004 roku prokuratura znów podjęła śledztwo, a kilka lat później prezydent Sarkozy zobowiązał się, że sprawa nigdy nie zostanie poniechana, ale – mimo toczącego się postępowania – śledztwo wciąż stoi w miejscu. Gdyby nie znakomity film Xaviera Beauvois „Ludzie Boga", może by i o niej zapomniano.

* * *

Nie, tu już nie ma trapistów – mówi człowiek w gumiakach i zapinanych na zamek błyskawiczny zielonych ogrodniczkach, zarazem posiadacz naznaczonej wyjątkową szlachetnością twarzy – brat Eugène. – Tibhirine zostało powierzone naszej społeczności zakonnej, Wspólnocie Nowej Drogi. – Ile nas tu jest? Dwóch braci i siostra. Głównie przyjmujemy gości (śmieje się), ale w międzyczasie zajmujemy się tym, co robili tu trapiści w czasach Christiana de Chergé. Uprawiamy kilka hektarów ziemi, mamy parę krów, przygotowujemy powidła winogronowe, pomarańczowe i z pigwy. Robimy sery, których tak brakowało tu trapistom. Próbujemy w tym świętym miejscu żyć

Wychodzimy na klasztorny dziedziniec. W oknach imitujące styl romański łukowe okna. Obok, tuż koło bocznego wejścia do kapitularza owocujące drzewo migdałowca. Kiedy się pod nim przechodzi, czuje się zawieszoną w powietrzu rosę. To zasługa pękających owoców, z których na światło dzienne wychylają się powoli wybrzuszone od dorodnych orzechów pestki.

Wędrujemy do ogrodu. W istocie klimat wysokiego Atlasu jest wyjątkowo łagodny. Żadnego żaru, upały bywają tu tylko w lecie. Zakonnicy posadzili europejskie kasztany, które owocują we wrześniu, a potem już tylko eksplodują kolorami jesieni i im bliżej zimy, tym szybciej gubią liście. Ale teraz, kiedy wciąż emanuje ciepłem słońce, ich korony w kolorach bursztynu i cynobru ocieniają parkowe ścieżki. Powietrze pachnie łagodnym górskim wiatrem. Idziemy ścieżką w dół, mijając zbiorniki tak potrzebnej tu latem deszczówki. Obok kran ze źródlaną wodą, przy którym wisi aluminiowy kubek dla spragnionych. Idziemy na cmentarzyk. Pochowani są tu wszyscy, których zabrał Pan w Tibhirine. Kilkanaście grobów. Te starsze odcinają się jakoś od siedmiu najmłodszych. W tych ostatnich tylko głowy zakonników, nic więcej.

Wracamy w kierunku zabudowań. W kapitularzu pamiątki po trapistach. Przy drzwiach wiszą przy sobie, jakby stłoczone, białe habity. Jest ich siedem. Na jednej ścianie wiersze brata Christophe'a, obok laska brata Amédée. Stare telefony, żelazka, rolnicze sprzęty, dawne mapy i zdjęcia. Ale na półkach powidła i soki z tego sezonu.

Eugène jest dyskretny, ale widać, że rozpiera go duma, kiedy próbuję tutejszego sera. W istocie smakuje jak żaden inny. Ma lekki migdałowy aromat. Pachnie piniową żywicą i orzechami włoskimi, śmietaną i szafranem. Odkrawam lekki jak powietrze plasterek i zastanawiam się, jak upchnąć w plecaku cały serowy krążek i zabrać do domu. – Musisz tu wrócić – mówi Eugène i wydaje mi resztę w algierskich dinarach. – Oni niedługo będą świętymi. Zabłysną jak kolorowe ludzkie fantomy w roziskrzonych światłem witrażach kościołów. W istocie. Zbliża się termin beatyfikacji. Ludzie znów zejdą się na dziedzińce kościołów jak wtedy, w Paryżu 28 maja 1996 roku, kiedy żegnał ich wielotysięczny tłum. Czego będą wtedy symbolem? Śmierci czy zmartwychwstania?

* * *

Za życie utracone, całkowicie moje i całkowicie ich, dziękuję Bogu, który jak gdyby tylko dla tej Radości je stworzył, radości ze wszystkiego i mimo wszystko. Do tego „dziękuję" za całe moje życie wraz z tym, co jeszcze może się w nim zdarzyć, włączam Was wszystkich, przyjaciół dawnych i dzisiejszych, i Was przyjaciół tu na miejscu, a także moją matkę i ojca, siostry i braci, i ich rodziny – moje stokrotnie przyrzeczone dzięki! A także ciebie, przyjacielu mojej ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, ciebie też do mojego „dziękuję" włączam i do mojego „A Dieu – Z Bogiem", którego widzę także w twojej twarzy. By dane nam było się spotkać, jak dobrym łotrom, w raju: bo tak spodobało się Bogu, który jest Ojcem nas obu. Amen. Inch'Allah" – pisał trzy lata przed śmiercią Christian de Chergé.

Absolutnie nie wierzę w jego zdolności profetyczne. Myślę, że tym swoim testamentem oswajał śmierć, która była tyleż racjonalna, co niechciana. Ludzie, także trapiści, są po to, żeby żyć, a nie umierać. Jednak co innego jest ważne. Uczucie, którym darzył swoich muzułmańskich sąsiadów. Byli jego braćmi. Pracował dla nich, służył im, próbował odpokutować za grzechy, które dopuścił się tu francuski kolonializm. Przekonać, że Bóg jest tylko dobrem. Miłował ich tak, jak Chrystus umiłował świat. I może jego „przyjaciel ostatniej minuty", o którym pisał w testamencie i który pewnie wciąż żyje, po latach to zrozumiał. Nie jestem pewien, ale mam nadzieję.

Plus Minus