Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Co my właściwie świętujemy?

23-12-2017, ostatnia aktualizacja 23-12-2017 11:50

Wesołych Świąt. Pogodnych Świąt. Zdrowych i szczęśliwych. Świąt (jeszcze) Bożego Narodzenia czy (już) bez-bożnych?

Jednym z elementów tradycji bożonarodzeniowej  są szopki. Pierwszy krakowski konkurs szopek odbył się  21 grudnia 1937 r.
autor: Piotr Guzik
źródło: Fotorzepa
Jednym z elementów tradycji bożonarodzeniowej są szopki. Pierwszy krakowski konkurs szopek odbył się 21 grudnia 1937 r.
autor: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
źródło: materiały prasowe

Współczesny adwent zaczyna się w sklepach tuż po Zaduszkach wraz z pierwszymi bożonarodzeniowymi promocjami i bijącymi po oczach świątecznymi dekoracjami. Jego rytm wyznaczają potem Black Friday, Cyber Monday, a wreszcie „ostatni termin, w którym złożenie zamówienia gwarantuje dostawę przed świętami". W tym roku eksperci uprzedzali, że jest to mniej więcej 15 grudnia. Im bliżej Wigilii, tym bardziej groteskowe oferty znajdujemy w skrzynkach pocztowych. „Nie czekaj na Boże Narodzenie, już dziś podziel się z bliskimi świąteczną pizzą!". Nareszcie ktoś śmiało zmierzył się z naszą kulinarną tradycją... Zarazem przed świtem na ulicach wciąż widać sylwetki zmierzających na roraty wiernych – tych dorosłych i tych najmniejszych, którzy bardzo przejęci swoją rolą niosą do kościoła świece w adwentowych lampionach. Jakie są święta, które przychodzą po adwencie rozpiętym między duchowym przeżyciem a polowaniem na promocje? Co wygrywa w polskiej duszy w tych dniach, gdy Kościół wspomina narodzenie Pana, chwilę, w której Syn Boga wkroczył w ludzką historię? Czy wiara w Niego ma wciąż moc zmieniania życia? Zapytaliśmy o to ludzi, których opinia stanowi w polskiej debacie ważny punkt odniesienia.

o. Maciej Zięba, dominikanin, fizyk, teolog i filozof

Pytanie o religijny wymiar świąt Bożego Narodzenia jest dziś pytaniem o to, czy szklanka jest do połowy pusta czy też pełna. Rzeczywiście, święta Bożego Narodzenia mocno się komercjalizują. Mamy do czynienia z nachalną, wręcz agresywną komercją, która wykorzystuje religijne symbole i jeszcze niedawno była widoczna dopiero od początku Adwentu, a obecnie jej atak zaczyna się tuż po Dniu Zadusznym. Pewnie może być jeszcze gorzej, bo właśnie przeczytałem nostalgiczny tekst dziennikarza „The Guardian", że wśród 376 wzorów bożonarodzeniowych kartek firmy Hallmark zaledwie pięć odwołuje się do chrześcijaństwa. To jest ta zeświecczona część świąt, gdzie szklanka jest w połowie pusta.

Ale szklanka jest również do połowy pełna. Wystarczy spojrzeć na tłumy ludzi wypełniające na roratach nasze świątynie, zarówno w małych, jak i dużych miejscowościach. Tak samo jest z rekolekcjami adwentowymi. To jest zwyczaj, który w Polsce pięknie się przyjął i bardzo dobrze funkcjonuje. Spójrzmy także na te ogromne, wielogodzinne kolejki do spowiedzi. Polacy przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia nie tylko w kolejkach po zakupy.

Trzeba też wspomnieć o masowo rozwijających się charytatywnych jarmarkach świątecznych czy przygotowywaniu paczek dla ubogich. Biorą w tym udział setki tysięcy wolontariuszy. Mamy też świece Caritasu – pieniądze ze sprzedaży tych milionów świec przekazywane są potrzebującym dzieciom, a znaczna część dochodu dociera do dzieci z najuboższych krajów świata. Tak więc symptomy religijnego wymiaru świąt nie są tak medialne, jak komercyjne, ale nie wolno ich nie dostrzegać. To, czego dzisiaj brakuje, to podkreślanie eschatologicznego wymiaru Adwentu. W I Rzeczypospolitej lepiej o nim pamiętano. Od czasów Piastów król – w czasie rorat – stawiał na ołtarzu zapaloną świecę, mówiąc: „Gotów jestem na Sąd Boży". Za nim szedł ze świecą prymas i mówił paratus sum ad adventum Domini, a po nich podchodzili przedstawiciele innych stanów, senator, szlachcic, żołnierz, kupiec i chłop, powtarzając słowa króla, bo wobec sądu Boga wszyscy jesteśmy równi.

Wiara, w ujęciu nie tylko chrześcijańskim, ale szerszym, jest przekonaniem, że rzeczywistość jest większa, piękniejsza i bardziej tajemnicza niż ta sprowadzana do czysto materialnego i pragmatyczno-obliczalnego wymiaru. Ludzie, którzy mówią, że są niewierzący, tak naprawdę wierzą w mnóstwo rzeczy. Choćby w to, że ludzie są równi. Jesteśmy otoczeni wiarą. Wiara – jak nauczał włoski filozof i teolog Anzelm, późniejszy arcybiskup Canterbury – winna szukać zrozumienia, trzeba ją racjonalizować, jak to robimy my – chrześcijanie. A jeśli wiara nie szuka zrozumienia, to ucieka w zabobon. I mimo że obecnie żyjemy w XXI wieku, to popularność magii, tarotów, horoskopów czy wróżenia jest większa niż w średniowieczu. Słusznie zauważał Chesterton, że jak się nie wierzy w Boga, to wtedy wierzy się nie w nic, lecz wierzy się w byle co.

Moja wiara? Całkowicie zmieniła me życie. Zaczęło się na studiach. Studiowałem fizykę, która rozsadziła mój racjonalistyczno-scjentystyczny obraz świata i pokazała, że świat jest bardziej cudowny, tajemniczy i wspaniały, niż wcześniej myślałem. W fizyce bowiem kategoria piękna – tego, co niemierzalne – jest podstawową kategorią. To zburzyło mój naiwnie naukowy światopogląd. Ponadto zaangażowałem się w działalność opozycyjną. I ten fakt brutalnie postawił przede mną pytanie o podstawowe wartości. O to, czy istnieją wartości, za które warto wylecieć z wilczym biletem ze studiów, czy też ewentualnie znaleźć się za nie w więzieniu? To było wezwanie przesłane przez Pana Boga i przymuszenie do fundamentalnych przemyśleń – do otwarcia się na Niego. A jak już się otworzyłem i wyruszyłem, to Pan Bóg mnie konsekwentnie prowadzi tam, gdzie nie chcę. Ale muszę przyznać, że zawsze ma ciekawsze plany, niżbym sam to potrafił wymyślić. ©℗ –not. lub

prof. Wojciech Noszczyk, nestor polskiej chirurgii i historyk medycyny

Sądzę, że w większości polskich rodzin Boże Narodzenie to zarówno święta rodzinne, jak i religijne. W mojej rodzinie Wigilia to wesołe świąteczne spotkanie z najbliższymi, dzielenie się opłatkiem, tradycyjna wieczerza, radosne rozdawanie prezentów leżących pod choinką. I śpiewanie kolęd, które nam niezbyt wychodzi.

Natomiast po pasterce lub porannej mszy świętej przychodzi okres zadumy. Czytam Pismo Święte, listy Jana Pawła do chorych i lekarzy, myślę o Bogu, zastanawiam się nad własnym życiem. Popołudnia świąteczne to rodzinne spotkania: u synowej w pierwszy dzień świąt, a drugiego dnia u córki.

Uważam, że wiara w Boga i, co za tym idzie, przestrzeganie jego przykazań potrzebne jest nam do godnego, przyzwoitego życia. Wiara pełni istotną rolę również w moim zawodzie. Lekarz wierzący, lecząc ciało chorego, nie zapomina również o jego potrzebach duchowych. ©℗—not. puo

Jacek Dziedzina, dziennikarz i publicysta, wydawca i autor książek

Wróciłem właśnie z Jerozolimy. Miasta, które jak żadne inne na świecie skupia w sobie największe ludzkie emocje, gdzie życie według zasady „jeden przeciw drugiemu" jest osią tamtejszych podziałów i nierozwiązywalnych po ludzku konfliktów. Boże Narodzenie to jedyna alternatywa dla tego świata i dla wszelkich sytuacji patowych, w jakich się znajdujemy. Narodzenie Boga to dowód na to, że Bóg jest po stronie człowieka. Dosłownie – bo stał się jednym z nas – i w sensie najgłębszym – przyszedł po to, by żadne oskarżenie przeciwko nam nie miało już ostatniego słowa.

Możliwe, że przeżywanie świąt tylko na poziomie tradycji, o komercyjnej karykaturze nie mówiąc, przysłania nam trochę tę prawdę. Ale większą blokadą dla jej przyjęcia jest nie tylko nasze przywiązanie i skrupulatność w wyliczaniu, wytykaniu i nazywaniu cudzych słabości, ale również oskarżaniu samych siebie (choć to już najczęściej, gdy nikt nie słyszy). Tymczasem Bóg jest z nami niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy uwikłani w różne sytuacje życiowe.

Boże Narodzenie, które ma swoje dopełnienie w Wielkanocy, oznacza, że odtąd już zawsze jest wyjście dla człowieka; że przy całej słabości naszych relacji rodzinnych, zawodowych, przy całej ułomności struktur społecznych i politycznych, które tworzymy, zawsze istnieje inna perspektywa. To dlatego wiara w Chrystusa daje coś, czego nie da najlepsza psychoterapia. Dziś na Zachodzie gabinety psychoterapeutyczne traktowane są trochę jak substytut religii i wiary, psychoterapeuci zaś zastępują spowiedników. Owszem, dobry psychoterapeuta i zdrowa psychoterapia może być bezcenna, ale to dopiero wiara daje nam pewność, że ostatnie słowo nie należy do naszych porażek. Nie ze względu na jakieś „techniki doskonalenia emocjonalnego", tylko ze względu na moc Tego, który – ryzykując odrzucenie – stanął po stronie człowieka. ©℗—not. lub

Irena Lasota, politolog, publicystka

Wychowywałam się w rodzinie niewierzącej, ale pamiętam, że w Polsce zawsze mieliśmy choinkę, prawdziwą, która ślicznie pachniała. I mimo że Boże Narodzenie nie miało dla nas znaczenia religijnego, to obchodziliśmy te święta bratersko – z sąsiadami czy przyjaciółmi, dla których bywał to okres związany z przeżyciami duchowymi. W czasach mojego dzieciństwa, czyli głównie w latach 50., nie wypadało obchodzić tych świąt. Pamiętam, jak próbowano zastąpić je świętowaniem nadejścia nowego roku, a Świętego Mikołaja Dziadkiem Mrozem. Ale to się nie przyjęło.

Teraz mieszkam w Stanach Zjednoczonych, gdzie Boże Narodzenie jest przede wszystkim dużym, handlowym świętem, które rozpoczyna się już w październiku. To wtedy zaczynają pojawiać się pierwsze jaskółki zapowiadające święta. I nawet wśród religijnych rodzin i tych, którzy mocno deklarują swoje przywiązanie do chrześcijaństwa, te święta są obchodzone z dużo mniejszą powagą niż ma to miejsce na przykład w Polsce. Właściwie Wigilia jest obchodzona tylko przez ludzi, którzy pochodzą z krajów, w których tradycja tego wieczoru nadal ma swoje miejsce w kulturze. W Polsce jest i drugi dzień świąt. Amerykanie, brytyjskim zwyczajem, obchodzą tylko pierwszy dzień, 25 grudnia, zaś drugiego dnia jest tzw. boxing day, gdzie znowu wracamy do tego handlowego elementu świąt. Bo w tym dniu wymieniane są w sklepach te podarki, które niekoniecznie przypadły nam do gustu. Czasami przekazuje się je innym.

Oczywiście nie jest to regułą, ale w większości przypadków święta Bożego Narodzenia są dla nas – Amerykanów – przede wszystkim czasem wielkiego obżarstwa, świętem pozbawionym głębszej treści. Ja staram się to omijać. Są oczywiście organizacje i ludzie, którzy w tym dniu szczególnie zajmują się biednymi i bezdomnymi, i tę atmosferę lubię. Na przykład w tym roku zebrałam wśród sąsiadów 12 (symbolika przypadkowa) koców. Uczestniczę raczej w świątecznych spotkaniach „ekumenicznych", gdzie z okazji Bożego Narodzenia gromadzą się przyjaciele, i katolicy, i protestanci, i Żydzi, czasem muzułmanie i wielu ateistów. Katolicy objaśniają innym, nierzadko także protestantom, jakie jest znaczenie Wigilii, jakie są zwyczaje, w co wierzą, kim jest dla nich Bóg. To wszystko odbywa się w kręgu moich bliskich przyjaciół, gdzie ludzie najzwyczajniej w świecie starają się zrozumieć inne religie, a czasem nawet ludzie niewierzący szukają tam treści metafizycznych.

Dopiero wtedy odnoszę wrażenie, że ludzie potrafią poczuć także coś głębszego, coś, co odbywa się poza obżarstwem i podarunkami. Niekoniecznie jest to nawet związane z kwestiami religijnymi. Po prostu można wtedy dostrzec szacunek i tolerancję do drugiego człowieka. Takie spotkania wigilijne rzeczywiście dają człowiekowi nadzieję, że kiedyś będzie lepiej, bo wydaje mi się, że dziś brakuje nam właśnie tego zrozumienia. Zwłaszcza kiedy przypatrzymy się toczącym się wokół nas konfliktom. Wtedy zauważymy, że nawet jeśli wszystkie religie monoteistyczne odwołują się do tej samej istoty, to od wieków bardziej ludzi dzielą, niż łączą. ©℗

—not. kapla

Tomasz Rożek

dziennikarz naukowy, fizyk, popularyzator nauki

Zdaję sobie sprawę z biznesowego aspektu świąt. Tego chyba nie da się uniknąć, zresztą nie widzę w tym nic złego. Nie przeszkadza mi, gdy idąc ruchliwą ulicą czy po centrum handlowym, słyszę nawet nie kolędy, które dziś uchodzą trochę za niepoprawne politycznie, ale – powiedzmy – pastorałki albo bożonarodzeniowe melodie. I to już od Wszystkich Świętych! Ale aspekt komercyjny jest tylko dodatkiem do religijnego wymiaru świąt.

W świętach Bożego Narodzenia najważniejsze jest pewnego rodzaju zatrzymanie się i oczekiwanie na to, do czego przygotowuje nas adwent, czyli do narodzenia Jezusa. To jest najważniejsze, a same Boże Narodzenie jest świętowaniem tego momentu. Dla mnie Pan Bóg jest drogowskazem. Oczywiście na krótszy dystans można się posługiwać różnymi ideami czy filozofiami, ale w dalszej perspektywie, przynajmniej ja tak to odbieram, istotne jest to, że na końcu, na horyzoncie jest punkt, w którego kierunku powinienem zmierzać. Czy ja w to miejsce dojdę – tego nie wiem. A nawet jeżeli dojdę, to na pewno nie prostą drogą. Natomiast On tam jest.

Chciałbym, by wszystko co robię, było wypełnieniem zasad wynikających z wiary chrześcijańskiej. To jest ideał, do którego chcę dążyć, zapewne czasem wychodzi mi to lepiej, czasem gorzej. Trudno powiedzieć, jakim byłbym człowiekiem, gdybym na przykład nie chodził do kościoła.

W tym wszystkim raczej nie chodzi o to, by na wyścigi dążyć do punktu, o którym wcześniej wspomniałem. Nie bierzemy udziału w biegu sprinterskim, gdzie wiadomo, w którą stronę biec, gdzie sprinterzy, stając na starcie, widzą metę. Raczej bierzemy udział w biegu przełajowym, w którym otrzymujemy pomoc, mapę. Dla mnie taką pomocą jest wiara, ale nie ma absolutnej gwarancji, że ten, kto chodzi do kościoła, dotrze do celu najwcześniej i najprostszą drogą. Każdy z nas wie, że ma pomoc, drogowskaz, ale absolutnie nie jest to gwarancją sukcesu. ©℗

—not. lub

Paweł Milcarek

założyciel i redaktor naczelny „Christianitas", filozof, historyk, publicysta

Każde święto jest rytuałem, który pomaga nam przyjąć do swojego życia tajemnicę. Tak jest też ze świętami Bożego Narodzenia i obecność jego rytuałów wcale nie pozbawia ich duchowej wartości. Jest wręcz odwrotnie. Rytuały wytworzone wokół świętej tajemnicy Narodzenia Jezusa są zawsze szansą, by do tej tajemnicy dojść osobistą drogą. Także wtedy gdy religijny sens komuś chwilowo umyka, tradycyjna otoczka kulturowa może go przywołać. Wszystko to, co w trakcie wieków zaczęło towarzyszyć tym świętom – choinka, różne zwyczaje, dania itp. – może być drogą do wnętrza tego święta. Piękny jest zwyczaj pozostawiania pustego miejsca przy stole, bo dzięki niemu każdy z nas właśnie w święta Bożego Narodzenia może sobie zadać pytanie, czy postawieni w takiej sytuacji naprawdę przyjmiemy do siebie kogoś, kto potrzebuje pomocy. I nie musimy od razu szukać kogoś na ulicy i go zapraszać, ale to puste miejsce co roku pokazuje nam naszą gotowość do niesienia pomocy.

Atrakcyjność Boga nie zmienia się wraz z upływem czasu. To my mniej lub bardziej utrudniamy sobie zauważenie potrzeby istnienia Boga, Jego bliskości. Dziś łatwiej jest żyć, nie podejmując żadnych trwałych zobowiązań lub przeskakując z jednego nastroju w drugi. Docenienie Boga jako prawdy, wiara w to, że jest najwyższym dobrem, rozpoznanie go jako zbawcy – te rzeczy z trudem przychodzą współczesnemu człowiekowi. A Bóg się nie zmienia. Rodzi się dla nas jako człowiek po to, by być bliżej ludzi.

Zauważamy, że również ludzie w społeczeństwach chrześcijańskich bywają dalecy od ideału. Niektórzy załamują ręce i mówią: „proszę, to właśnie chrześcijanie – wierzą w Boga, wieszają krzyże, odmawiają modlitwy, a diabła mają za skórą". Ale przecież nikt nam nie obiecywał całkowitego wyplenienia grzechu i małości na tej ziemi. Niemniej w Polsce w dalszym ciągu żyjemy w świecie pojęć chrześcijańskich. I nawet jeśli czasami stają się one pewnym parawanem obłudy poszczególnych ludzi czy środowisk, to mimo wszystko nie warto zajmować się ich przewracaniem, bo nawet te parawany czasami czegoś uczą i pokazują dokąd pójść. Tam gdzie w imię walki z obłudą przecina się te cienkie nitki łączące słabych ludzi z Bogiem i Jego prawdą, tam zabiera się, zwłaszcza najbardziej samotnym, ostatnią pomoc. ©℗—not. kapla

Janusz Kapusta

rysownik, malarz, scenograf

Niektórzy ludzie przeżywają święta Bożego Narodzenia w sposób wyjątkowy i wzniosły, ale są też tacy, dla których religijny wymiar świąt nie ma aż takiego znaczenia, są dla nich pospolitym rytuałem. Ale nawet powierzchowny rytuał też potrafi ulepszać ludzi. Przez chwilę – nawet myśląc tylko o prezentach dla drugiego – stają się lepsi.

Nie męczy mnie więc pewna powierzchowność towarzysząca świętom. Jeżeli niektórzy ludzie lubią komercyjną otoczkę i taki jest stan ich duchowości, to widocznie takiej potrzebują. Najważniejsze, że święta – nie tylko Bożego Narodzenia – zmieniają ludzkie postawy na lepsze. Mamy poczucie, że świętość jest ważna.

Osobiście mam pewien problem z wiarą. W upojnych latach socjalizmu, jeszcze kiedy chodziłem do szkoły, miałem ocenę bardzo dobrą z tego, że Bóg jest, i bardzo dobrą z tego, że Boga nie ma. Na studiach, mając 20 lat, zacząłem myśleć na własny rachunek; moje wyobrażenie o świecie i o Bogu wtedy się rozsypało, nie mogłem znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Szukałem ich w przeszłości, czytając książki. Nie znalazłem. Szukałem w teraźniejszości, też bez zbytniego sukcesu. Jedni mówili, że Bóg istnieje, inni retorycznie pytali: „Gdzie jest Bóg, skoro doszło do Holokaustu?". Jedyną więc nadzieją pozostawała przyszłość. Jeżeli pamięć jest odpowiedzialna za przeszłość, a za teraźniejszość – zmysły, tę część, gdzie może w nas zaistnieć coś, czego nigdy i nigdzie nie było, nazwałem wyobraźnią i postanowiłem ją rozwijać.

Ciągle poszukuję, odkryłem nawet pewne fakty, które wskazują na to, że świat nie jest tak bardzo przypadkowy, jak myślałem wcześniej. To wszystko jest skomplikowane. Uważam się za katolika, od czasu do czasu uczestniczę w życiu Kościoła, i ta tradycja jest dla mnie ważna, ale sam dalej szukam odpowiedzi na swoje pytania. Wydaje mi się, że jednym z najdowcipniejszych osiągnięć Boga jest to, że stworzył ludzi, którzy w Niego nie wierzą. ©℗

— not. lub

Joanna Szczepkowska

aktorka, pisarka, felietonistka i pedagog

Może wydawać się, że w ostatnich latach zalewa nas świąteczna komercja, ale przecież każdy z nas widzi obok siebie takie rodziny, które naprawdę świętują i dla których wiara w to, że przychodzi do nas Bóg jest ważna. Tyle że takich osób nie zobaczymy w telewizji, a na ogół to właśnie stamtąd czerpiemy obraz świata. Szaleństwo konsumpcyjne, które tam króluje, powoli opanowuje także rzeczywistość, widać to zwłaszcza w dużych miastach, gdzie ludzie zapominają, co tak naprawdę świętujemy, kiedy mówimy o Bożym Narodzeniu. Jednak na szczęście nie jest to pełny obraz, bo jest wielu ludzi, którzy traktują te święta jako przeżycie religijne, a nie tylko symboliczne.

Wpływ na taki obraz świąt Bożego Narodzenia mają przede wszystkim reklamy, które zagarniają w tej chwili wszystkie sfery duchowości. Kiedy takie słowa jak „Bóg" czy „świętość" zaczęły służyć sprzedaży, w naszych oczach ogromnie zmalało ich znaczenie. Przez to też pojęcie boskości powoli się rozmywa i stąd wielu ludzi przeżywa poważne wątpliwości co do istnienia Boga. Na pewno nie pomaga nam w tym życie w nieustannym pędzie, kiedy nie mamy już czasu na to, by w sercu i w głowie o nim pomyśleć. Bo głównie troszczymy się o swój byt – o powiększanie majątku, o kolejne prezenty, o lepszy samochód niż ten, który ma nasz sąsiad.

A przecież, kiedy mówimy o Bogu, to bardzo trudno ustawiać go na jakimkolwiek innym miejscu niż pierwsze. Nawet jeśli mamy do czynienia z wojującymi ateistami, to dla nich nieistnienie Boga jest podstawą głoszonych przez nich przekonań. A w gruncie rzeczy często nasza niewiara wynika z tego, że nie podejmujemy się jakiegokolwiek wysiłku myślenia o Bogu. Właściwie nawet nie można nazwać tego niewiarą. Jest to raczej powierzchowne życie duchowe. Bóg staje się dla nas po prostu jedną z kulturowych sfer, które człowiek sobie wytworzył i które może w każdej chwili porzucić. Jednak wystarczy zetknąć się z osobą obdarzoną łaską prawdziwej, głębokiej wiary, żeby zobaczyć, jak wielkie obszary naszej duchowości są dla nas niedostępne i jaka pustka panuje w życiu pozbawionym Boga. ©℗

—not. kapla

Bronisław Wildstein

publicysta, dziennikarz i pisarz, członek Narodowej Rady Rozwoju

Boże Narodzenie powoli przejmowane jest przez gwałtowny merkantylizm, konsumpcjonizm, wykorzystywane przez korporacje, ludzi zajmujących się komercją – do tego, by zwiększać obroty handlowe. Treść religijna, która jest w nich podstawowa, powoli wyparowuje. W Polsce, na szczęście, ten proces nie jest jeszcze tak zaawansowany, jak w Europie Zachodniej. Mam nadzieję, że to nie będzie u nas szybko postępować, gdyż wymiar religijny Bożego Narodzenia ma podstawowe znaczenie – bez niego święta te tracą swój sens.

W zachodniej Europie religijność, zwłaszcza katolicyzm, w dużej mierze obumiera. Jeśli wymiar religijny konsekwentnie będzie eliminowany ze świąt, to z czasem przestaną one cokolwiek znaczyć. Będzie to czas, w którym ludzie będą sobie dawali jakieś prezenty, albo niekoniecznie będą dawali coś naprawdę.

To zasadniczy problem liberalizmu, który jest ideologią pasożytniczą i mógł narodzić się jedynie w tej konkretnej kulturze, wyrosnąć z określonej antropologii, koncepcji godności człowieka i roli jednostki ludzkiej – tam gdzie, jak w judeochrześcijańskiej tradycji, człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga. Liberalizm ma zatem religijny rodowód, ale z czasem, jako pasożytnicza idea, skonsumował swoje otoczenie kulturowe, zniszczył je. W związku z tym działa przeciwko sobie samemu, gdyż po rozmontowaniu cywilizacyjnych fundamentów liberalizm zmierza do swego samozaprzeczenia.

Nie znamy kultury, która nie byłaby ufundowana na religii. Mówi się, że w tej chwili w zachodniej Europie pojawił się jej nowy, świecki wariant. Ale można mieć co do tego wiele wątpliwości, jako że mówimy o bardzo krótkim okresie rozwoju cywilizacji. Czy naprawdę kultura bez religii może przetrwać? Uważam, że nie.

Kultura wyrasta z religii, a to ona tworzy człowieka. Bez kultury nie ma człowieka, bo kultura przekracza jego czysto biologiczne bytowanie. Zatem pytanie o to, po co nam religia, to w zasadzie pytanie o nas samych – po co jest człowiek. ©℗—not. puo

Brygida Grysiak

dziennikarka TVN 24

Żyjemy coraz szybciej, każdego dnia bierzemy na siebie coraz więcej obowiązków, chcemy jak najpełniej wykorzystać każdą chwilę. W święta doświadczamy tego jeszcze bardziej. Widzę to nawet wśród znajomych, którzy chcą się przecież jak najlepiej przygotować do świętowania, chodzą z dziećmi na roraty, uczestniczą w rekolekcjach. Nie mogłabym więc powiedzieć, że duch Bożego Narodzenia całkowicie w nas umarł, a jedyne, z czym kojarzymy ten czas, to komercja czy pusty rytuał.

Jednak kiedy brakuje nam na wszystko czasu, pędzimy przez życie, dzieląc się nim na bieżąco z innymi na portalach społecznościowych, to nasze życiowe priorytety niepostrzeżenie tracą na znaczeniu. Ważniejsze staje się przygotowanie domu, ubranie choinki, kupienie prezentów, upieczenie pierników, sfotografowanie ich i wrzucenie do sieci, żeby inni mieli szansę je zobaczyć. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, traktuję to raczej jako symbol czynności, które determinują przedświąteczny czas, a nie zawsze przecież muszą. My oczywiście ciągle jesteśmy przekonani, że najważniejsi są dla nas bliscy, rodzina, przyjaciele czy nawet wiara i Bóg, ale de facto te wartości, ci ludzie czasami schodzą na dalszy plan. Choć przecież tego nie chcemy. Dziś już wiem, że kiedy Bóg przestaje być centrum mojego życia, nic nie jest w nim na swoim miejscu.

Dlatego też święta, mimo tego zabiegania i chęci domknięcia wszystkich spraw, to jednak przede wszystkim czas na opamiętanie się, złapanie oddechu i dobrej perspektywy. Na próbę zrozumienia na nowo, co tak naprawdę staje się właśnie naszym udziałem. Bóg znowu do nas przychodzi, znowu rodzi się dla nas w tej obskurnej, zimnej stajence. Święta to dobry czas, żeby pomyśleć nad tym, co tak naprawdę robimy ze swoim życiem. Czy jest ono jak ta betlejemska stajenka, w której przyszedł na świat Bóg? Czy raczej jak te kolejne gospody, w których nie było dla Niego miejsca? Tak sobie myślę, że w świecie, gdzie tryumfują wirtualne relacje, gdzie życie wielu przeniosło się do internetu, święta Bożego Narodzenia to dla nas bezcenny prezent. Spotkania z żywym człowiekiem, nie tylko przy wigilijnym stole. A przy tym spotkania z żywym Bogiem.

Symboliczne jest dla mnie to, co robi w tym roku w Warszawie Wspólnota Sant'Egidio. Zamiast wigilii z ubogimi i bezdomnymi przed świętami Bożego Narodzenia, organizuje obiad w Boże Narodzenie. Żeby podzielić się z Nimi nie tylko opłatkiem i jedzeniem, ale żeby z Nimi naprawdę świętować, naprawdę być. Boże Narodzenie to czas na pytania, ile z siebie daję innym. I czy daję to, co mam najlepszego, czy tylko to, na czym mi zbywa. Bóg dał nam swojego Syna. Więcej dać nie mógł.

Często brakuje nam tej żywej wiary, czyli takiej, której doświadczają ludzie mający Boga w sercu i niosący go innym. Łatwiej jest nam deklarować naszą wiarę, wynosić ewangelię na sztandary i wykorzystywać ją przeciwko drugiemu człowiekowi. To albo niczego nie zmienia, albo zmienia na gorsze. Ale żywa wiara, niesiona drugiemu człowiekowi, bez względu na to, czy w polityce, na ulicy w pracy, czy w domu – może zmienić wszystko i w każdym aspekcie naszego życia może przynieść dobre owoce. ©℗—not. kapla

Prof. Paweł Śpiewak

socjolog, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego

Zawsze miałem wrażenie, że święta Bożego Narodzenia są świętami bardzo polskimi. Tradycja rodzinnej kolacji wigilijnej, potem wspólne uczestnictwo w pasterce – to wszystko oddaje religijny wymiar tych świąt. Niezwykle ważne jest to, że w Polsce podczas świąt poczucie więzi rodzinnych i wspólnoty jest silne.

Wiara, jak była nam potrzebna tysiąc czy sto lat temu, tak jest nam potrzebna dzisiaj. Nic w tej kwestii się nie zmieniło. Wielu ludzi nie wyobraża sobie istnienia bez odniesienia do pewnej transcendencji; nie potrafi zrozumieć ludzkiego losu bez odniesienia do Boga. Także ja nie mogę sobie wyobrazić kogoś, kto w naszej kulturze starałby się myśleć o ludzkim powołaniu czy istnieniu bez znajomości Księgi Hioba czy Nowego Testamentu.

Dla mnie osobiście wiara jest bardzo ważna, choć tak naprawdę nie wiem, co to słowo oznacza. Najważniejsza jest bowiem Biblia i to, co z niej wynika, i co w niej jest zakorzenione. Przekłada się to także na moje zainteresowania i działalność publiczną. W końcu co tydzień w „Tygodniku Powszechnym" publikowane są moje komentarze do fragmentów Biblii. Robię to od ładnych kilku lat i nie zamierzam rezygnować. ©℗—not. lub

Małgorzata Terlikowska

publicystka

Współczesna kultura sprawia, że Boże Narodzenie przestaje być postrzegane jako święto religijne i pamiątka przyjścia na świat Jezusa Chrystusa. Widzimy to na bardzo różnych płaszczyznach. Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką, kartki świąteczne w zdecydowanej większości zawierały elementy religijne. Teraz te same kartki są tego pozbawione. Z kolei na imprezach firmowych składamy życzenia spokojnych świąt i nikomu przez gardło nie chce przejść, że są to święta Bożego Narodzenia. W Stanach Zjednoczonych prezydent Donald Trump spotkał się z krytyką, kiedy powiedział, że z powrotem będzie życzył Amerykanom „Merry Christmas", a nie – tak jak za prezydentury Baracka Obamy – „Happy Holidays".

Popatrzmy też na to, co się dzieje chociażby wokół bożonarodzeniowych szopek. Co jakiś czas z Belgii, Francji czy Holandii napływają do nas informacje o tym, że burmistrz takiego a takiego miasta wydał rozporządzenie, że nie można ich budować, bo ktoś może poczuć się urażony. Albo jeśli już jakaś szopka powstanie, to najlepiej by było, gdyby była ona pozbawiona jakichkolwiek elementów religijnych, albo by wręcz promowała pewne określone ideologie wrogie chrześcijaństwu, tak jak miało to miejsce w przypadku szopki, w której nad żłobkiem z Dzieciątkiem klęczało dwóch Józefów. Takie działania skutkują tym, że ludzie nie wiedzą już, co tak naprawdę świętują. Pokazały to choćby ostatnie badania przeprowadzone wśród dorosłych Brytyjczyków. 20 proc. z nich było przekonanych, że pamiątkę narodzin Jezusa świętuje się w Wielkanoc.

To tylko kilka przykładów, które pokazują, jak aspekt religijny świąt Bożego Narodzenia jest w jawny sposób eliminowany i to na naszych oczach. Ale to, czy poddamy się temu trendowi i czy poddadzą się temu nasze dzieci, tak naprawdę zależy już tylko od nas. Jeśli chcemy wychowywać dzieci w wierze i chcemy, by rzeczywiście te święta były dla nich pamiątką narodzenia Jezusa, to będziemy je do takiego świętowania przygotowywać – budując szopkę, czytając Biblię, chodząc na roraty. My wcale nie musimy poddawać się temu dyktatowi kultury.

Tam, gdzie nie ma Boga, jest tylko głęboka pustka. Gdzie nie ma Boga, tam wkracza depresja i beznadzieja. Bo ludzie potrzebują jakiegoś odwołania się do sacrum, do czegoś znacznie większego. Jeśli nie jest to Bóg, to w życie wkraczają różnego rodzaju bożki – telewizor, internet, zakupy, pieniądze, popularność. Ludzie zamieniają kościoły na centra handlowe i tam zaczynają bożonarodzeniowe świętowanie – z każdym rokiem coraz wcześniej. W Kościele nie ma nawet jeszcze Adwentu, a w świątyniach konsumpcji wszystko jest już nastawione na to, żeby zaglądać nam do portfeli, by przygotować „magiczne" spotkanie z rodziną. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma w tym niczego złego, że przecież czas świąteczny to czas dla rodziny. Nie neguję tego. To też jest ważne i potrzebne, ale Boże Narodzenie to jednak coś więcej. ©℗

—not. kapla

Ewa K. Czaczkowska

dziennikarka, pisarka, historyk, wykładowca UKSW

To, jak przeżywane są święta Bożego Narodzeni,a zależy od danej osoby, rodziny i środowiska, ale wydaje mi się, że dla większości ludzi mają one wciąż głęboki wymiar religijny i duchowy, chociaż oczywiście w różnej skali. Bez wątpienia widać też wiele pustki duchowej, którą często próbujemy wypełnić przedświąteczną nadaktywnością, komercją. Jesteśmy zbudowani z materii i ducha, dlatego złapanie balansu między tymi dwoma elementami jest konieczne i jednocześnie szalenie trudne. Chyba szczególnie przed świętami Bożego Narodzenia.

Bóg, który do nas na nowo przychodzi w te święta, jest, był i będzie. On jest zawsze obecny, jest przy nas, przy mnie każdego dnia, w każdym momencie mojego życia. Świadomość, że On nigdy nie zawiedzie, że poprowadzi, że jest – daje mi poczucie siły, bezpieczeństwa, poczucie bycia kochaną bezwarunkowo. Bóg ciągle zaskakuje, objawiając się w ludziach, w różnych codziennych sytuacjach. Nie wyobrażam sobie już życia bez ciągłego odniesienia do Niego.

Bez wątpienia świadomość odniesienia do Boga jest ważna nie tylko w życiu indywidualnym, ale też społecznym, które ludzkość od zawsze kreuje wokół jakichś podstaw etycznych, wartości. Jeżeli będą one wynikać z fundamentu religijnego, a konkretnie chrześcijańskiego, to mamy pewność, że będą one zwrócone ku człowiekowi. Będą dobre i dla wspólnoty, i dla życia indywidualnego. Chodzi o takie prawa, o takie zasady społeczne, które dadzą możliwość rozwijania człowieczeństwa w pełni. ©℗– not. kapla

Michał Łuczewski

socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego

W Polsce święta Bożego Narodzenia mają zdecydowanie wymiar religijny. Warto w tym czasie zwrócić uwagę na więzi rodzinne oraz więzi w Kościele; w trakcie świąt w kościołach nie tylko wzrasta liczba ludzi biorących udział w mszach świętych, ale również głośniej się śpiewa. W naszym kraju święta – można powiedzieć – wchodzą na poziom narodowy, są elementem religii obywatelskiej Polaków. Istnieje wprawdzie związany ze świętami trend do rozrywania więzi poprzez konsumpcję, ale u nas wciąż mają one zdecydowanie wymiar religijny, narodowy i rodzinny.

Otoczka konsumpcyjna ciekawi mnie w kontekście więzi społecznych. Otóż najbardziej połączeni jesteśmy wtedy, kiedy stanowimy część czegoś większego niż my sami, np. naszej rodziny, narodu albo Kościoła. Konsumpcja jest zaś czymś, przez co nie stajemy się częścią czegoś większego, gdyż sprowadza się ona do wchłaniania. Wywołuje złudzenie, że im więcej będziemy posiadać, np. prezentów, czy też rozdawać wiele prezentów, tym prędzej będziemy kimś. Nie jest to jednak prawdziwe, w rzeczywistości przez konsumpcję stajemy się coraz bardziej samotni. Oczywiście dajemy dzieciom prezenty, one się z tego cieszą, tyle że robią to tylko przez chwilę. Natomiast tym, co będzie je tworzyło, kształtowało, są np. przygotowania do świąt, wspólne śpiewanie kolęd.

Najważniejsze w świętach jest dla mnie to, że jest wtedy inaczej. Podczas świąt wyłamujemy się z kapitalistycznego kołowrotka. To jest moment, gdy transcendencja, Bóg – wygrywa z naszymi małymi bożkami. W świętach Bożego Narodzenia w polskim wydaniu, w odróżnieniu od innych części świata, piękne jest również przeżywanie liturgii, która ma swój dramatyzm.

Wiara w Boga daje naszemu życiu sens, który we współczesnym świecie jest coraz trudniejszy do znalezienia. Niezależnie od tego, kim jesteśmy, jaki jest nasz status polityczny i ekonomiczny, wiara jest najsilniejszym źródłem naszej godności. Jest źródłem najsilniejszej więzi. Zmusza nas bowiem do tego, byśmy wyszli ponad naszą codzienną walkę; byśmy spojrzeli na naszych wrogów jak na przyjaciół; na naszych współmałżonków, rodzinę – jak na przyjaciół; a nawet byśmy na siebie samego, co chyba jest najtrudniejsze, spojrzeli jak na przyjaciela. Bez wiary nasze życie zupełnie by się rozpadło. Chrześcijaństwo jest dla mnie też źródłem nieustannego zadziwienia i inspiracji.

Jesteśmy ludźmi religijnymi, czy tego chcemy, czy nie, i teraz nasuwa się pytanie – jakiej religii służymy? Czy religii archaicznej, która legitymizuje walkę wszystkich przeciwko wszystkim i robi wszystko, byśmy jej nie zauważyli, czy może religii, którą dał nam Jezus Chrystus, oswobadzający nas z tej walki, pozwalający podejść do nieprzyjaciół jak do przyjaciół. Chrystus, który pokazuje nam, czym jest prawdziwa służba nie sobie, tylko innym, a także – czym jest miłość. ©℗—not. lub

Marek Horodniczy

prowadzący Scenę Alternatywną TVP Kultura, redaktor Magazynu Apokaliptycznego „44 / Czterdzieści i Cztery", pracuje w Narodowym Centrum Kultury

Dla mnie i mojej rodziny religijny wymiar świąt ma znaczenie fundamentalne. Wszystko to, co wiąże się z ich kulturową czy popkulturową otoczką, jest drugorzędne. W przypadku świąt Bożego Narodzenia ów wymiar religijny jest dwojaki – z jednej strony oczekujemy na powtórne przyjście Chrystusa, z drugiej obchodzimy pamiątkę narodzenia Jezusa. Oba wymiary są ważne i komplementarne.

Człowiek jest istotą religijną, która potrzebuje w coś wierzyć. Stąd atmosfera świąt, mimo że nasza kultura jest niemal zupełnie zeświecczona, ma w sobie jakiś pierwiastek podniosłości i wiąże się z istotnymi dla każdego człowieka sprawami – pojednaniem, rodziną i wzajemnym zrozumieniem. To (pop)kultura doprowadziła do tego, że niezwykła sposobność do nawrócenia, jaką jest Adwent i Boże Narodzenie, zostały zubożone i pozbawione swojego podstawowego znaczenia – a świętujemy przecież fakt, że sam Bóg przybrał postać ludzką i przyszedł na świat, żeby wyzwolić nas z „sideł śmierci". To jest wydarzenie nie z tej Ziemi!

Jakkolwiek podniośle by to zabrzmiało, wiara jest niezbędna do tego, bym mógł stać się „nowym stworzeniem" – nie kimś lepszym czy poprawionym, lecz człowiekiem na wzór Jezusa Chrystusa. O tym, że jest to możliwe, pouczają życiorysy świętych. Jeśli choć odrobinę Pan Bóg pozwala mi podążać tą drogą, a moja wolna wola przylega do Jego woli, staję się szczęśliwym człowiekiem.

Jestem przekonany, że wspólnoty narodowe i społeczeństwa funkcjonują lepiej, gdy są osadzone na fundamencie chrześcijańskim. Kiedy wspólnota znajduje swoje źródła w Bogu i Ewangelii, to – można powiedzieć – idzie ona w dobrym kierunku. Katolicka nauka społeczna jest jakimś drogowskazem pokazującym, co jest dobre, a co złe, i warto brać ją pod uwagę. Niemniej – to oczywiście za mało! Jeśli zapomnimy o obietnicy powtórnego przyjścia Chrystusa i o tym, że chrześcijanin jest w pewnym sensie istotą „nie z tego świata", możemy popaść w niebezpieczeństwo tworzenia „chrześcijańskiego porządku" bez Boga. Tą drogą poszły zachodnioeuropejskie partie chadeckie i wiemy, czym się to skończyło.

Bez wątpienia pragnienie podążania za Ewangelią i przynależność do Kościoła katolickiego przesądzają o charakterze mojej działalności w sferze publicznej. I nie chodzi tu tylko o prace bezpośrednio nawiązujące do wspaniałego dziedzictwa kultury, ale o najgłębsze pragnienie poszukiwania i objawiania prawdy o człowieku za pomocą kultury i sztuki – niezależnie od światopoglądu czy stosunku do religii artystów i ludzi kultury. Ważne jest uczciwe poszukiwanie prawdy. Tak traktuję też moje zaangażowanie w projekt „44 / Czterdzieści i Cztery", a wiele lat temu – we „Frondę".

Osobną kwestią są kompetencje w dziedzinie krytyki sztuki. Za często katoliccy i prawicowi publicyści lekceważą sztukę współczesną, a priori uważając ją za coś gorszego niż „średniowieczne katedry", a już na pewno za coś niebezpiecznego i niejako z zasady antychrześcijańskiego. Mentalność oblężonej twierdzy powoduje, że krytyka sztuki zostaje pozbawiona wrażliwości metafizycznej i szerzej – narzędzi zaczerpniętych z chrześcijańskiego uniwersum, a mogących lepiej i głębiej zdiagnozować postawy twórców i ich dzieła.

–not. lub

Plus Minus