Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wielkanoc naszych przodków

Paweł Łepkowski 30-03-2018, ostatnia aktualizacja 30-03-2018 14:09

Najważniejsze święto chrześcijaństwa, upamiętniające męczeńską śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, jest w Polsce obchodzone wyjątkowo uroczyście.

źródło: EAST NEWS

W Wielki Piątek Kościół katolicki nie sprawuje liturgii. Nie zmienia to faktu, że właśnie tego dnia najliczniej przybywano w dawnej Polsce do kościołów, aby się spowiadać, uczestniczyć w procesjach drogi krzyżowej i oglądać groby wielkopiątkowe. Od czasu średniowiecznych misteriów przyjął się zwyczaj uroczystego przybierania w ciemnicy, stróżowania i obchodzenia grobów Pańskich.

W dawnej Polsce nawiedzanie grobów było obyczajem niezwykle uroczystym. Przybywały do nich bractwa zakonne i świeckie, w tym budzący grozę kapnicy z zakrytymi głowami, którzy na pamiątkę pięciu ran Chrystusowych biczowali się przez całe „Miserere" w pięciu kościołach lub pięć razy w jednym. Tym obyczajom przewodził starszy bractwa, który pierwszy dawał znak, kiedy rozpocząć smaganie ciała, leżeć na posadzce krzyżem lub zaczynać dalszą procesję do kolejnego kościoła. Już w XVII w. uznano, że widowisko to jest zbyt makabryczne dla innych wiernych gromadzących się przed grobami w pobożnym skupieniu. Kapnicy przerażali swoimi zwyczajami szczególnie dzieci, dlatego biskupi powoli wprowadzali zakazy wstępu dla kapników w swoich diecezjach. Jednakże zwyczaj ten zachował się w niektórych miejscach w Polsce jeszcze do XIX wieku.

Równie poważna, choć w nieco już pogodniejszym nastroju, była sobota wielkanocna. Zwyczaj święcenia jadła wielkanocnego w kościołach, choć bardzo stary, był praktykowany jedynie w granicach dawnej Rzeczypospolitej. Mieszkańcy ziem zachodnich, które zostały przyłączone do Polski po 1945 r., nie znali tego zwyczaju. Na Kaszubach jedynie najzamożniejsi gospodarze zapraszali do swoich domostw księży na święcenie jadła. Podobny zwyczaj praktykowała szlachta śląska. Za to niemal w całej dawnej Polsce nasi przodkowie tłumnie zmierzali w Wielką Sobotę do kościołów z ogromną ilością koszy zapełnionych wszystkim, co miało się pojawić na wielkanocnym stole. Nie były to symboliczne święconki, małe koszyczki, z którymi obecnie chodzi się do kościołów, lecz całe spichlerze pełne jadła, wśród którego wyróżniały się wielkanocne jaja – jako najdelikatniejsze i stanowiące największy rarytas dla naszych przodków były wystawianie na wierzch koszy i nierzadko przyozdabianie wyskubkami z wosku. I to od nich nasi przodkowie, podobnie jak my współcześnie, rozpoczynali śniadanie wielkanocne, dzieląc się jajem niczym opłatkiem w Wigilię Bożego Narodzenia i winszując sobie wszelkiej pomyślności.

Uroczystości wielkanocne zamykał Wielki Poniedziałek, zwany też lanym poniedziałkiem, a to od bardzo starego zwyczaju oblewania się wodą dla zabawy lub „dla obmycia grzechów". Jest to prawdopodobnie najstarszy polski zwyczaj wielkanocny pochodzący jeszcze z czasów pogańskich. Nie był to zresztą nasz zwyczaj endemiczny. Jest pewne, że oblewanie wodą w dzień po Wielkiej Nocy praktykowano także w Czechach i Niemczech. Stąd też pochodzenie polskiej nazwy śmigus-dyngus, prawdopodobnie od niemieckiego słowa „dingen" oznaczającego „wykupywanie się". Językoznawcy Brückner i Karłowicz uznali, że dyngowanie oznacza wykupienie się w czasie wojny, stanowiące pewną formę ochrony przed rabunkiem. Stąd też w miastach mieszczanie musieli się wykupywać od bezlitosnych żaków kobiałkami jaj i małdrzykami. Zwyczaj dyngusa z czasem trafił na wieś, choć tutaj zupełnie inne miał przeznaczenie. Nikt starszych ludzi polewać nie chciał. Celem ataków niesfornych chłopaków z wiadrami pełnymi wody był młode dziewczyny, wystrojone tego dnia w lekkie, przylegające do ciała świąteczne koszule, które na mokro wszelkie powaby odkrywały.

Ale i w miastach litości nad paniami nie znano. „Największa była rozkosz przydybać jaką damę w łóżku – pisał Zygmunty Gloger. – Przytrzymana przez mężczyzn w koszulce, musiała pływać jak w powodzi". Jak widać, szybko zapominano o pokucie wielkanocnej i żalu za grzechy. Radość życia budziła się wraz ze Zmartwychwstaniem.

"Rzeczpospolita"