Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Trzech psychiatrów dziecięcych na województwo

Karolina Kowalska, Joanna Ćwiek 16-11-2017, ostatnia aktualizacja 16-11-2017 08:49

Nawet firmy headhunterskie nie są w stanie szybko znaleźć psychiatry dziecięcego. Tymczasem pacjenci przestają mieścić się na korytarzach.

autor: Bogusław Florian Skok
źródło: Fotorzepa

Według Naczelnej Izby Lekarskiej pod koniec września tego roku na 441 specjalistów z psychiatrii dzieci i młodzieży w zawodzie pracuje 402. Jest ich tak mało, że brakuje chętnych nawet na prestiżowe, choć dość niskopłatne, stanowisko konsultanta wojewódzkiego. Specjalistów w tej dziedzinie brakuje w woj.: świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim, zachodniopomorskim i opolskim, gdzie przyjmuje ich zaledwie czterech.

Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, najmniej psychiatrów dziecięcych jest w Lubuskiem – trzech. Fatalnie jest także na Podkarpaciu. Tam pracuje ich sześciu.

Jak mówi dr hab. Barbara Remberk, konsultant krajowy psychiatrii dzieci i młodzieży, szacuje się, że ok. 10 proc. dzieci ma trudności psychiczne, a kilka proc. wymaga leczenia. Ale z powodu braków kadrowych rodzice coraz częściej szukają pomocy u psychiatrów dla dorosłych. Prof. Agatę Szulc, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, ostatnio poproszono o przyjęcie dziesięciolatka. Musiała odmówić: – O ile my, psychiatrzy dorosłych, staramy się zapewnić pomoc nastolatkom, nie czujemy się kompetentni, by zająć się dzieckiem dziesięcioletnim. To inna dziedzina medycyny, trudna, wymagająca dużo bardziej kompleksowego działania. Chorym dzieckiem powinien zająć się cały zespół, złożony z psychiatry, psychologa, ale także nauczyciela, pedagoga, lekarza pierwszego kontaktu i terapeuty zajęciowego. W dodatku leczy się nie tylko dziecko, ale całą rodzinę. I przy udziale szkoły – tłumaczy prof. Szulc. Kompleksowa opieka wymaga dużych nakładów finansowych, a NFZ płaci słabo.

Niedofinansowana specjalizacja nie jest atrakcyjna dla absolwentów medycyny – w sesji jesiennej zgłosiło się na nią tylko 19 osób.

Damian Patecki, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL), wśród kolegów nie ma ani jednego psychiatry dziecięcego. – Odstrasza nie tylko mała liczba ośrodków, w których można odbyć szkolenie specjalizacyjne. To jedna z najcięższych dziedzin, wymagająca interdyscyplinarnej wiedzy z pediatrii i neurologii – tłumaczy Patecki.

Zachęty nie stanowią nawet wyższe pensje. Rozporządzenie w sprawie wynagrodzenia rezydentów zakłada, że lekarze specjalizujący się w dziedzinach priorytetowych mogą liczyć nawet na 1200 zł podwyżki. Zdaniem Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia i szefa Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego, znaczenie ma też stygmatyzacja samej dziedziny: – Dotyczy nie tylko pacjentów, ale też tych, którzy się nimi zajmują. Psychiatria nie jest na szczycie specjalizacji, do których ludzie mają największe zaufanie – przyznaje Balicki.

Ale szpitalom trudno pozyskać także już czynnych lekarzy. – Przegrywamy z rynkiem. Prywatne placówki są w stanie płacić ok. 150 zł za godzinę. My płacimy mniej, bo więcej nie mamy – mówi Michał Stelmański, prezes Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii w Zagórzu. Tej placówce podlega też oddział psychiatryczny w podwarszawskim Józefowie, do którego trafiają przypadki „ostre", np. dzieci po próbach samobójczych. Szczególnie trudno było w październiku, gdy dotychczasowy kierownik oddziału odszedł na emeryturę, a nie było następcy. By znaleźć lekarza, firma musiała zatrudnić headhuntera. Ten jednak zastrzegł w kontrakcie, że potrzebuje na to co najmniej pół roku.

– Staramy się, jak możemy. Wszystkim jednak nie jesteśmy w stanie pomóc, bo takich placówek jest w Polsce za mało. A sytuacja będzie się pogarszać, gdyż problemów jest coraz więcej. To głównie uzależnienia od sprzętu elektronicznego i dopalaczy – podsumowuje Stelmański.

"Rzeczpospolita"