Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Nigdy nikomu nie dawaliśmy łapówek

Grazyna Zawadka, Izabela Kacprzak 02-03-2017, ostatnia aktualizacja 02-03-2017 08:19

Robert Prystrom to szantażysta, który atakuje moją rodzinę – twierdzi przedsiębiorca Michał Sołowow

Michał Sołowow po raz pierwszy publicznie zaprzecza oskarżeniom Roberta Prystroma.
autor: Tomasz Jodłowski
źródło: Rzeczpospolita
Michał Sołowow po raz pierwszy publicznie zaprzecza oskarżeniom Roberta Prystroma.

We wtorek opublikowaliśmy wywiad z Robertem Prystromem, którego wpis na blogu stał się powodem wszczęcia śledztwa w sprawie rzekomego przyjęcia 2,5 mln zł łapówki przez urzędników ratusza za Projekt Saska. Prystrom, który pracował dla Echo Investment, informował na blogu o kupowaniu tanio przez deweloperów gruntów w stolicy, by potem za łapówki dla urzędników przeforsować zmiany planów zagospodarowania przestrzennego i dużo zarobić. Michał Sołowow, który był udziałowcem Echo Investment, pierwszy raz publicznie zabiera głos w tej sprawie i zaprzecza oskarżeniom Prystroma.

Rzeczpospolita: Robert Prystrom twierdzi, że pracował dla pana przez dziesięć lat, a znajomość z panem określa jako przyjaźń. Pan twierdzi, że go nie zna. Czy ten człowiek pracował w Echo Investment lub na jej rzecz np. na podstawie umów-zleceń? Pytaliśmy o to rzecznika Echo, ale nie odpowiedział.

Michał Sołowow, biznesmen, jeden z najbogatszych Polaków: Z perspektywy czasu wiem, że pan Prystrom był przez pewien czas konsultantem Echa w sprawie procedur administracyjnych dotyczących inwestycji w Jeleniej Górze. Z tytułu świadczonych usług wystawiał faktury i otrzymał wynagrodzenie. Nigdy jednak nie był etatowym pracownikiem Echa. Powtarzam, że nigdy nie spotkałem tego człowieka, ani z nim nie rozmawiałem, nawet przez telefon. Nie tylko nie należy do grona moich przyjaciół, ale nawet go nie znam, a tym bardziej nie był u mnie w domu. O tym, że taka osoba istnieje dowiedziałem się, kiedy zażądał od Echa 12 mln zł.

Twierdzi pan, że Prystrom szantażował pana i żądał od pana pieniędzy. Dlaczego miałby to robić albo szkalować Echo Investment? Pisał bloga pod nazwiskiem, pokazując swoją twarz. Szantażysta takich rzeczy nie robi.

Pan Prystrom żądał pieniędzy od Echo Investment i szantażował w tym zakresie zarówno osoby z kierownictwa firmy, jak i mnie, oczekując widocznie, że doprowadzę do zapłaty nienależnych mu świadczeń. Używał w tym zakresie gróźb – między innymi zapowiadał, że będzie pomawiał wszystkich o łamanie prawa i to właśnie czyni. Pisma, które przysyłał pan Prystrom do Echa, a które zostały przekazane do sądów i prokuratur były m.in. podstawą wydanych wyroków. Zawierają one tak absurdalne pomówienia, że zaczęliśmy nawet mieć wątpliwości co do jego poczytalności. O motywacje pana Prystroma, by sięgnąć po szantaż, zamiast sprawę rzekomo należnych mu pieniędzy skierować do sądu lub prokuratury, proszę spytać jego samego. Ja nie znam przesłanek, którymi kierują się szantażyści. Największą sumą, jakiej żądał, to było bodaj 32 mln zł.

Dlaczego więc miesiąc temu, kiedy wyszła sprawa rzekomej łapówki, o której miał napisać na blogu Prystrom, w ogóle pan nie zareagował i nie zdementował tej informacji? W oświadczeniu wysłanym do „Rz" zapewnił pan jedynie o tym, że ani pan ani pana ludzie nie spotykali się z władzami miasta w sprawach dekretowych.

To nieprawda. 14 lutego, natychmiast po tym, gdy dotarła do mnie informacja o wszczęciu postępowania w sprawie rzekomej łapówki w związku z postępowaniem o zwrot nieruchomości przy alei Waszyngtona, opartego na pomówieniach pana Prystroma, przekazałem do mediów szczegółowe oświadczenie. Przytoczyłem w nich wszystkie okoliczności sprawy, które jednoznacznie wskazują na absurdalność pomówień Prystroma. Z przykrością konstatuję fakt, iż z przekazanego m.in. do redakcji „Rzeczpospolitej" oświadczenia, pamięta pani jedynie niewielki fragment. Powtarzam wprost – nigdy nie dawałem i nie będę dawał łapówek. Również nikt z moich pracowników nie wręczył nikomu żadnej korzyści materialnej. Proszę się zastanowić – gdybyśmy mieli dać jakaś łapówkę, to dlaczego przez tyle lat nie wydano nam decyzji, czy to o zwrocie nieruchomości, czy wypłacie odszkodowania....

Pamiętamy oświadczenie – nie ma w nim słowa na temat tego człowieka. Dopiero dziś pan przyznaje, że wytoczyliście panu Prystromowi wiele spraw w sądach. On twierdzi, że nie wiedział o wyroku karnym za zniesławienie i dlatego się nie odwoływał.

Pan Prystrom publicznie twierdzi, że przegrał jedną sprawę sądową. To nieprawda. Przegrał dotychczas dwie sprawy cywilne. Został też skazany w postępowaniu karnym. Tylko jeden wyrok (cywilny) miał charakter zaoczny, co oznacza, że w pozostałych postępowaniach uczestniczył. W postępowaniu karnym składał nawet wnioski dowodowe. Pan Prystrom i w tej sprawie kłamie, podobnie jak w sprawie rzekomej łapówki. Toczą się kolejne postępowania cywilne i karne w sprawie działań tego człowieka. Niestety, od pewnego czasu unika on kontaktu z organami wymiaru sprawiedliwości. Sprawa o szantaż toczy się między innymi w prokuraturze w Kielcach.

Sprawdziliśmy – Robert Prystrom faktycznie nawiązał kontakt z prokuraturą, która wszczęła śledztwo w sprawie korupcyjnej. Nie ukrywa się więc i nie unika organów ścigania. Co pan na to?

Nie znam tej okoliczności, tym bardziej iż już kilka miesięcy temu prokuratura prowadząca postępowanie w sprawie szantażu, zarządziła poszukiwanie Prystroma w celu postawienia mu zarzutów. Potwierdza to postanowienie, które otrzymaliśmy z prokuratury oraz oświadczenie rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Kielcach sprzed około dwóch tygodni. Raczej wierzyłbym w tej kwestii rzecznikowi prokuratury, niż Prystromowi. Jeśli w końcu pan Prystrom stanie przed organami ścigania, to będzie mógł złożyć zeznania – pod rygorem odpowiedzialności karnej za ich prawdziwość, a zeznania te będą mogły być zweryfikowane poprzez inne dowody w sprawie.

Proszę wytłumaczyć, dlaczego jakiś bloger z Jeleniej Góry, społeczny działacz miałby się tak na państwa uwziąć?

Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale proszę mi wierzyć – to się czasami zdarza w życiu. Może uznał, że to jego największa szansa na zaistnienie? Że Echo będzie tą trampoliną do zbudowania swojego życia? Bo nie chciałem zapłacić mu pieniędzy... Proszę popatrzeć, medialnie to jest taka oto opowieść: z jednej strony – bogaty i wpływowy biznesmen używa rzekomo niewłaściwych środków do prowadzenia swoich interesów, a z drugiej – biedny, uczciwy społecznik, który chce naprawić rzeczywistość. A naprawdę to szantażysta, posuwający się również do szantażu finansowego, karnego i obyczajowego. Atakował moją rodzinę, moją mamę – szkoda czasu na mówienie o tym. On może mnie szkalować ile chce i jak dotąd unikać prawnych konsekwencji, a ja mogę używać tylko środków prawnych. To absurdalny paradoks, bo to niestety ja jestem w tej sprawie całkowicie bezbronny.

Dlaczego więc, skoro jest według pana tak niewiarygodny, prokuratura poważnie go potraktowała? Musiała wiedzieć o jego przegranych procesach, bo ma dostęp do rejestru skazanych.

Każdy ma swoje motywacje... Prokuratura wszczęła śledztwo po kilku miesiącach od zawiadomienia (złożył je Jan Śpiewak, wtedy szef stowarzyszenia piętnującego dziką reprywatyzację – red.). Proszę zwrócić uwagę, że chociaż wszczęto śledztwo, do tej pory przez ponad pół roku pan Prystrom nie został przesłuchany – jedyny rzekomy świadek w tej sprawie. Czyli wszczęto śledztwo na podstawie wpisu na blogu, przynajmniej tak twierdzi Jan Śpiewak, który złożył to doniesienie.

Spółka Projekt S. (obecnie Projekt Saska), w której udziały miała firma Echo Investment, kupiła w 2000 r. za zaledwie 1 mln zł od reaktywowanych Nowych Dzielnic prawa i roszczenia do 32 ha gruntu na tzw. Kamionku. A roszczenie dekretowe miało wtedy wartość kilkaset razy większą. Czy nie wydało się panu zastanawiające, że ktoś sprzedaje roszczenie tak tanio?

Te nieprawdziwe informacje zdementowałem w moim oświadczeniu z 14 lutego. Szkoda, że dziennikarze nie zadali sobie minimalnego trudu zapoznania się z dostępnymi faktami lub nie zadzwonili wcześniej do mnie. Echo Investment nabyła pierwsze udziały w spółce Projekt S. trzy lata po tym, gdy Projekt S. nabył roszczenie dekretowe. Echo Investment SA zapłaciła za wszystkie nabyte w latach 2003–2008 udziały w spółce Projekt S. łącznie kwotę o równowartości ok. 7 milionów dolarów – wówczas ok. 21 milionów złotych – czyli ówczesną rynkową wartość prawa użytkowania wieczystego tej nieruchomości, biorąc pod uwagę fakt, że działka była zajęta przez ogródki działkowe. Zwracam uwagę na fakt, iż wartość własności tej nieruchomości została oszacowana przez Urząd Miasta Stołecznego Warszawy na 142 miliony złotych, a wartość prawa wieczystego użytkowania jest równa pierwszej opłacie z tego tytułu, czyli 25 proc. wartości.

Prokuratura doprowadziła do unieważnienia powyższej umowy zakupu roszczeń, a przed sądem twierdziła – i sąd to przyznał – że udziałowcami spółki Projekt S. były m.in. osoby, które wchodziły do zarządu Nowych Dzielnic. Czy wiedział pan o tym?

O okolicznościach reaktywacji spółki Nowe Dzielnice, wypłacie w latach 50. ubiegłego wieku zadośćuczynienia dla przedwojennych akcjonariuszy tej spółki oraz o nieprawidłowościach w reprezentacji obu spółek przy umowie przeniesienia roszczenia, dowiedzieliśmy się dopiero z wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie z 4 listopada 2016 r. Po tym wyroku Echo Investment SA natychmiast podjęło działania prawne przeciwko osobom, które sprzedały jej spółkę Projekt S.

Teza głoszona przez Roberta Prystroma, jakoby dla spółki było korzystne nieuchwalenie planu zagospodarowania dla terenu, jest bzdurna. Bo gdyby uchwalono na tym terenie jakikolwiek plan zagospodarowania, na przykład „zieleń miejska", to Echu nie przysługiwałby zwrot tej nieruchomości, ale roszczenie o odszkodowanie – ze względów społecznych (działkowcy) łatwiejsze do zrealizowania. Miasto, nie podejmując żadnej decyzji dotyczącej tego terenu, doprowadziło do tego, że Echo nie mogło nic zrobić, było zawieszone w próżni. Wielokrotnie zwracaliśmy się do urzędu, by wydał jakąkolwiek decyzje.

Sytuacja stała się jasna kiedy w listopadzie 2016 r. sąd w Warszawie na skutek pozwu prokuratury uznał umowę sprzedaży praw i roszczeń do terenu na Kamionku za nieważną.

Kiedy z treści wyroku dowiedzieliśmy się, że ta umowa i roszczenie nie istnieje, Echo Investment wystąpiła o odszkodowanie przeciwko tym, którzy wprowadzili Echo w błąd, sprzedając udziały w Projekt S.

Sąd potwierdził, że Nowe Dzielnice reaktywowano bezprawnie i ta spółka nie miała żadnych praw do gruntu. Czy kupując roszczenia od reaktywowanej spółki sprawdzano, czy ma ona prawo do terenu na Kamionku?

Jak zaznaczyłem, Echo nabyło pierwsze udziały w spółce Projekt S. trzy lata po zakupie przez nią roszczeń. Podkreślam fakt, iż nikt, poza organem administracyjnym, jakim jest Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, nie ma kompetencji do „sprawdzenia", czy spółka ma prawo do zwrotu terenu przy alei Waszyngtona. Z tego, co wiem, kupując udziały, sprawdziliśmy podstawowe dokumenty rejestrowe spółek oraz dysponowaliśmy postanowieniem ratusza uznającym Projekt S. za stronę w postępowaniu zwrotowym. Istotną okolicznością prawną jest też fakt, że bodaj we wrześniu 2003 r. prezydent m.st. Warszawy wydał decyzje o zwrocie przedmiotowej nieruchomości, co było dowodem potwierdzającym prawa spółki Projekt S. do tego terenu. To, że następnie próbował swoją decyzję uchylić – między innymi pod presją działkowców, było później przedmiotem wieloletnich postępowań przed sądami administracyjnymi.

Podsumowując: nie boi się pan oskarżeń o łapówki?

Fakty są takie – nie dajemy łapówek. Ale pomówień oczywiście się boję. Mają one realny negatywny wpływ na moją pracę i życie. Zatrudniam 15 tys. osób, które są dumne z tego, że pracują w naszej grupie. Muszę dbać o nich i ich rodziny. Mamy akcjonariuszy, banki itd. Niszczenie wiarygodności to straszna broń. To ja muszę się tłumaczyć z bezpodstawnych oskarżeń, a nikt przecież nie zrozumie i nie zapamięta wszystkiego.

Powtórzę jeszcze raz, nie dajemy łapówek, nie mówiąc o tym, że nie mieliśmy za co ich dawać. Nigdy się nie spotkałem z panią Gronkiewicz-Waltz ani z nią nie rozmawiałem, i nie spotykali się z nią przedstawiciele Echo Investment. Bodajże w 2011 roku moja sekretarka pół roku codziennie dzwoniła do sekretariatu pani prezydent stolicy, by umówić rozmowę telefoniczną, ale jakoś nigdy się nie dodzwoniła. To dramat, bo każdy zagraniczny przedsiębiorca dodzwania i umawia się wszędzie bez problemu. W Warszawie zostało zrealizowanych 1500 roszczeń, wypłaconych kilkaset odszkodowań, a my nie byliśmy w stanie uzyskać choćby negatywnej decyzji, która pozwoliłoby Echu podjąć działania prawne.

Czy Echo Investment kiedykolwiek złożyło wniosek do gminy o zmianę planu zagospodarowania na tym terenie?

Z tego co wiem, Echo nigdy nie występowała o uchwalenie planu dla tego terenu. Notabene – tam obowiązuje chyba studium zagospodarowania, które przewiduje zieleń miejską i bez zmiany tego studium nie można uchwalić innego przeznaczenia tego terenu w planie. Ani Echo, ani Projekt S., nie dysponowały prawem do tej nieruchomości, więc nie miały legitymacji do składania takich wniosków. W Echu chyba w 2004 albo 2005 powstawały ogólne koncepcje architektoniczne dla tego terenu, ale nigdy nie zostały one skierowane do stołecznego ratusza jako wnioski planistyczne.

"Rzeczpospolita"