Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Koledzy polowali na Millera

Eliza Olczyk 29-08-2017, ostatnia aktualizacja 29-08-2017 00:00

Gdy byłem ministrem, w zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia pomógł mi Jarosław Kaczyński - mówi Mariusz Łapiński, szef resortu zdrowia w rządzie SLD.

Leszek Miller nie wymagał leczenia  – zapewnia dziś Mariusz Łapiński
autor: Maciej Macierzyński
źródło: reporter
Leszek Miller nie wymagał leczenia – zapewnia dziś Mariusz Łapiński

Plus Minus: Czy wielu polityków leczyło się u pana na serce?

Trochę ich było, ale nie wypada mi mówić, kto miał jakie problemy zdrowotne.

Pytam, ponieważ krążyły plotki, że był pan lekarzem Leszka Millera. Stąd się wzięła pana zażyłość z nim i kariera polityczna.

To nieprawda. Leszek Miller nie wymagał leczenia. Moja aktywność polityczna datuje się od 1997 roku, kiedy ówczesny minister zdrowia Jacek Żochowski był poważnie chory. Premier Włodzimierz Cimoszewicz poprosił mnie wówczas, żebym pomógł w Ministerstwie Zdrowia. Po wyborach w 1997 roku zaproponowano mi, żebym został doradcą Klubu SLD. Stąd się wzięła moja znajomość z Leszkiem Millerem. Myśmy się po prostu zaprzyjaźnili.

Czy był pan zaskoczony propozycją objęcia resortu zdrowia w 2001 roku po wygranych przez SLD wyborach?

Nie. Przed wyborami w Sojuszu działało 40 zespołów programowych, w tym zdrowotny. Właśnie w nim przygotowaliśmy dwa scenariusze: Władysław Szkop opracował koncepcję służby zdrowia zorganizowanej w kasach chorych, a ja zaś projekt likwidacji kas chorych. Przed wyborami w 2001 roku odbyło się w SLD głosowanie. Za moim rozwiązaniem opowiedziało się 40 osób – ekspertów i członków kierownictwa partii, a za propozycją posła Szkopa – cztery osoby. Dostałem polecenie, by realizować mój projekt.

Co przekonało SLD, że trzeba odejść od kas chorych i powrócić do centralnego zarządzania służbą zdrowia? Bo to właśnie oznaczało powołanie Narodowego Funduszu Zdrowia.

Dziś się tego już nie pamięta, ale kasy chorych były bardzo krytykowane. Przy ich wprowadzaniu popełniono wiele błędów. Podstawowy polegał na okrojeniu pieniędzy. W 1997 roku, w końcówce rządów SLD–PSL, została przyjęta ustawa o kasach ubezpieczenia zdrowotnego, w której przewidziano 10-proc. składkę zdrowotną. W 1998 roku koalicja AWS–UW zasadniczo zmieniła ustawę. Wprowadzono 180 poprawek, ale najważniejsze było obniżenie składki do 7,5 proc.

Dlaczego tak się stało?

Był to wynik walki między AWS i UW o koncepcję ochrony zdrowia. Unia Wolności chciała, by opieka zdrowotna została sprywatyzowana i podlegała samorządom. AWS upierała się przy kasach chorych. Ostatecznie lider UW, a zarazem wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz zgodził się na kasy chorych pod warunkiem obniżenia składki. To przesądziło o klęsce tego projektu. Przed reformą na służbę zdrowia wydawaliśmy 4,5 proc. PKB, po reformie poniżej 4 proc. PKB. A przecież jak się coś reformuje, to raczej dokłada się pieniędzy, bo samo wdrożenie zmian kosztuje.

Rząd AWS–UW wdrażał kilka reform jednocześnie i wszystkie kosztowne. Może po prostu zabrakło mu pieniędzy?

Moim zdaniem zrobiono to, licząc, że reforma się nie uda, a służbę zdrowia i tak trzeba będzie sprywatyzować. Potwierdził to mój znajomy, który w 1998 roku został zaproszony przez Balcerowicza na spotkanie w wąskim gronie, na którym dyskutowano o sprywatyzowaniu usług zdrowotnych. Według ówczesnego wicepremiera w Polsce miał obowiązywać w pełni liberalny model ochrony zdrowia.

Na wzór amerykański?

Tak. Na szczęście AWS się na to nie zgodziła. Ale fundusze zostały okrojone. Zaraz po wprowadzeniu kas chorych okazało się, że w systemie jest za mało pieniędzy.

Czy coś pana zaskoczyło, gdy wszedł pan do rządu?

Okazało się, że w socjaldemokratycznym rządzie była silna frakcja liberalna, z którą nieustającą prowadziłem wojnę. Minister Jerzy Hausner, wicepremier Marek Belka, później wicepremier Grzegorz Kołodko to byli ludzie, którzy torpedowali moje działania zmierzające do naprawy służby zdrowia. Zaskoczyła mnie też ogromna krytyka medialna moich działań. Wychodziłem z założenia, że skoro mam do wykonania poważną reformę, to muszę mieć zaufanych ludzi. Dlatego wymieniłem dyrektorów departamentów, na co media podniosły krzyk, że robię czystki w resorcie.

Osobą bardzo mocno krytykowaną był Aleksander Nauman, szefa Narodowego Funduszu Zdrowia. Mówiono, że jest pana zaufanym człowiekiem i złym duchem resortu.

To zabawne, bo zanim został wiceministrem zdrowia, prawie go nie znałem. Nauman był bliskim przyjacielem Marka Borowskiego, ówczesnego marszałka Sejmu. Grywał z nim w brydża, często się spotykali. To Borowski rekomendował go na wiceministra zdrowia. Ale nie ukrywam, że ta kandydatura bardzo mi pasowała, bo Nauman był dobrym ekonomistą i sprawnym organizatorem, a ja do realizacji mojej koncepcji potrzebowałem właśnie takiej osoby.

Przedmiotem medialnej krytyki były zmiany na liście leków refundowanych. Pojawiały się zarzuty, że nie za darmo pewne leki znikały z tej listy, a inne się pojawiały, i że pan to tolerował.

To były irracjonalne zarzuty. Gdy zostałem ministrem zdrowia, funkcjonowały dwa systemy wyceniania leków. Dla polskich firm obowiązywały ceny urzędowe ustalane przez Ministerstwo Finansów, a dla zagranicznych – ceny umowne uzgadniane w Ministerstwie Zdrowia. Przychodził prezes koncernu i mówił, po jakiej cenie chce sprzedawać leki w Polsce. Postanowiliśmy tak zmienić ustawę, żeby nie było podziału, który rugował z rynku polskie podmioty. Wezwaliśmy też zagraniczne firmy do ujawnienia, jaki mają ceny na leki w innych krajach.

I co się okazało?

Że ceny dla Polski były znacznie wyższe niż dla krajów zachodnich. Dlatego wprowadziliśmy nową listę leków refundowanych i rozpoczęliśmy negocjacje z koncernami farmaceutycznymi. To nie mogło im się spodobać, bo w wyniku naszych działań zabraliśmy firmom importującym leki ok. 1,2 mld zł przychodów rocznie. Podejrzewałem, że mogę zostać za to zaatakowany, dlatego poprosiłem premiera o ochronę kontrwywiadowczą. Później się okazało, że firmy farmaceutyczne wynajęły agencję PR, która dostała 15 mln zł, żeby mnie zdyskredytować.

Jak to wyglądało?

Klasyczny czarny PR. W mediach nieustannie pojawiały się artykuły stawiające mnie w złym świetle, np. że minister socjaldemokratycznego rządu jada sushi. Albo że mam wannę z hydromasażem za 20 tys. zł, a to była wanna z Koła za 1400 zł. Cokolwiek zrobiłem, wszystko było pokazywane w sposób negatywny.

Rzeczywiście nie miał pan dobrej prasy. Ale też chyba nieustająco walczył pan z dziennikarzami?

Nie przeczę. Nie doceniłem dziennikarzy i nie traktowałem ich dobrze. Uważałem, że jeżeli będę robił swoje i pracował na rzecz ludzi, to moje czyny obronią się same. Tymczasem się okazało, że najważniejsze nie jest to, co się robi, tylko jak to jest sprzedawane w mediach.

A skąd pan wie o tym zleceniu na pana?

To wyszło w przypadkiem. Szef tej firmy PR był zarazem lobbystą zbrojeniowym, m.in. zajmował się kontraktem na zakup myśliwców F-16. W ramach ochrony kontrwywiadowczej był „słuchany" przez służby i wtedy wyszły sprawy dotyczące leków. Później odbyło się tajne posiedzenie Sejmu i rządu, na którym przedstawiono informacje na temat tego lobbingu i m.in. akcji przeciwko mnie.

Szefem pana gabinetu politycznego był Waldemar Deszczyński, a pod jego adresem też pojawiły się zarzuty, że składał koncernom farmaceutycznym korupcyjne propozycje.

Według mnie to także był czarny PR. Deszczyński został zatrzymany, postawiono mu zarzuty, ale prokuratura umorzyła sprawę, nie stwierdzając przestępstwa, w sądzie zaś wygrał z dziennikarzami.

Z pana opowieści można odnieść wrażenie, że minister zdrowia jest jak saper, który chodzi po polu minowym.

Bo tak jest. To najtrudniejszy resort w rządzie. Tu zawsze można wejść na minę. A najgorsze jest to, że wszyscy politycznie grają służbą zdrowia. Żeby uderzyć w rząd, zawsze można pokazać chore dziecko, dla którego nie ma leków albo nagłośnić historię pacjenta, który umarł pod szpitalem. I tak się robi. Prawdę mówiąc, sam tak robiłem za czasów rządów AWS. Ale uważam, że to jest nieszczęście. Dopóki się nie wyłączy służby zdrowia z gry politycznej, to nie uda się jej naprawić.

Jak to „wyłączy"? Przecież kolejki są faktem, podobnie jak to, że pacjenci umierają pod szpitalami. Media mają o tym milczeć?

System ochrony zdrowia można łatwo naprawić – wystarczy zwiększyć finansowanie służby zdrowia i przestać wykorzystywać nieszczęścia do ataków politycznych. Dziś mamy finansowanie na poziomie Rumunii i Bułgarii. I tak dzięki mnie jest więcej środków w ochronie zdrowia. Udało mi się wbrew stanowisku rządu i wicepremiera Grzegorza Kołodki przeprowadzić stopniowe podnoszenie składki zdrowotnej o 0,25 proc. co roku, aż do poziomu 9 proc. Dzięki temu dziś w systemie są 72 mld złotych rocznie, a gdy ja byłem ministrem, mieliśmy do dyspozycji zaledwie 22 mld zł. Wcześniej, w 2001 roku, udało się przeforsować, wbrew wicepremierowi Belce, wzrost składki z 7,5 proc. do 7,75 proc. Pomógł w tym Jarosław Kaczyński.

Jarosław Kaczyński panu pomógł?

Tak. Poprosiłem prezesa Kaczyńskiego, żeby PiS wystąpiło z postulatem podwyższenia składki do 7,75 proc. SLD nie miał ruchu, musiał to poprzeć. Bo jak by to wyglądało, gdyby prawica chciała lepiej dla ludzi, a lewicowy rząd by się temu sprzeciwiał? Od tamtego czasu uważam PiS za najbardziej prospołeczną partię w Polsce i bardziej lewicową w części społecznej niż SLD. A premier Kaczyński zawsze był otwarty na problemy ludzi. PiS bardzo też wspierał mój pomysł leków za złotówkę dla seniorów, który utrącili premier Kołodko z ministrem Hausnerem.

Leki za złotówkę były chyba w programie wyborczym SLD? Rząd wystąpił przeciwko własnemu programowi?

Tak. Trzeba było 15 lat, żebyśmy doszli do bezpłatnych leków dla rencistów i emerytów.

A jak udało się panu doprowadzić do dalszych podwyżek składki zdrowotnej?

Część SLD i część opozycji, wbrew stanowisku rządu, poparła ten pomysł w Sejmie. Wicepremier Kołodko chciał mnie zmusić, żebym przywrócił przedłożenie rządowe w Senacie. Ale taką decyzję musiałaby podjąć Rada Ministrów. Dwa razy z rzędu Kołodko atakował mnie na posiedzeniu rządu. Mówił, że każdy, kto twierdzi, iż jest za mało pieniędzy w ochronie zdrowia, działa przeciwko państwu. Na to ja odpowiadałem, że mówienie, iż w ochronie zdrowia jest za dużo pieniędzy, to działanie antypaństwowe, antyspołeczne i antyludzkie.

A co na to premier Miller?

Gdy napięcie sięgało zenitu, zdejmował ten punkt z porządku obrad rządu. W ten sposób temat dwukrotnie spadł, a w tym czasie Senat przyjął owe 9 proc. składki zdrowotnej. I tego wicepremier Kołodko nie mógł przeboleć. Poszedł do Millera ze swoją dymisją i powiedział, że albo on, albo Łapiński. Gdyby Miller nie miał wówczas afery Rywina na głowie, to sądzę, że powiedziałby Kołodce, aby nie zawracał mu głowy. Ale ponieważ sam był już doświadczony polityczną nagonką, to uległ.

Zbiegło się to ze strajkiem śląskich szpitali, który pan ugasił.

Koledzy z rządu, szczególnie Krzysztof Janik, usilnie namawiali mnie, żebym udał się na Śląsk. Nie bardzo chciałem, ale pojechałem i dogadałem się ze związkowcami, a po powrocie zostałem zdymisjonowany. Wyszło na to, że zostałem wyrzucony z rządu za podpisanie porozumienia z Solidarnością. Zresztą śląska Solidarność nawet mnie broniła. Kilka lat później Piotr Duda (szef Solidarności – red.) mówił nawet w mediach, że byłem wtedy jedynym ministrem, z którym dało się dojść do porozumienia.

A dlaczego Krzysztof Janik wysyłał pana do strajkujących na Śląsk? Chciał pana wsadzić na minę?

Byliśmy w ostrym konflikcie. Pamięta pani szorstką przyjaźń, czyli wojnę między premierem Millerem a prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim? W tej wojnie Janik był po stronie Kwaśniewskiego, a ja – Millera. Dlatego trzeba się mnie było pozbyć.

Janik był zazdrosny o pana znaczenie?

Nie. Cały czas toczyła się gra o interesy i wpływy. Przecież cała tzw. afera Rywina została zmontowana po to, żeby obalić Millera. Wszystko było precyzyjnie zaplanowane. Po trzech tygodniach trwania tej afery Miller miał się podać do dymisji, a premierem miał zostać Marek Borowski. Tak było uzgodnione z prezydentem Kwaśniewskim. To przecież Borowski namówił Millera do powołania komisji śledczej w Sejmie. Pamiętam spotkanie, podczas którego argumentował, że trzeba się oczyścić z zarzutów i wszystko będzie dobrze. Jak się skończyło, to wiemy. Afera Rywina była początkiem końca lewicy.

Skąd pan wie, że to wszystko było zaplanowane i wymierzone w Millera?

Opowiadał mi o tym Jerzy Jaskiernia, który był szefem Klubu SLD. Rzecz w tym, że Miller nie podał się do dymisji. Pamiętam spotkanie po przyjeździe Millera z Brukseli. Zebrał się wtedy cały rząd, ale przyszli też goście z zewnątrz, między innymi Adam Michnik, który wyściskał Millera i demonstrował wielką przyjaźń do niego. A kilka dni później ukazał się pamiętny tekst, który był początkiem afery Rywina.

A pan co doradzał Millerowi?

Żeby robił swoje i nie podawał się do dymisji. Jednak już wtedy trwało polowanie na najbliższych ludzi Millera i wszystkich nas po kolei wycinano. Poza tym ta afera podcięła rządowi skrzydła. Trudno się dziwić, że Miller po tym ataku stracił energię i chęć do działania. Sprawy toczyły się siłą rozpędu. Tak naprawdę to był koniec rządu Leszka Millera.

Po odejściu z rządu został pan szefem mazowieckiego SLD.

To było elementem wzmocnienia Millera. Leszek poparł mnie w tamtych wyborach, a ja jako szef największej organizacji w SLD miałem wspierać jego. To był problem dla przeciwników Millera – Janika, Borowskiego i całej tej grupy – bo na najbliższym zjeździe SLD miałem zostać też wiceprzewodniczącym partii. A ponieważ byłem uważany za skutecznego polityka, postanowiono mnie utrącić. I wtedy wydarzyła się ta słynna sprawa z pobiciem fotoreportera „Newsweeka", do czego rzekomo nakłoniłem działaczy młodzieżówki.

To nie była rzekoma historia, tylko prawdziwa.

Gdzie tam. Nikt tego fotoreportera nawet nie dotknął. On się sam położył na aparacie fotograficznym, co zostało stwierdzone przez prokuraturę. Byli świadkowie, którzy to widzieli. Uszkodzona została podstawka warta 50 zł. A „Trybuna" napisała, że kazałem dwóm działaczom młodzieżówki pobiec za fotoreporterem i odebrać mu aparat. Później wyciągnąłem od Marka Barańskiego, naczelnego „Trybuny", że Krzysztof Janik przekonał go do zaatakowania mnie. Dalej był sąd partyjny. Szefowa sądu Elżbieta Piela-Mielczarek była związana z Markiem Borowskim i przeforsowała wykluczenie mnie z partii. Wszystko po to, żebym nie dotarł na kongres.

Ale pan jeszcze potem wspierał Millera.

Po tym, gdy mnie usunęli z klubu, prezydent namówił premiera do usunięcia PSL z rządu. Twierdził, że w to miejsce wejdzie SKL Artura Balazsa i wesprze Leszka. Jak dziś pamiętam poranek po upadku koalicji – jadę samochodem i słucham, jak Balazs w radiu mówi, że teraz najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie rządu fachowców pod patronatem prezydenta Kwaśniewskiego. Czyli znowu chodziło o utrącenie Millera. Ale wtedy udało się zebrać grupę posłów niezrzeszonych i zmontować Federacyjny Klub Parlamentarny, który dawał rządowi Millera większość w Sejmie. Ostatnią szansą na jego obalenie był rozłam w SLD. I Borowski wyprowadził blisko 40 posłów z Sojuszu, dobijając tę partię.

I to wszystko stało się za wiedzą i zgodą Kwaśniewskiego?

Było wynikiem ambicji Kwaśniewskiego, który chciał nas wprowadzać do Unii, podpisać traktat akcesyjny itd.

W 2004 roku, już po pana odejściu z rządu, Trybunał Konstytucyjny uznał przepisy o Narodowym Funduszu Zdrowia za niekonstytucyjne. Jaki błąd popełniliście?

Żadnego. To był werdykt polityczny, a nie merytoryczny. Trybunał po raz pierwszy wyszedł poza zakres skargi. Sędziowie zakwestionowali art. 38 na podstawie którego został powołany NFZ, a skarga Platformy Obywatelskiej, bo to ona zakwestionowała moją reformę, w ogóle się do tego nie odnosiła. Moim zdaniem w tej ustawie nie można było się do niczego przyczepić. Ale Trybunał był zdominowany przez sędziów z innego układu politycznego i orzekł jak orzekł. Tylko sędzia Marek Mazurkiewicz, który był z lewicy, jako jedyny złożył zdanie odrębne. Polityczność Trybunału już wtedy dawała o sobie znać.

Ale była to sprawa łatwa do naprawienia, skoro NFZ nadal działał?

Oczywiście. Zmieniliśmy art. 38 i po kłopotach. Ale media grzmiały: „likwidacja kasy chorych niezgodna z prawem", „niekonstytucyjna reforma", „do kosza". A ja uważam, że to był mój wielki sukces, bo kasy chorych, które podlegały samorządom wojewódzkim, zdjęły z państwa, z polityków, odpowiedzialność za opiekę zdrowotną w Polsce. Od początku chodziło o to, żeby politycy mieli spokój, z tym śmierdzącym jajkiem, jakim zawsze była służba zdrowia. A ja, powołując Narodowy Fundusz Zdrowia, podrzuciłem je znowu politykom. Przywróciłem odpowiedzialność państwa za system opieki zdrowotnej i jestem z tego dumny.

Czy gdy pan patrzy na swoją krótką i burzliwą karierę polityczną uważa pan, że warto było angażować się w politykę?

To był mój błąd. Jako szef wielkiego szpitala ratowałem dziesiątki tysięcy ludzi. Sądziłem, że jako minister mogę uratować setki tysięcy ludzi. Naruszyłem zbyt wiele interesów i to mnie zgubiło.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Mariusz Łapiński – lekarz kardiolog związany z warszawską Akademią Medyczną; przed wejściem do rządu szef szpitala klinicznego AM; dziś jest konsultantem medycznym w jednym ze stołecznych szpitali i nauczycielem akademickim na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, zajmuje się też innowacyjnymi technologiami medycznymi na WAT

Plus Minus