Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Magdalena Ogórek miała trudny charakter

Eliza Olczyk 06-11-2017, ostatnia aktualizacja 06-11-2017 00:00

Opozycja w Sejmie nic nie znaczy, może tylko gadać. Dla mnie to nie jest atrakcja - mówi Leszek Aleksandrzak, były wiceprzewodniczący SLD.

autor: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

Plus Minus: Podobno to pan wymyślił, żeby Magdalena Ogórek kandydowała z SLD na prezydenta. Czy gdy widzi pan jej występy w telewizji publicznej, myśli pan „stworzyłem potwora" czy może „moja dawna podopieczna pięknie sobie radzi"?

Rzadko oglądam telewizję publiczną, bo nie lubię takiej prymitywnej propagandy. Koledzy z PRL mogliby się uczyć od obecnej TVP. Magda Ogórek postanowiła robić prywatną karierę w PiS-owskiej telewizji i nie zamierzam tego oceniać. Nigdy nie była moją koleżanką, tylko naszą kandydatką na prezydenta.

Skąd się wziął pomysł, żeby młodą kobietę bez specjalnego dorobku politycznego lansować na prezydenta?

Naszym pierwszym wyborem był Wojtek Olejniczak, ale się nie zgodził. Wszyscy wówczas uważali, że wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski, dlatego poważni kandydaci odmawiali. Wiadomo było, że nie walczymy o zwycięstwo, tylko o w miarę dobry wynik, który poniesie nas w wyborach parlamentarnych. Dlatego uznaliśmy, że trzeba znaleźć kogoś zupełnie innego. Najlepiej młodą, wykształconą kobietę. Magda spełniała te kryteria. Poza tym nie była taka zupełnie pozbawiona dorobku politycznego – pracowała w klubie SLD, u prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, była asystentką przewodniczącego Grzegorza Napieralskiego. Uznaliśmy, że jeżeli postawimy na zupełnie nową twarz, mamy szanse na zdobycie 7–8 proc. głosów.

Był pan szefem sztabu wyborczego Magdaleny Ogórek, a więc z bliska oglądał pana kampanię. Co poszło nie tak, że wynik był dużo słabszy?

Zacznę od tego, że to nasze środowisko zrobiło z wyniku Magdaleny Ogórek tragedię. W PSL nikt nie załamywał rąk, że Adam Jarubas zdobył tylko 1,6 proc. głosów. Można przegrać z klasą albo bez klasy. Ponadto gdyby nie spory wewnętrzne, to Magda naprawdę mogła osiągnąć lepszy wynik.

A więc to była wina SLD?

SLD i trudnego charakteru naszej kandydatki. Niektórzy koledzy zachowywali się nie fair wobec niej, publicznie kontestując ten wybór. Moja przyjaciółka Joanna Senyszyn kilkakrotnie krytykowała Magdę, sekretarz generalny Krzysztof Gawkowski też dokładał swoje trzy grosze. Ale kandydatka nie musiała się nieustannie obrażać na partię, tylko mogła robić swoje. W końcu doszliśmy do sytuacji, że chcieliśmy wycofać poparcie dla Ogórek i porzucić ją w trakcie kampanii. Wtedy nagle krytycy Magdy zakrzyknęli, że to skandaliczny pomysł. W takich warunkach trudno prowadzić udaną kampanię.

Dlaczego część działaczy kontestowała tę kandydaturę?

Trudno mi to było zrozumieć. Podczas inauguracji kampanii prezydenckiej w Ożarowie nic nie zwiastowało takiego obrotu sprawy. Wszyscy chętnie stanęli na scenie obok pani Ogórek i mówili, że to jest najlepsza kandydatka. Tak samo było na Sejmiku Kobiet Lewicy. A następnego dnia przewodnicząca sejmiku mówiła w telewizji, że to kontrowersyjna kandydatura. Problem polega na tym, że w naszej partii część ludzi się nie lubi. W innych partiach też tak jest, ale na zewnątrz to nie wychodzi. Wszyscy starają się trzymać fason i pokazywać jedność. Tymczasem nasi koledzy wylewają swoje frustracje w mediach i dbają głównie o własny interes. W 2015 roku grupa młodych postanowiła zawalczyć o swoje miejsce i popchnęło nas to do wielu błędów.

Na samym początku kampanii Magdalena Ogórek nie chciała odpowiedzieć na pytanie na kogo głosowała w wyborach parlamentarnych 2011 roku. Twierdziła, że jest bezpartyjnym fachowcem i to, kogo popierała, nie ma nic do rzeczy. Czy wtedy nie przeszło panu przez myśl, że będziecie mieli kłopot z kandydatką?

Owszem. Tamta odpowiedź była absurdalna. W 2011 roku Magda kandydowała do Sejmu z listy SLD i powinna odpowiedzieć, że głosowała na siebie. Rzecz w tym, że ona zatrudniła sobie firmę marketingową i to ta firma jej tak głupio doradzała. Wmówili jej, że ma być niezależną kandydatką, choć nie dało się tego obronić. To oni jej doradzali, żeby nie chodziła do mediów, tylko kontaktowała się z wyborcami przez internet, czego w końcu też nie robiła. Myślę, że z tą firmą nikt niczego by nie wygrał.

Czy pamięta pan moment, kiedy pan sobie uświadomił, że plan zdobycia 5–8 proc. głosów w wyborach prezydenckich może nie wypalić?

To nastąpiło jakieś dwa miesiące przed wyborami. Magda miała wywiad w telewizyjnej Jedynce, w którym bardzo dobrze wypadła. Potrafiła odpowiedzieć na każde pytanie, nawet o armię. Byliśmy w euforii. Później mieliśmy kilka spotkań w terenie, naprawdę rewelacyjnych. Ludzie pchali się do Magdy, chcieli z nią porozmawiać, wziąć autograf, zrobić sobie zdjęcie. U mnie w Kaliszu, gdy przyjechała na taki duży festyn, to wokół niej rozpętało się istne szaleństwo. Nie mogliśmy przejść kilku kroków. Każdy, kto prowadzi kampanię wyborczą i widzi taki entuzjazm, myśli, że wszystko idzie dobrze. A tu niespodziewanie nasz sekretarz generalny stwierdził publicznie, że kampania prezydencka jest w lesie. I nasza kandydatka znowu się obraziła. A trzeba wiedzieć, że to nie była jej pierwsza obraza. Wystarczyło, że ktoś z partii krzywo na nią spojrzał i już przez dwa tygodnie nie szło nic zrobić. Trzeba było odwoływać umówione spotkania, ściemniać, że kandydatka się pochorowała, jej notowania spadały i wszyscy powoli się zniechęcali.

2015 rok zakończył pana ośmioletnią karierę w parlamencie. Można powiedzieć, że kampania prezydencka też się do tego trochę przyczyniła. Nie żałuje pan, że już nie zasiada w ławach poselskich?

W żadnym wypadku. Byłem ostatnio w Sejmie i stwierdziłem, że panuje tam bardzo nieprzyjemna atmosfera. Wszyscy się na wszystkich boczą. Nie chciałbym być teraz posłem.

Nie dostał się pan do Sejmu w 2001 roku, kiedy Sojusz miał fenomenalny wynik wyborczy, ani cztery lata później, kiedy jeszcze wypadliście przyzwoicie. Liderzy pana nie cenili i nie dawali panu dobrych miejsc na liście wyborczej?

Ja wtedy byłem starostą kaliskim. Bardzo dobrze się czułem w samorządzie. Lubię działać, lubię dotknąć tego, co zrobiłem. Do Sejmu nie startowałem po mandat, tylko żeby przysporzyć głosów całej liście, bo w moim powiecie miałem zawsze najlepszy wynik. W 2001 roku Krystyna Łybacka pytała mnie: Panie starosto, z którego miejsca chce pan kandydować? Powiedziałem: które mi dacie, z tego wystartuję. Dostałem dziesiąte miejsce, a miałem siódmy wynik. W 2005 roku startowałem z piątego miejsca i miałem trzeci wynik.

To dlaczego w 2007 roku postanowił pan iść do Sejmu?

Bo przestałem być starostą. PiS w 2016 roku zmieniło ordynację wyborczą do samorządów, wprowadziło blokowanie list i w powiecie kaliskim przeciwko SLD wystąpiły wszystkie ugrupowania na wspólnej liście. Myśmy zdobyli dziewięć mandatów, a pozostałe ugrupowania – PSL, Samoobrona, PO i PiS – 12 mandatów. Gdyby wtedy nie było blokowania list, to SLD miałby samodzielną większość w powiecie kaliskim, ale wyszło inaczej. Pomyślałem, że skoro tak, to trzeba robić coś innego. Wygrałem wybory na szefa rady wojewódzkiej SLD i z tego tytułu dostałem pierwsze miejsce na liście do Sejmu w 2007 roku.

Mówiono, że dostał pan to miejsce dzięki temu, że poparł pan Grzegorza Napieralskiego, który odebrał przywództwo poprzedniemu przewodniczącemu, Wojciechowi Olejniczakowi.

Rzeczywiście stanąłem po stronie Grzegorza Napieralskiego i powiem dlaczego – otóż gdy zostałem szefem wielkopolskiego Sojuszu, zaproponowałem Olejniczakowi, żeby województwa miały większy wpływ na decyzje partyjne. Jak dziś pamiętam Wojtka odpowiedź: nie opowiadaj głupot, my wiemy najlepiej, co robić, a wy jesteście od wykonywania poleceń. Tak się tym zirytowałem, że się zastanawiałem, czy w ogóle nie porzucić działalności partyjnej. Bo skoro kilku facetów w Warszawie wie wszystko najlepiej, to niech oni sobie sami wszystko robią. Dlatego poparłem na kongresie Grzegorza. Uznałem, że jest bardziej operatywny, bardziej pracowity i lepiej pokieruje partią. Uważam, że przez dwa lata jego rządów partia naprawdę miała się dobrze. Grzegorz osiągnął też niezły wynik w wyborach prezydenckich 2010 roku.

Ale w wyborach parlamentarnych rok później wypadliście dużo gorzej. Dlaczego?

Nie mam pojęcia. Kampania nie była zła. Może to ogólnoeuropejski trend? Lewica przegrywa w całej Europie.

Ale tylko w Polsce wypadła całkowicie z parlamentu.

To prawda. W Polsce zwrot ku prawicy jest totalny. I też trudno mi powiedzieć dlaczego tak się dzieje. Co prawda jako SLD popełniliśmy sporo błędów. Nie wiem, dlaczego moi koledzy, mając większość w parlamencie, zgodzili się na powołanie komisji śledczej do sprawy Lwa Rywina. Przecież celem tamtej komisji było wyłącznie zdyskredytowanie SLD. Zresztą wszystkie komisje śledcze do tego służą. Niczego nie wyjaśniają, a tylko mają pognębić przeciwników politycznych. Po co jest komisja ds. Amber Gold? Po to, żeby pognębić PO. Pytałem kolegów, dlaczego zgodzili się na powołanie komisji ds. afery Rywina, skoro była wymierzona przeciwko nam, bo naprawdę tego nie rozumiałem. Usłyszałem, że SLD jest partią propaństwową i tak trzeba, bo wszystko musi być wyjaśnione.

Pan sam zasiadał w komisji śledczej badającej śmierć Krzysztofa Olewnika.

I co ustaliliśmy? Nic. Do dziś nie wiem, co się wydarzyło, czy to było porwanie czy samo uprowadzenie? Dlaczego policja i prokuratura działały nieudolnie? Mimo że w tamtej komisji pracowaliśmy rzeczywiście merytorycznie, żadnej polityki nie było. Ale i tak niczego nie ujawniliśmy.

Na wniosek lewicy została też powołana w Sejmie komisja śledcza badająca śmierć Barbary Blidy podczas próby jej zatrzymania przez ABW.

I też była bez sensu, bo niczego nie ustaliła. Komisje śledcze niczego nie budują i niczego nie wnoszą.

Po waszym słabym wyniku wyborczym w 2011 roku Grzegorz Napieralski ustąpił miejsca Leszkowi Millerowi. To była słuszna decyzja?

Wybory nie były najlepiej prowadzone, osiągnięty wynik był mierny, uaktywniła się wewnętrzna opozycja. Grzegorz nie miał innego wyjścia – musiał ustąpić z funkcji szefa partii. Prawdą jest, że po cichu popierał Leszka Millera na swojego następcę i prawdą jest, że w pewnym momencie zaczął go atakować, tak samo jak i mnie. Sądzę, że to jest problem młodych ludzi, którzy wyrośli w czasach naszej politycznej prosperity, nigdy niczego nie przegrali i dlatego nie potrafią się odnaleźć po porażce.

Może chodziło o to, że umówiliście się, iż Grzegorz Napieralski w zamian za poparcie będzie miał wpływ na decyzje partyjne, a potem okazało się, że z umowy nici?

Grzegorz miał wiele do powiedzenia w partii. Był szanowanym członkiem kierownictwa, ale liderem był Miller, a na niego nie jest łatwo wpływać. Ma swoje zdanie. Nie wszystko, co wspólnie ustalaliśmy m.in. z Grzegorzem, można było przeforsować u Millera. Nie wybraliśmy atrapy tylko polityka, który kiedyś został okrzyknięty kanclerzem.

W 2011 roku do Sejmu wszedł Ruch Palikota, który okropnie z wami wojował. Czy od początku chcieliście z nim walczyć, czy próbowaliście się dogadać?

Uciekaliśmy się do różnych taktyk: staraliśmy się ich nie zaczepiać, była jedna czy druga wspólna konferencja, a zawsze kończyło się na wymianie razów. Trudno było z nimi rozmawiać i uważam, że głupio zrobiliśmy, wchodząc z nimi w koalicję w 2015 roku. Byłem temu przeciwny, bo skoro przez całą kadencję wojowaliśmy, to takie porozumienie przed wyborami było mało wiarygodne. Poza tym wiedziałem, jakie są nastroje w terenie. Ludzie pukali się w głowę na wieść, że będziemy na jednej liście z Ruchem Palikota. Nasz elektorat nie jest tak bardzo nowoczesny, żeby zwalczać Kościół i propagować marihuanę. Ale wtedy młodzież doszła do głosu i przeforsowała Zjednoczoną Lewicę. W rezultacie wypadliśmy z parlamentu.

Młodzi przeforsowali Zjednoczoną Lewicę, bo wasza partia uznała, że wasz lider Leszek Miller stał się obciążeniem. U pana w województwie działacze przyjęli nawet uchwałę, żeby Miller ustąpił ze stanowiska.

Nie zgadzałem się z tym. Takich uchwał nie wolno przyjmować, jeżeli wcześniej nie dogada się z liderem, że odda władzę w partii. Wyborcy to źle odebrali. Jeździłem w tamtej kampanii po Polsce i w wielu organizacjach regionalnych słyszałem, że Miller jest obciążeniem. Ale gdy pytałem, kto ma go zastąpić, to słyszałem: nie wiadomo, trzeba kogoś wymyślić. Rozmawiałem też z Leszkiem. Próbowałem go namówić, żeby w obliczu takich nastrojów wycofał się na drugi plan, przestał chodzić do mediów. Ale to nie jest takie proste. Miller mówił: „Dobrze, wycofam się do drugiego szeregu", ale w wielu przypadkach dziennikarze chcieli tylko jego obecności i za godzinę znowu był w telewizji.

Ale dlaczego nagle Miller został w partii uznany za balast?

Nie widziałem racjonalnego uzasadnienia dla takich opinii. Przecież jeździliśmy podczas kampanii po Wybrzeżu i gdzie się nie pojawiliśmy, to Miller był wielką gwiazdą. Ludzie się cisnęli, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, pogadać, uścisnąć dłoń. Myśmy mu mówili: „Leszek, nie jest najlepiej, może zejdź na dalszy plan". On mówił dobrze, a potem jechaliśmy w teren i był pierwszą gwiazdą. Dlatego w pewnym momencie zaczął podejrzewać, że po prostu ktoś z nas próbuje go utrącić. Moim zdaniem nasi działacze za dużo naoglądali się TVN, a tam zawsze słyszeli, że Miller jest dla nas obciążeniem i w końcu w to uwierzyli. TVN wyraźnie sympatyzował z Platformą Obywatelską i robił wszystko, żeby SLD nie miał za dużego poparcia i nie zabierał głosów Platformie. A gdybyśmy weszli do Sejmu, to PiS nie miałoby samodzielnej większości i wszystko wyglądałoby inaczej. Platforma też.

To wasza wina, że nie weszliście do Sejmu, bo podwyższyliście sobie próg wyborczy, tworząc koalicję.

Pamiętam jak dziś wystąpienie prof. Tadeusza Iwińskiego, który na jednym z ostatnich posiedzeń Rady Krajowej powiedział, że jeżeli już musimy iść z tym Palikotem do wyborów, bo decyzja została ogłoszona, to idźmy jako komitet wyborczy wyborców, czyli bez progu.

Wtedy pozbawilibyście się dotacji z budżetu państwa, przysługującej partiom politycznym.

No i co z tego? Od przyszłego roku pewnie i tak nie będziemy mieli finansowania z budżetu. A tak bylibyśmy w Sejmie, mielibyśmy posłów, którzy płaciliby wyższe składki, może byśmy współrządzili i mieli ze dwóch prezesów spółek Skarbu Państwa, którzy wpłacaliby składki specjalne. Jakoś byśmy przeżyli. Ale ten pomysł nie przeszedł.

Jerzy Wenderlich, wasz wicemarszałek Sejmu, uważa, że nieważne, co byście zrobili i tak ponieślibyście porażkę, bo Leszek Miller ciągnął was w dół.

Przemawia chyba przez niego żal za utraconym splendorem. Jerzy Wenderlich sam mógł nas politycznie poratować. Pod koniec kadencji przez krótki czas kierował pracami Sejmu. Mógł tej władzy nie oddać. Mieliśmy jeden temat, który chcieliśmy przeforsować w Sejmie, czyli powiązanie prawa do emerytury ze stażem pracy. To był nasz projekt, który czekał na rozpatrzenie. Prosiliśmy Jurka na kolanach: nie oddawaj władzy, przeforsujemy nasz temat i politycznie pójdziemy do przodu. Chodziło o jedno posiedzenie Sejmu. Ale on odmówił, że to nie wypada, a poza tym obiecał pani premier Ewie Kopacz, iż tego nie zrobi. A gdybyśmy przeforsowali tę zmianę, to nasza sytuacja byłaby inna. Przecież dzięki obietnicy obniżenia wieku emerytalnego PiS wygrało wybory. To, co teraz PiS robi w sferze socjalnej, to były nasze projekty, które leżały w Sejmie.

Nie mieliście projektu 500+.

Ale mieliśmy inne pomysły wsparcia socjalnego rodzin i dzieci. Jeżeli Jurek ma takie pretensje do Millera, to niech się też uderzy we własne piersi.

Co teraz będzie z waszą partią?

Na razie Sojusz jako jedyna partia na lewicy ma szanse na wejście do Sejmu. Ruch Palikota nie istnieje, a w Partii Razem jest trochę młodych, fajnych ludzi, ale poparcie dla nich jest minimalne. Sądzę jednak, że wszystkie partie opozycyjne muszą pójść blokiem do wyborów przeciwko PiS-owi. Jeżeli tego nie będzie, to PiS utrzyma władzę na kolejne cztery lata.

Dlatego, że mają dobre pomysły, czy dlatego, że opozycja jest słaba?

Ich pomysły socjalne są bardzo dobre. Wsparcie dla rodzin z dziećmi jest niezbędne, żeby ludzie żyli na przyzwoitym poziomie. Zgadzam się z obniżeniem wieku emerytalnego. Należy stworzyć takie warunki, żeby ludzie chcieli pracować dłużej, a nie ich do tego zmuszać, chociaż nie mają pracy. Ktoś może powiedzieć, że niedobrze, że kobiety mają niższy wiek emerytalny niż mężczyźni. A ja się pytam, dlaczego niedobrze, skoro kobiety są bardziej obciążone, bo nie dość, że pracują zawodowo, to jeszcze prowadzą dom, wychowują dzieci. Taki jest profil polskiej rodziny. To, co PiS robi z sądami czy Trybunałem Konstytucyjnym, jest złe. Ale ludzie się tym nie interesują.

Przecież były protesty.

Nieliczne. Ludzie dostali 500+, wiek emerytalny, podwyższoną płacę minimalną. To na kogo będą głosowali? Co z tego, że myśmy mieli podobne pomysły, skoro ludzie mówią – ale wyście tego nie wprowadzili. Leszek mi zawsze powtarzał, że gdy był premierem, to najważniejsze było podźwignięcie państwa z zapaści finansowej, zasypanie dziury Bauca. Ale ludzie zagłosowali na SLD, bo miał dobry program, którego później nie zrealizował. Co z tego, że zostawiliśmy w państwowej kasie 6 mld zł niewykorzystanego budżetu. Pamięta pani tego idiotę premiera, który to zrobił? Kto przed wyborami zostawia w kasie 6 mld zł, zamiast je rozdać?

A pan zamierza wrócić do Sejmu?

Nie. Zamierzam wrócić do samorządu. W Sejmie można nic nie robić i jakoś to leci. W samorządzie trzeba codziennie być i robić. Na stanowisku starosty udało mi się zbudować urząd powiatowy, pozyskać środki przedakcesyjne, bo byliśmy jednym z najbiedniejszych powiatów w Polsce, zbudować kawałek drogi, halę przy szkole. To są to namacalne efekty mojej pracy. Mogę powiedzieć: dzięki mnie to powstało. A po ośmiu latach w Sejmie mogę powiedzieć tylko tyle, że przez osiem lat jeździłem do Warszawy. Bo opozycja w Sejmie nic nie znaczy, może tylko gadać. Dla mnie to nie jest atrakcja.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

"Rzeczpospolita"