Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

I wyłoni się nowy ład

Michał Szułdrzyński 04-04-2018, ostatnia aktualizacja 04-04-2018 10:42

Polska polityka daje więcej nadziei na przyszłość, niż można wnosić z walki dwóch politycznych plemion.

Nowy ład stworzy albo PiS po kolejnych wygranych wyborach, albo musi go zaproponować opozycja, która będzie chciała je wygrać pod hasłem budowy państwa po PiS-ie. Na zdjęciu protest KOD w Krakowie
autor: Piotr Guzik
źródło: Fotorzepa
Nowy ład stworzy albo PiS po kolejnych wygranych wyborach, albo musi go zaproponować opozycja, która będzie chciała je wygrać pod hasłem budowy państwa po PiS-ie. Na zdjęciu protest KOD w Krakowie
PiS będzie grabarzem III RP. Nie zbuduje nowej, IV Rzeczpospolitej, ale doszczętnie zrujnuje i skompromituję instytucje tej, którą założono w 1989 roku
autor: Danuta Matloch
źródło: Fotorzepa
PiS będzie grabarzem III RP. Nie zbuduje nowej, IV Rzeczpospolitej, ale doszczętnie zrujnuje i skompromituję instytucje tej, którą założono w 1989 roku

Codzienna obserwacja polityki może zniechęcać. Popularne jest przekonanie, że to wina mediów, które mają funkcjonować według zasady: „Good news is no news" (w wolnym tłumaczeniu: „Dobra wiadomość to żaden news"), ale to pozorne wyjaśnienie. Polityka – nie tylko w Polsce – zmienia się na gorsze. I nie uważają tak wyłącznie narzekający na zepsucie obyczajów konserwatyści. Zaprzysięgły liberał Fareed Zakaria w wydanej niedawno w Polsce „Demokracji nieliberalnej" przedstawia rozwój sytemu politycznego w USA po drugiej wojnie jako pasmo nieustannych klęsk i porażek.

Rzeczywiście włączając telewizyjne programy informacyjne, śledząc portale czy media społecznościowe, widzimy wiele negatywnych wydarzeń dotyczących naszego życia publicznego. Wielkanoc to jednak święto upamiętniające zwycięstwo dobra nad złem, życia nad śmiercią, gdy warto w trudach i smutkach codzienności poszukiwać tego, co dziś napawa nas nadzieją.

Tym bardziej że w tych kryzysowych czasach warto pamiętać o greckiej etymologii słowa „kryzys" – czyli „zmaganie się i walka", po których przechodzi przesilenie, przełom. A potem powstaje nowy ład. W obecnym kryzysie rzeczywiście dostrzec można wiele ziaren, z których może wykiełkować nowy porządek, choć dziś jeszcze trudno nam go sobie wyobrazić.

Oto kilka z nich, które napawają największą nadzieją.

Podziały na dobre

Za wszystko, co złe w Polsce, obwiniany jest zwykle głęboki podział polityczny. Od czasu, gdy prof. Mirosława Grabowska uznała, że w latach 90. główną osią podziału był stosunek do komunizmu i postkomunistów, język podziału społecznego i politycznego na dobre stał się częścią opisu polityki. Dość popularna jest też teza, że główną linią podziału po 2005 r. jest spór PiS i anty-PiS. Na temat tego, że jest on zbyt głęboki, że dotyczy zbyt wielu dziedzin życia, że prowadzi do upartyjnienia kolejnych sfer państwa, napisano bardzo wiele, często bardzo dobrych książek. Również upartyjnienie wielu mediów stało się problemem. Część prasy staje bowiem w politycznej walce u boku największych sił, zamiast robić to, do czego ją powołano – czyli poznawać i zgłębiać prawdę. Wciąż słyszymy o zwaśnionych plemionach, między którymi rośnie niechęć. Podziały widać też wyraźnie w innych społeczeństwach, np. w USA.

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że tak głębokie podziały mogą mieć na dłuższą metę pozytywne konsekwencje. Angażując sympatyków obu stron, mogą przyczyniać się do wzrostu patriotyzmu. Głębokie tożsamości polityczne wyzwalają gorące przekonanie o konieczności dbania o ojczyznę i zabezpieczenia jej przed wpływami innych. Na razie ten patriotyzm jest nastawiony negatywnie – przeciwko drugiej grupie. Ale to już rola tych z polityków, którzy patrzą dalekosiężnie, by tę autentyczną troskę o dobro wspólne żywioną przez obywateli przekuć we wspólnotę.

Statystyki pokazują, że w ostatnich latach znacznie zwiększyła się w stolicy liczba protestów ulicznych. Jeśli uznać obywatelskie zaangażowanie za jedną z miar patriotyzmu, można by uznać lipiec zeszłego roku za wielkie święto patriotyzmu – gdy setki tysięcy Polaków w wielu miejscowościach protestowały przeciwko rządowej reformie sądownictwa. Co ciekawe, gdy osiągnęły częściowy efekt – dwa prezydenckie weta – rozeszły się do domów. Nie chodziło więc – jak twierdziła prorządowa propaganda – o próbę puczu, lecz o wyrażenie swego sprzeciwu wobec jednej konkretnej kwestii. Podobnie było w przypadku czarnych protestów. Choć ciężko mi jako konserwatyście wykrzesać sympatię do proaborcyjnych haseł – również dziesiątki tysięcy ubranych na czarno uczestników są dobrą wiadomością, jeśli chodzi o obywatelskie zaangażowanie – jakkolwiek sceptycznie byśmy patrzyli na głoszone przez nich postulaty.

Po stronie zwolenników władzy pozytywnym aspektem jest poczucie politycznej sprawczości. Jak twierdzi na podstawie swoich badań prof. Maciej Gdula, wielu wyborców PiS, popierając partię rządzącą, ma poczucie uczestniczenia w historycznych wydarzeniach, w dziele moralnej zmiany. Liczne badania pokazują też dosyć dużą zdolność do inkluzji rządów PiS, dzięki którym poczucie bycia obywatelem pierwszej kategorii mają liczne grupy społeczne, które wcześniej czuły się społeczno-politycznym marginesem.

Innym aspektem tego samego zjawiska jest zwiększenie się pluralizmu spektrum politycznego.

Koniec Rzeczypospolitej, jaką znamy

Z tym też związana jest inna nadzieja – na swego rodzaju odbudowę etosu inteligenckiego. PiS w swych działaniach jest zdecydowanie antyelitarny. Krytyka dotychczasowych elit jest jednym ze źródeł legitymizacji partii rządzącej. Dotychczasowy opór różnych grup zawodowych może sugerować, że PiS nie uda się jednak plan stworzenia nowych elit.

Gdzie tu jednak nadzieja? Otóż po 1989 r. duża część elit porzuciła swe inteligenckie korzenie. Problemem była nie tylko naturalna w dobie kultury masowej kooptacja celebrytów do szeroko rozumianych elit, ale przede wszystkim zatracenie ich służebnej roli – tak mocno obecnej choćby w dwudziestoleciu, etosie Armii Krajowej czy też ideach, które stały za pierwszą Solidarnością.

Ta swoista zdrada elit okazała się wodą na młyn wszelkiej maści populistów. Obecna antyelitarna fala buntu może polskie elity otrzeźwić i przypomnieć im o etosie służby społeczeństwu. Dzięki elitom społeczeństwo ma być lepsze, a nie da się tego osiągnąć, jeśli – z czym często mieliśmy do czynienia w ostatnich trzech dekadach– elity społeczeństwem gardzą, uważają za swego rodzaju podgatunek. Ta lekcja może być ożywcza zarówno dla tej części elit, która krytykuje obecną władzę, jak też i dla tej, która ją popiera.

Nawet spora część zwolenników „dobrej zmiany" jest zdania, że instytucjonalne zmiany przeprowadzane po 2015 r. to zaledwie okres przejściowy. Wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin w kilku wywiadach twierdził, że ani Trybunał Konstytucyjny, ani Sąd Najwyższy nie mają dziś takiej postaci, jaką powinny osiągnąć docelowo. Nawoływał do powstania nowej filozofii państwa. Faktem jest, że dziś jej nie ma. Działania PiS to proces nieustannego demontażu podstaw instytucjonalnych, na których ufundowana była III RP.

Większość instytucji, które przejmuje PiS, wcale nie jest przejmowana po to, by były lepsze. Może za wyjątkiem administracji skarbowej, która osiąga wymierne efekty w postaci wzrostu ściągalności podatków.

Najlepszym dowodem może być tu Trybunał Konstytucyjny, którego autorytet podupadł do tego stopnia, że przestały do niego spływać skargi. Wielu konserwatystów ma za złe Jarosławowi Kaczyńskiemu, że zarzucił działalność państwowotwórczą, raczej osłabiając prestiż i zaufanie do państwa i jego instytucji, niż je budując. Kiedyś napisałem w komentarzu, że PiS będzie grabarzem III RP. Podobnie jak w wyżej opisywanym przypadku elit – nie zbuduje nowej, IV Rzeczypospolitej, ale doszczętnie zrujnuje i skompromituję instytucje założone po 1989 r.

Co ciekawe, liczni obecnie przeciwnicy PiS, jeszcze w 2005 r. opowiadający się za powstaniem PO – PiS, które miało szarpnąć cuglami państwa i zbudować nowe państwo, też marzyli 13 lat temu o tym, by powstała nowa konstytucja mająca wyrugować absurdy tej z 1997 r. W reakcji na działania PiS stali się nagle zagorzałymi obrońcami III RP i jej wadliwych instytucji.

Pora sobie jednak uświadomić, że dziś już nie ma powrotu do tego, co było przed wyborami 2015 r. Żyjemy już w zupełnie innym świecie. Nie ma powrotu do stanu sprzed trzech lat – ani jeśli chodzi o Trybunał Konstytucyjny, ani jeśli chodzi o media publiczne, ani nawet o działanie rządu czy Sejmu, czy cały ład instytucjonalny. Jak kiedyś stwierdził Jarosław Flis, mamy dziś do czynienia z Dziewiątą Rzecząpospolitą. Dlaczego dziewiątą? Bo dziewięć to trzy do kwadratu, czyli zamiast zwalczać patologie III RP, doprowadzono je do monstrualnych rozmiarów. Po tym musi powstać jakiś kolejny nowy ład.

Dochodzimy więc do momentu konstytucyjnego – ufundowania nowego ładu. Albo stworzy go PiS po kolejnych wygranych wyborach, albo musi go zaproponować opozycja, która będzie chciała je wygrać pod hasłem budowy państwa po PiS. Tak czy owak źródłem nadziei w obecnej sytuacji jest to, że nie ma powrotu do III RP, a więc również do jej ustrojowych wad i patologii. I to jest zdecydowanie dobra wiadomość.

Jak zauważa w swojej książce „Wyjście awaryjne" Rafał Matyja polityka po 1989 r. skażona była niemocą. Każdy, kto zasiadał w fotelu premiera – bez względu na to, czy nazywał się Donald Tusk, czy Jarosław Kaczyński – zdawał sobie sprawę z tego, jak niewiele może. Dlatego rządy wobec tej entropii państwa i uciekających możliwości realnego wpływania na rzeczywistość wybierały maskowanie.

Wspólną cechą – zdaniem Matyi – władzy po 2005 r., a więc po przełomie, na który wielu czekało, a który nie nastąpił, była populistyczna orientacja polityki. Istotne reformowanie państwa zostało zastąpione przez grę pozorów, która miała pomóc utrzymać się przy władzy. To wygrywanie wyborów, a nie realna zmiana państwa na lepsze, stało się celem działalności politycznej. Ze swej antyreformatorskości wszak główne narzędzie ideologiczne uczynił Tusk, który uznał, że Polacy mają dość bolesnych reform, że jedyne, czego pragną, to ciepła woda w kranie i autostrady, a nie wielkie polityczne wizje.

Paradoksalnie jednak ten populistyczny scenariusz po 2015 r. powtarza Prawo i Sprawiedliwość. Rządy rozpoczęło od przejęcia mediów, prokuratury i Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby pokrzyżować jego plany. Na początek też zaserwowano obywatelom 500+, które miało przede wszystkim zapewnić społeczne poparcie. Co ciekawe – nie było w tym żadnej wizji głębokiej reformy państwa, przejmowano instytucje wraz ze wszystkimi ich wadami. Takiej polityki nie da się jednak prowadzić wiecznie. I to właśnie kolejne źródło nadziei: moment konstytucyjny sprawia, że bliżej jesteśmy chwili, gdy rozpoczniemy budowę nowego państwa.

Program 500+ jest doskonałym przykładem tego, że nie ma już powrotu do status quo ante. Trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek następny rząd odebrał rodzinom to świadczenie. Ten program społeczny będzie miał większy wpływ na myślenie o gospodarce nad Wisłą niż kryzys z 2008 r. Po upadku Lehman Brothers mocno została nadszarpnięta wiara w rynek, który sam się reguluje. Kryzys został przezwyciężony dzięki potężnej ingerencji rządów w gospodarki, a przede wszystkim w systemy bankowe poszczególnych państw, co zmusiło zarówno twardych liberałów, jak i etatystów do przemyślenia swoich stanowisk. Wprowadzenie 500+ sprawiło, że dla wielu Polaków zupełnie zmieniła się filozofia myślenia o państwie i jego roli w redystrybucji bogactwa. I jeśli szukać gdzieś źródeł nadziei w myśleniu o gospodarce to właśnie konieczność wymyślenia na nowo modelu rozwoju wydaje się jednym z nich.

Poza historią

Choć dla wielu obserwatorów naszego życia publicznego problemem jest bardzo mocne wykorzystywanie historii w bieżącej polityce i tu można dostrzec szansę na przyszłość. Obecna erupcja historyczności jest w dużej mierze reakcją na dwa zjawiska. Pierwszym było swoiste wypieranie historii, czego przykładem może być hasło wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 r. „Wybierzmy przyszłość". Nie da się wybrać przyszłości, jeśli nie wyciągnęło się bardzo licznych trupów z szaf.

Drugim zjawiskiem jest modne podejście posthistoryczne – przedstawianie historii jako czegoś, co trzeba przezwyciężyć, co jest źródłem wstydu, obrazem wad i patologii, które trzeba przepracować, a nie powodem do dumy. Historia miała być polem wielkiej społecznej psychoterapii, po to by wejść w posthistoryczną przyszłość. Sęk w tym, że aplikowanie tego lekarstwa pacjentowi, któremu przez 45 lat komunizmu próbowano przeprowadzić historyczną lobotomię, musiało być z góry skazane na niepowodzenie. Naród, który odzyskał niepodległość, chciał też odzyskać pamięć. Nie chciał zacząć się wstydzić, nim naprawdę nie poczuł dumy ze swej historii. Nie chciał przepracowywać wad, jeśli nie pozwolono mu się cieszyć z realnych osiągnięć.

Być może dzięki historycznej przesadzie, jaka jest właściwa obecnym rządom, wreszcie rozliczymy się z przeszłością i przestanie być ona balastem na każdym kroku. Być może będzie to też związane z przemianą pokoleniową. Wszak najważniejszymi postaciami w polskiej polityce są osoby, dla których czas komunizmu to główny punkt odniesienia – zarówno jeśli chodzi o historię osobistą, jak i zbiorową. Historyzując wszystko dziś, PiS tworzy przedpole dla pokolenia, które nie będzie niewolnikiem swojej przeszłości, które będzie mogło kształtować przyszłość według swej najlepszej oceny, nie zaś tylko po to, by odreagować narodowe kompleksy czy leczyć historyczne rany.

Liberalna demokracja 2.0

Innym, często stawianym przez krytyków obecnej władzy zarzutem jest twierdzenie, że PiS buduje demokrację nieliberalną. Według typologii wspomnianego wyżej Fareeda Zakarii po 2015 r. można się doszukać cech jej rozkładu. Zakaria stwierdza bowiem, że demokracja liberalna to taka, w której największą ochroną otoczona jest wolność jednostki. Trójpodział władz, społeczeństwo obywatelskie, a nawet wolny rynek – to wszystko narzędzia, które zabezpieczają człowieka przed zakusami rządu. Demokracja liberalna to więc ustrój, w którym demokratycznie wybrana władza ograniczana jest całym systemem zabezpieczeń, które mają chronić wartości konstytucyjne, niezależność sądów itp. I odwrotnie – tam, gdzie wymontowuje się takie zabezpieczenia jak niezależność sądów czy Trybunału Konstytucyjnego, gdzie poddaje się kolejne sfery życia kontroli sprawowanej przez pochodzące z wolnych wyborów partie, mamy bez wątpienia do czynienia z demokracją, lecz nie jest ona liberalna. Co ciekawe, Zakaria ze zgrozą patrzy na Stany Zjednoczone, w których kolejne sfery życia i instytucje poddawane są kontroli polityków, co w efekcie obniża jakość polityki.

Odchodzenie państw demokratycznych od liberalizmu jest – zdaniem amerykańskiego autora – coraz powszechniejsze na świecie. Wiele krajów Azji, Turcja, Rosja, Białoruś to państwa, których władze mają mandat z powszechnych wyborów, lecz w których swobody obywatelskie są niezwykle ograniczone. Nie sposób porównać ich z żadnym krajów w Unii Europejskiej, ale faktem jest, że partie rządzące w Polsce i na Węgrzech model demokracji liberalnej wprost krytykują, a za tą krytyką idzie też nieliberalna praktyka.

Ktoś może zapytać, gdzie tu źródło nadziei? Otóż właśnie w tym, że skoro Polska i Europa Środkowa są pionierami przedefiniowania liberalnej demokracji, być może najszybciej przejdziemy przez ten okres pośredni do jakiegoś nowego ładu, który musi się wyłonić później. Jeśli PiS straci władzę – nowy rząd musi wymyślić jakąś wersję liberalnej demokracji 2.0, bo jak pisałem wyżej, nie ma już powrotu do tego, co było. Jeśli dalej będzie rządzić PiS, samo będzie musiało zainstalować nowy ład, po tym jak poprzedni nieustannie demontuje.

Nowy ład na świecie

Podobne zjawisko zachodzi zresztą na poziomie europejskim i światowym. Europa znalazła się w poważnym kryzysie. Do stanu sprzed kryzysu uchodźczego, który podkopał wzajemne zaufanie w Unii, nie ma jednak powrotu. Istnieje oczywiście ryzyko, że po upadku europejskiego projektu na naszym kontynencie zapanuje chaos. Jest jednak szansa na to, że wyłoni się z tego właśnie jakiś nowy ład. Unia Europejska była odpowiedzią na okropieństwa drugiej wojny światowej. I choć od wojny minęło ponad 70 lat, wspólnota europejska wciąż nieźle się sprawdza, zapewniając rozwój i bogactwo dużej części naszego kontynentu. Jeśli Europa nie ma tendencji samobójczych, nie będzie tego ładu rujnować. Nadzieja na nowy europejski ład nie wydaje się więc być tak płonna.

To samo dotyczy zresztą porządku światowego. Dotychczasowy ład jest coraz częściej kwestionowany i to nie tylko przez autokratów, ale również przez przywódców Zachodu, począwszy od prezydenta Donalda Trumpa. Jego pomysły takie jak budowa muru, który ma zapobiec nielegalnej imigracji, czy też nałożenie ceł, by zmniejszyć zalew tanich produktów z Chin, są zupełnym zaprzeczeniem zasad, na których dotychczas opierał się liberalny świat. Rodzi to oczywiście olbrzymie ryzyka.

Ale też – jak każdy kryzys – może to przynieść przesilenie i nowy porządek, który dziś jeszcze ciężko nam sobie wyobrazić. Jest jak kraina, która leży jeszcze za horyzontem, ale do której musimy kiedyś dojść, bo tam prowadzi droga, którą podążamy. Jest więc wiele powodów, by mieć nadzieję!

Plus Minus