Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Warszawa, czyli kto jest kim

Marek Migalski 04-05-2018, ostatnia aktualizacja 04-05-2018 12:42

Jeśli „złoty chłopiec" PO zostałby pokonany w swoim mieście przez „blokerskiego przybłędę", to znaczyłoby, że PiS może zwyciężać wszędzie.

Złota44 oraz Cosmopolitan (odpowiednio po lewej i prawej stronie Pałacu Kultury i Nauki) to jedyne luksusowe wieże mieszkalne w Warszawie.
źródło: Shutterstock
Złota44 oraz Cosmopolitan (odpowiednio po lewej i prawej stronie Pałacu Kultury i Nauki) to jedyne luksusowe wieże mieszkalne w Warszawie.

Nie da się przecenić pojedynku, jaki stoczą ze sobą w Warszawie Rafał Trzaskowski i Patryk Jaki. Będzie on nie tylko najbardziej spektakularny, brutalny i z największą uwagą śledzony przez media, ale także będzie miał najdonioślejsze konsekwencje dla całej polskiej sceny politycznej. Prześledźmy je.

Wygląda na to, że faworytem jest kandydat PO: warszawiak z urodzenia, zna wszystkich i wszyscy znają jego, mówi kilkoma językami, ma międzynarodowe obycie, był wykładowcą na uczelni wyższej, wiceministrem spraw zagranicznych, eurodeputowanym. Jego przeciwnikiem jest opolanin, magister politologii, poseł, w ostatnim dopiero czasie pełniący funkcję wiceszefa Ministerstwa Sprawiedliwości. Pierwszy jest ulubieńcem mediów, drugi – raczej postacią abominacyjną. Jeśli zatem taki Trzaskowski, w mieście takim jak Warszawa, nie pokona kogoś takiego jak Jaki, to liderzy opozycji powinni przestać zajmować się polityką i poświęcić się np. haftowi artystycznemu.

Oto właśnie toczy się bój. O los polskiej demokracji i przyszły kształt sceny partyjnej. Jeśli bowiem „złoty chłopiec" największej formacji opozycyjnej zostałby pokonany w swoim mieście przez „blokerskiego przybłędę" z ugrupowania rządzącego, to znaczyłoby, iż PiS może zwyciężać wszędzie i ze wszystkimi, a PO z Nowoczesną musiałyby być przed wyborami parlamentarnymi 2019 r. zastąpione przez kogoś, kto nie jest nieudacznikiem politycznym.

Kaczyński i Ziobro

Oczywiście szanse Jakiego są mniejsze niż Trzaskowskiego, ale może właśnie dlatego jego ewentualna wygrana tak bardzo by zabolała opozycję. Prawdopodobnie zresztą z tego powodu, że jego wiktoria jest mało prawdopodobna, otrzymał nominację z Nowogrodzkiej. Bo w jego sukces chyba nie wierzy też Jarosław Kaczyński. Gdyby go zakładał, pewnie nie dopuściłby Jakiego do kandydowania.

Dlaczego? Zapominamy, że jednak ten Patryk Jaki nie jest członkiem PiS, lecz najbliższym współpracownikiem Zbigniewa Ziobry, którego nie opuścił nawet w najcięższych dla obecnego ministra sprawiedliwości czasach. Jest jego zaufanym druhem i gdyby odniósł zwycięstwo w Warszawie, to przede wszystkim byłoby to zwycięstwo właśnie Ziobry, a nie Kaczyńskiego. To prezes Solidarnej Polski zyskiwałby punkty, a jego człowiek rządziłby największym miastem w kraju. To zaś zdecydowanie wzmacniałoby jego pozycję w walce o schedę po Kaczyńskim. Tego z kolei nie chce prezes PiS.

Kaczyński prawdopodobnie nie przewiduje sukcesu popieranego przez PiS kandydata także z tego powodu, że gdyby Jakiemu udało się zdobyć Warszawę, byłby porównywany z Lechem Kaczyńskim, któremu także ta sztuka się udała. A tego typu paralele są ostatnimi, jakich chciałby prezes PiS. Nie po to stawia swemu bratu pomniki, zachęca do nazywania jego imieniem ulic, przekonuje, że bez niego nie byłoby wolnej Polski, a Solidarność de facto była przez niego kierowana, by teraz był on zrównywany z Patrykiem Jakim. To zawiła sprawa psychologiczna, ale warto sobie z niej zdawać sprawę.

Schetyna w kropce

To także może tłumaczyć fakt, że prawdziwi pisowcy nie będą gryźli trawy w kampanii wiceministra sprawiedliwości. Kaczyński na pewno nie będzie ich za to karał. Zresztą dla nich Jaki wciąż jest zdrajcą, który porzucił partię w ciężkim dla niej 2011 roku. To może odbić się na drugiej części kampanii Jakiego – nagle zacznie brakować środków, pieniędzy, struktur. Dlatego właśnie prognoza co do szans Jakiego w starciu z Trzaskowskim jest raczej pesymistyczna.

Co by się jednak stało, gdyby jakimś cudem zwyciężył, co przecież nie jest wykluczone? To byłoby trzęsienie ziemi. I to nie tylko w ramach Zjednoczonej Prawicy, bo wzmacniałoby znacząco pozycję ziobrystów kosztem innych frakcji i koterii. Przede wszystkim byłby to poważny cios w Grzegorza Schetynę, a nawet szerzej – w Koalicję Obywatelską.

Okazałoby się bowiem, że nawet zjednoczenie PO z Nowoczesną nie daje zwycięstwa nad PiS, i to w dodatku w stolicy. Gdzie, jeśli nie tu, taki sojusz ma obowiązek wygrywać? Przekaz do struktur, a zwłaszcza do wyborców, byłby dla Koalicji Obywatelskiej druzgocący, dewastujący. Byłby zapowiedzią jej klęski w elekcji parlamentarnej rok później.

Dlatego Trzaskowski, z punktu widzenia PO, musi wygrać. Jego porażka byłaby osobistą przegraną Schetyny. Jest to o tyle paradoksalne, że między obu panami nie ma chemii i raczej za sobą nie przepadają – szef PO wolał wystawić w tych wyborach swego zaufanego towarzysza broni Andrzeja Halickiego, ale wewnętrzne partyjne sondaże były dla niego niekorzystne. Tylko dlatego zdecydował się na Trzaskowskiego, któremu raczej jest bliżej do Donalda Tuska i wewnętrznej opozycji wobec Schetyny niż do szefa partii. Ale – jako się rzekło – ten drugi musi dziś robić wszystko, by kandydat PO wygrał, bo inaczej podważy sens powodzenia partii pod swym przywództwem. Trzaskowskiemu zapewne nie zabraknie partyjnej kasy, a i aparat zostanie zmuszony do pracy na jego rzecz, nawet jeśli zwolennicy Halickiego będą prowadzić coś na kształt strajku włoskiego.

Co się stanie, jeśli Trzaskowski ostatecznie wygra? To byłby bardzo dobry sygnał dla opozycji, że może pokonywać PiS i że ma zdolność do odnoszenia sukcesów. Ten wynik „poszedłby w świat" i na pewno dodałby skrzydeł całej opozycji, a PiS-owi trochę by je podciął. Kaczyński zacząłby rozliczać ziobrystów z porażki, co byłoby już wartością samą w sobie dla PO. Każdy bowiem tumult i wojenka wewnętrzna u konkurenta jest dla opozycji czymś pożądanym.

Jednak o ile byłoby to dobre dla PO, o tyle już Schetynie wyrastałby konkurent do władzy w partii. Sprawując samodzielne stanowisko prezydenta stolicy, niesiony nimbem zwycięzcy, uosabiając sukcesy PO, Trzaskowski mógłby zacząć odgrywać rolę głównego konkurenta wewnątrz partii wobec Schetyny. W naturalny sposób zająłby miejsce prawdziwego wiceprzewodniczącego ugrupowania, z największym mandatem do sięgnięcia po sukcesję po wyborach 2019 r. Jeśli wynik PO byłby wówczas niesatysfakcjonujący, to nie kto inny, jak Trzaskowski byłby pretendowany do rozliczenia Schetyny za porażkę.

Stawka pojedynku

Schetyna chyba przyjął to do wiadomości. Ale o ile sukces Trzaskowskiego może być dla niego hipotetycznym problemem za rok, o tyle jego porażka byłaby realnym kłopotem już w grudniu. Dlatego właśnie będzie walczył o jego zwycięstwo, a ewentualną wojną wewnętrzną po elekcji 2019 zaprzątać sobie będzie głowę później.

Obecny szef Platformy wiele razy pokazał, że potrafi czekać i rozkładać konflikty z poszczególnymi wrogami na etapy. Jeszcze półtora roku temu życzliwi publicyści doradzali mu podporządkowanie się Mateuszowi Kijowskiemu, a już w najgorszym razie Ryszardowi Petru. Schetyna nie korzystał z rad i chyba dobrze na tym wyszedł.

Stawką pojedynku Trzaskowskiego z Jakim jest zatem nie tylko wewnętrzny układ sił w obozie rządzącym oraz w obozie opozycji, lecz także ukształtowanie sceny politycznej na rok przed wyborami parlamentarnymi. W jakimś sensie o tym, kto wygra elekcję do Sejmu i Senatu w 2019 r., zdecydują warszawiacy rok wcześniej. Konfrontacja Trzaskowskiego z Jakim jest z pewnej perspektywy zderzeniem III RP z IV RP – z całym ich dorobkiem. Kandydat PO ma wszystkie zalety i wady tej pierwszej, a kandydat SP drugiej. Takich właśnie inkarnacji się doczekały.

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Śląskim

"Rzeczpospolita"

Najczęściej czytane