Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Westerplatte 39

Andrzej Rzycimski 31-08-2017, ostatnia aktualizacja 31-08-2017 00:00

W Berlinie wszystko wyreżyserowano na długo przed pierwszymi strzałami z niemieckiego okrętu „Schleswig-Holstein".

25 sierpnia 1939 r. przybył do Gdańska z rzekomo kurtuazyjną wizytą niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein”. Mimo przestarzałej konstrukcji był to silnie uzbrojony okręt przygotowany do ataku na Westerplatte, transportujący pod pokładem kompanię szturmową.
źródło: ARCHIWUM PRYWATNE AUTORA
25 sierpnia 1939 r. przybył do Gdańska z rzekomo kurtuazyjną wizytą niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein”. Mimo przestarzałej konstrukcji był to silnie uzbrojony okręt przygotowany do ataku na Westerplatte, transportujący pod pokładem kompanię szturmową.
Gdy 1 września 1939 r. Westerplatte zostało zaatakowane przez Niemców, dowodzący tamtejszą Wojskową Składnicą Tranzytową major Henryk Sucharski z pewnością nie przypuszczał, że jego żołnierze pomimo zmasowanego ostrzału z lądu, powietrza i morza będą się bronić przez siedem dni.
źródło: ARCHIWUM PRYWATNE AUTORA
Gdy 1 września 1939 r. Westerplatte zostało zaatakowane przez Niemców, dowodzący tamtejszą Wojskową Składnicą Tranzytową major Henryk Sucharski z pewnością nie przypuszczał, że jego żołnierze pomimo zmasowanego ostrzału z lądu, powietrza i morza będą się bronić przez siedem dni.

Głównym celem nazistów było skupienie światowej uwagi na wybranych działaniach i ukierunkowanie społecznego odbioru wojny. Narzucenie i po wielokroć zaszczepienie pewnych obrazów wynikało z zasad, jakie przyjął Joseph Goebbels, minister propagandy III Rzeszy. Dla niego ważne było wzbudzenie zainteresowania publiczności na tyle, by podążała ona za odpowiednio przygotowanymi propagandowymi komunikatami medialnymi. Gdańsk miał się stać jednym z ważniejszych politycznych punktów zapalnych wojny. Miejscowym casus belli miała być Poczta Polska, ze zmobilizowanymi funkcjonariuszami państwowymi, a przede wszystkim Westerplatte, gdzie stacjonowała kompania wartownicza, jedyny regularny pododdział Wojska Polskiego poza granicami RP. W niemieckiej propagandzie miejsca te stanowiły punkty wypadowe dla polskiego ataku na Gdańsk.

Wolne Miasto Gdańsk

Hitlerowi zależało na spełnieniu swej wielokrotnie powtarzanej politycznej deklaracji ponownego włączenia Gdańska i Pomorza do Rzeszy. Świat dowiedzieć się więc miał o zwycięskiej armii zmuszonej do błyskawicznych działań wobec Polski, rzekomo krzywdzącej Niemców. Choć na tajnych odprawach wojskowych Hitler zapowiadał bezwzględne mordowanie polskich mężczyzn oraz kobiet i dzieci, to dla opinii publicznej miała to być rycerska wojna, bez wojennego kataklizmu, gwałtów, zniszczeń, podpaleń. Najpierw jednak przez wiele miesięcy skupiano się na działaniach dyplomatycznych mających izolować Polskę. Później za ich parawanem trwało intensywne dopinanie przygotowań planu ataku nazwanego Fall Weiss (Biały Plan). Główne siły skierowano na Warszawę i ośrodki przemysłowe. Polskie wybrzeże pozostać miało poza centralnym teatrem wojennym. Natomiast specjalne znaczenie nadano akcji w Gdańsku, tworzącym z okolicą Wolne Miasto. Wydzielone w 1920 roku z granic państwa niemieckiego decyzjami pokojowymi traktatu wersalskiego, podlegało ochronie Ligi Narodów, a gospodarczo i politycznie związane było z Polską. Przewidywano jednak, że właśnie w Gdańsku drugorzędne niemieckie i gdańskie siły wojskowe otrzymają silne wsparcie nowoczesnej medialnej propagandy. To one miały wysłać w świat obrazy z „wyzwolenia" Gdańska spod polskiego panowania.

Zakładano, że Gdańsk z dyktatu wersalskiego i obecności Polski w Wolnym Mieście „uwolni się" sam. Dla oddziałów gdańskich zdobycie polskich „punktów oporu", jak je wówczas nazywano, zwłaszcza Westerplatte i Poczty Polskiej, było poniekąd sprawą honoru. Do tej akcji przygotowywano się przez lata i to wbrew postanowieniem traktatowym o zdemilitaryzowaniu tego terytorium. Niemcy wzmacniały kadrowo i sprzętowo organizujące się siły gdańskie, przekształcone z oddziałów policji i nazistowskich jednostek paramilitarnych SA (Sturmabteilung) i SS (Schutzstaffel). Wreszcie na ostatnią dekadę sierpnia 1939 r. władze gdańskie zaprosiły z „kurtuazyjną wizytą" jeden z okrętów Kriegsmarine. Miała to być całkowicie pokojowa wizyta celem oddania hołdu marynarzom niemieckim poległym w czasie pierwszej wojny, a pochowanym na tutejszym cmentarzu. Podobnie jak w przypadku poprzednich wizyt okrętów niemieckich czy innych flot otrzymały one oficjalną zgodę rządu polskiego, prowadzącego sprawy zagraniczne Wolnego Miasta. Dla podkreślenia polskich praw takim wizytom zawsze towarzyszył jeden z polskich okrętów wojennych i dochodziło do ściśle określonej protokolarnej wymiany wizyt.

Przed południem 23 sierpnia 1939 r. władze gdańskie otrzymały informację, że wcześniej awizowany i uzgodniony z Polską krążownik lekki „Königsberg" zastąpiono okrętem liniowym „Schleswig-Holstein", ostatnim z pięciu pancerników klasy „Deutschland". Polskie władze nie zostały już o tym powiadomione. Okręt przeżywający swą świetność w pierwszej wojnie światowej, zdeklasowany w latach 30. XX w., przystosowany był już tylko do specjalistycznego szkolenia artyleryjskiego kadetów Kriegsmarine. Była to jednak góra ognia. Jedynie ciężar salwy burtowej obliczano na 1690 kg. Składały się na to cztery działa baterii głównej (przeznaczonej do ostrzeliwania odlegych celów), po dwa na dziobie i rufie, kaliber 280 mm, pocisk o ciężarze około 330 kg, przebijający pancerz do 604 mm; bateria średnia z 10 działami, po 5 dział kalibru 150 mm na każdej burcie, ciężar pocisku 43 kg; wreszcie bateria lekka z 4 działami przeciwlotniczymi kalibru 88 mm na górnym pokładzie, pocisk o ciężarze 7,3–9,5 kg, przebijający pancerz nawet do 150 mm z odległości 2 km. Natomiast w Świnoujściu w czwartek, 24 sierpnia, na dwa dni przed planowanym pierwotnie przez Hitlera atakiem na Polskę, na okręt dostarczono jeszcze sześć ciężkich karabinów maszynowych, pięć działek przeciwlotniczych i zaokrętowano 60 żołnierzy, odkomenderowanych z tutejszej szkoły przeciwlotniczej artylerii nadbrzeżnej. Na pokład weszło również pięciu korespondentów wojennych. Już po wyjściu z portu wieczorem tego dnia na pełnym morzu przeokrętowano na pokład „Schleswiga-Holsteina" 225 żołnierzy specjalnej kompanii szturmowej Kriegsmarine. Był to rodzaj współczesnych marines, z pełnym wyposażeniem bojowym, z 14 karabinami maszynowymi, dwoma granatnikami i moździerzem, a nawet z siedmioma motocyklami lekkimi.

Koń trojański

W piątkowy ranek 25 sierpnia 1939 r. „Schleswig-Holstein", oficjalnie witany, wpłynął z „wizytą przyjaźni" do Gdańska. Był to swoisty koń trojański. Na okręcie bowiem starannie zamaskowano uzbrojenie, a na pokładzie stanęli w strojach galowych marynarze i kadeci. Pod pokładem natomiast tłoczyła się kompania szturmowa. Załoga wraz z zaokrętowanymi dodatkowymi żołnierzami i korespondentami liczyła 1197 ludzi. Fotoreporterzy i filmowcy dokumentowali zaś wszystko, zwracając też dużą uwagę na półwysep Westerplatte, obok którego przepływał okręt. „Schleswig-Holstein" zacumował przy specjalnie dla niego wybudowanym pomoście w Nowym Porcie.

Po drugiej stronie kanału portowego, w odległości około 100 m, znajdowała się Wojskowa Składnica Tranzytowa na Westerplatte przyznana Polsce decyzjami Rady Ligi Narodów. Na rzucie wydłużonego nieregularnego rombu zajmowała obszar ponad 60 ha, mającego około 1600 m długości i około 500 m szerokości. Góra ognia stanęła na wprost polskiej wartowni nr 2, jednej z czterech wolno stojących, typowych w polskim wojsku, i koszar doskonale widocznych z pokładu okrętu. Załoga składnicy liczyła około 210 ludzi, w tym 180 żołnierzy i około 30 pracowników cywilnych, w większości zmobilizowanych. Na uzbrojenie załogi składnicy składało się jedno działo polowe 75 mm, którego pocisk ważył 8,5 kg, dwa działa przeciwpancerne, cztery moździerze i 42 karabiny maszynowe oraz podstawowe uzbrojenie strzeleckie.

Protokolarne wizyty na okręcie też mają swoje bogate archiwum fotograficzne. Na zdjęciach jest m.in. minister Marian Chodacki, komisarz generalny RP w Wolnym Mieście Gdańsku. „Była to chyba najcięższa chwila w moim życiu, to przejście dwukrotne pod lufami ciężkich dział okrętowych, a potem kieliszek szampana przy akompaniamencie drwiących uśmieszków smarkatych oficerków". Fotografowie niemieccy widać z satysfakcją uchwycili, jak polski dyplomata przechodzi przed oddającą honory kompanią marynarzy-kadetów. Z tyłu dostrzec można tablicę z trudnym do współczesnego odczytania napisem „Westerplatte". Zdjęcia poprzestrzelanej tablicy, ale już z bliska, tuż po poddaniu się polskiej załogi, można zobaczyć w kolekcjach przechowywanych w wielu archiwach, muzeach i bibliotekach. Jednak szczególne znaczenie w Polsce mają zbiory Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie znajdują się fotografie związane z „wizytą" i walkami kompanii szturmowej, zdobywaniem i kapitulacją Westerplatte oraz ostrzałem polskiej placówki przez „Schleswig-Holstein", a na niektórych zdjęciach widnieją oryginalne pieczątki autorów wraz z komentarzami największych niemieckich agencji fotograficznych.

Fotografowie wojny

Zaokrętowani na „Schleswigu-Holsteinie" korespondenci wojenni reprezentowali wszystkie dziennikarskie zawody, głównie byli to fotoreporterzy i filmowcy, korespondenci agencyjni włączeni do kompanii propagandowych armii niemieckiej. Ich zadaniem było przesyłanie z Gdańska bieżących kadrów fotograficznych i filmowych. W kilka godzin po wypłynięciu z portu w Świnoujściu zarejestrować już mogli przyjmowanie na pokład okrętu kompanii szturmowej wraz z pełnym wyposażeniem bojowym, a w piątkowy ranek 25 sierpnia z pokładu okrętu wpływającego do Nowego Portu w Gdańsku filmowali, fotografowali i nagrywali wiwatujących na nabrzeżu. Natomiast z bocianiego gniazda rejestrowali półwysep Westerplatte, odgrodzony od miasta czerwonym murem na pół cegły, znienawidzonym przez gdańszczan.

Wśród nich znajdował się przedstawiciel faworyzowanej przez Hitlera prywatnej agencji fotograficznej Presse Illustrationen Heinrich Hoffmann. Jej założyciel Heinrich Hoffmann (1885–1957) sławny był wówczas nie tylko w Niemczech, ale też na całym świecie. Poseł do Reichstagu, profesor, ale przede wszystkim przyjaciel i osobisty fotograf Hitlera. Swoimi zdjęciami wspierał tworzenie jego legendy i starannie kształtował oficjalny wizerunek Führera. Swoisty kronikarz III Rzeszy. Od początku lat 20. wszędzie był z Hitlerem, uczestniczył w prywatnych i oficjalnych spotkaniach, podróżach, a później towarzyszył mu w kampaniach wojennych w Europie. W Polsce także. Dysponował wysokiej klasy najnowszym sprzętem fotograficznym i własnym laboratorium. Zdjęcia Hoffmanna do dzisiaj wykorzystywane są w większości prac poświęconych wodzowi Rzeszy. Podstawowy zbiór jego prac, z czego część znajduje się głównie w Waszyngtonie i Monachium, obejmuje ponad dwa miliony zdjęć. Wysyłał je do wszystkich agencji i gazet świata, które chciały je publikować, „niezależnie od tego – jak pisze w swoich wspomnieniach – czy były lewicowe, prawicowe czy centrowe". Hoffmann, mający monopol na zdjęcia Hitlera, określał siebie jako „fotografa historii", dokumentującego „dla potomności" między innymi finalizowanie paktu Ribbentrop-Mołotow w Moskwie oraz przyjacielskie uściski i gesty Stalina wobec przybyłych wówczas Niemców (23 sierpnia 1939 r.). Dodatkowo Hitler zlecił właśnie jemu przekazanie Stalinowi osobistych najlepszych życzeń i pozdrowień. Przy tej okazji Hoffmann zauważył, że sprzęt osobistego fotografa Stalina był kiepskiej jakości.

Po podpisaniu paktu samolotem powrócił do Berlina. Tu otrzymał od Hitlera kolejne „historyczne" zadanie. Nie wiemy, czy Hoffmann od razu znalazł się na pokładzie „Schleswiga-Holsteina". Z pewnością jeśli nie on, to był któryś z jego asystentów. Prawdopodobnie jednak pojawił się 1 września, a z pewnością był na Westerplatte 21 września 1939 roku, towarzysząc Hitlerowi w czasie kampanii w Polsce. Od początku rejsu jego agencja dokumentowała bowiem „powrót Gdańska do Rzeszy". Świadectwem są zachowane do dzisiaj w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni zdjęcia z oryginalnymi opisami i jego pieczątkami oraz odręcznie zapisami datami.

Podobne „cywilne" adresy mieli pozostali korespondenci płynący na okręcie, reprezentujący największe niemieckie agencje informacyjne: Associated Press-Bild z Berlina, Presse Bild Zentrale z Berlina, Weltbild z Berlina i trudne do odczytania nazwisko fotoreportera z Kolonii, prawdopodobnie z Marine Propaganda-Kompanien. Takie kompanie tworzono już od 1938 r. przy wszystkich rodzajach wojsk z zadaniem dokumentowania ważnych propagandowo wydarzeń wojennych. Z pewnością co najmniej jeden z zaokrętowanej piątki był operatorem filmowym. Kręcono bowiem film dokumentalny, którym interesowała się reżyserka Leni Riefenstahl (1902–2003), mająca na swoim koncie nowatorskie obrazy sławiące siłę i ideologię nazistowską zamkniętą w kadrze. Wśród filmowców była wyjątkową ulubienicą Hitlera. Towarzyszyła mu w niektórych miejscach w czasie kampanii w Polsce. We wrześniu była z nim w Gdyni i chyba na Westerplatte.

W tym czasie w Gdańsku działała już kompania propagandowa 689 pod dowództwem ppor. Tschimpkego, wchodząca w skład 4. Armii gen. Hansa Günthera von Klugego. Mało znany jest rezultat jej działań. Natomiast do bezpośredniego relacjonowania zapowiadanej wojny wyznaczono trzech tutejszych znanych zawodowych fotografów: Hansa Sönnkego (Foto Sönnke), Waltera Otto Lulinskiego, prowadzącego również sklep Photozentrale, od 1939 r. często zamiennie posługującego się nazwiskiem Luben, oraz Georga Kramera, kierującego po zmarłym ojcu Photohaus Bruno Kramer. Do tego co najmniej trzech dziennikarzy: Hugo Landgraf, Boese i Wernicke z rozgłośni gdańskiego radia. 1 września przekształcone ono zostaje w oddział Radia Rzeszy dysponujący specjalnym wozem prasowym i najnowszym przenośnym mikrofonem, umożliwiającym bezpośrednio, „na żywo", nadawanie korespondencji z pola walki. Nie wiemy, czy dwaj ostatni dziennikarze radiowi byli gdańszczanami czy też zostali, jak to często bywało w innych instytucjach i policji, przysłani w 1939 r. z Berlina, aby wzmocnić działania propagandowe w Gdańsku. Być może należeli do kompanii propagandowej 4. Armii. Jeszcze należy wspomnieć o nieznanych z nazwiska dziennikarzach piszących do regionalnego organu partii narodowosocjalistycznej (NSDAP) „Der Danziger Vorposten" i „Danziger Neueste Nachrichten", drugiego ważnego gdańskiego dziennika.

Jak ustalił Tomasz Stempowski z IPN, Hans Sönnke w 1976 r. złożył zeznanie w Lubece. Wynika z niego, że 31 sierpnia 1939 r. zgromadzono dziennikarzy, radiowców i fotografów w hotelu Danzigerhof, a przybyły tam porucznik lotnictwa kazał im się zameldować następnego dnia o godzinie 4.45. Sönnke wraz z dwoma pomocnikami został wcielony do jednostki propagandowej grupy Eberhardta, w której służyć miał do 19 września. Jako fotoreporter kierowany był do miejsc, gdzie się coś działo. Pozostali fotografowie i dziennikarze również tam się znaleźli. Prawdopodobnie jednak wcielenie do kompanii nastąpiło na kilka dni przed wojną, przed pierwszym terminem jej rozpoczęcia. W sztabie sił gdańskich, którymi dowodził niemiecki gen. Friedrich Eberhardt, zwanych grupą Eberhardta (Gruppe Eberhardt), nakazano im i kilku innym przygotować się do godziny zero. Podobnie jak w Niemczech, wytypowani fotografowie i dziennikarze z pewnością zostali wcieleni do kompanii propagandowej sił gdańskich. Główne zadania spoczywały jednak na świetnie wyposażonych w odpowiedni sprzęt fotoreporterach oraz na dziennikarzach radiowych, którzy mieli możliwość nagrywania odgłosów walk i bieżących komentarzy do wydarzeń i przenoszenia ich na płyty winylowe.

Decyzja o ataku na Westerplatte

Na sobotni wczesny ranek 26 sierpnia Hitler wyznaczył termin ataku na Polskę. Poprzedniego dnia, w kilka godzin po wpłynięciu „Schleswiga-Holsteina" do Nowego Portu, jego dowódca, kmdr Gustav Kleikamp, spotkał się z oddelegowanym do Gdańska prosto z Wehrmachtu gen. Friedrichem Eberhardtem, dowódcą sił gdańskich, składających się z dwóch regularnych pułków policji, pułku SS, baterii nadbrzeżnych, oddziałów zmotoryzowanych, w tym pancernych, przerzuconych żołnierzy z Niemiec i innych jednostek oraz wojskowo przeszkolonych według regulaminów niemieckich oddziałów paramilitarnych. Wywiad polski oceniał te siły na około 16 tys., choć badacze przyjmują bardziej realną liczbę 12 tys. żołnierzy.

Celem spotkania na okręcie miało być skoordynowanie wspólnych akcji bojowych. Komandor przede wszystkim chciał omówić zadania wynikające z rozkazu, jaki otrzymał jeszcze przed wypłynięciem ze Świnoujścia. Zaskoczony komandor dowiedział się jednak, że siły gdańskie nie przewidują zdobycia Westerplatte. Generał Eberhardt zamierzał jedynie zablokować nasadę półwyspu, zapobiegając możliwościom ataku ze strony Polaków. Natomiast rozkaz wydany dla okrętu wyznaczał bojowe miejsce postoju właśnie w basenie amunicyjnym na Westerplatte. Był to warunek wstępny umożliwiający dalsze działania okrętu. Było to odpowiednie miejsce dla dalekosiężnej artylerii okrętu, która miała niszczyć polskie baterie na lądzie, zwłaszcza w rejonie Gdyni, wspomagać siły gdańskie i zapobiegać działaniom polskiej floty wojennej na morzu oraz osłaniać przed Polakami miasto i port, który wyznaczono jako zaplecze dla bałtyckiej Kriegsmarine. Oznaczało to, że z tyłu okręt będzie miał załogę składnicy mogącą go ostrzeliwać. Komandor Kleikamp spontanicznie przejmuje inicjatywę i podejmuje decyzję, że znajdująca się na okręcie kompania szturmowa, podlegająca jego rozkazom, zdobędzie Westerplatte i oczyści je z polskich żołnierzy. Konieczność takich działań tłumaczył zadaniem bojowym okrętu. Generał Eberhardt nie uważał, by ta akcja była wyjątkowo trudna. Miał nawet dodać, że jeszcze tego dnia kompania zje obiad na okręcie. Przejęcie inicjatywy przez Kleikampa oznaczało także odstąpienie od wiążącego go rozkazu nakazującego otwarcie ognia z okrętu jedynie w przypadku wcześniejszego polskiego ataku lub dopiero w godzinę po rozpoczęciu wojny. Zdaje się, że jego decyzje wynikały bardziej ze względów politycznych i propagandowych. Zdawał sobie sprawę ze znaczenia dowodzenia atakiem obserwowanym przez specjalnych korespondentów i to jeszcze blisko związanych z Hitlerem. To oni mieli zarejestrować tak oczekiwany przez niego upadek Westerplatte jako politycznego symbolu obecności Polski w niemieckim Gdańsku, a tym samym fiaska systemu wersalskiego.

Od tego spotkania na „Schleswigu-Holsteinie" trwały intensywne przygotowania do ataku na Westerplatte. Fotoreporterzy i filmowcy dokumentowali pokładowe wyposażenie oraz to, jak z okrętu schodziły plutony kompanii szturmowej i marynarzy, które miały zająć stanowiska bojowe tuż przed murem okalającym polską składnicę i w wysokich budynkach w Nowym Porcie. W tym czasie w Berlinie Adolf Hitler odwołał jednak termin agresji na Polskę. Zdezorientowani żołnierze wracają na pokład. Następnego jednak dnia Hitler wyznaczył datę ataku na 1 września o godzinie 4.45 według ówczesnego niemieckiego czasu zimowego. Wielka Brytania i Francja potwierdziły gwarancje militarne dla Polski.

Nowa sytuacja spowodowała, że „Schleswiga-Holsteina" przeholowano w bezpieczniejsze miejsce w głąb portu, za twierdzę Wisłoujście. To miejsce postoju pozwalało na prowadzenie ostrzału składnicy jedynie z dziobowej baterii artylerii ciężkiej i z dwóch lewoburtowych dział baterii średniej oraz z czterech działek automatycznych baterii lekkiej. Wówczas dopiero na okręt dostarczono rozpoznanie wywiadowcze oraz mapy i inne informacje dotyczące Westerplatte, w tym o liczebności załogi i jej uzbrojeniu. Świadczyło to po raz kolejny, że „Schleswig-Holstein" nie miał uderzyć na Westerplatte. Kleikamp, chcąc chyba skonfrontować otrzymane wiadomości z rzeczywistym stanem, wysłał dowódcę kompanii szturmowej i jednego z jej oficerów na lotnicze rozpoznanie składnicy. Tego dnia już przed południem osobistym samolotem Alberta Forstera, miejscowego gauleitera, zaufanego Hitlera, z niewielkiej wysokości oficerowie rozeznawali teren i wykonali szczegółową dokumentację fotograficzną Westerplatte. Mogli to uczynić, gdyż obszar powietrzny nad składnicą nie miał statusu eksterytorialności. Minął jednak termin zakończenia „wizyty przyjaźni", a okręt nadal cumował przy nabrzeżu Wisłoujścia. W dalszym ciągu trwało rozpoznawanie umocnień i sił polskich na Westerplatte, ale z marnym skutkiem.

Strzały o świcie

Polscy żołnierze z nocnych wart z 31 sierpnia na 1 września na Westerplatte po latach wspominali, że „w kanale i w Gdańsku o północy nastąpiła niesamowita jak przed burzą cisza, która nas zaniepokoiła. [...] Zawsze [było] gwarno, wesoło, teraz słychać było tylko szczekanie psów, jak na wsi". Nad ranem nad kanałem portowym padł pojedynczy strzał pistoletowy. Strzał można traktować jako sygnał przygotowawczy do ataku, tak zwany strzał korekcyjny, oznaczający początek odliczania minut do nieznanej godziny zero. Mogło się też zdarzyć, że ktoś po stronie niemieckiej nie wytrzymał napięcia nerwowego i nacisnął spust.

W tym czasie z okrętu zeszły trzy plutony kompanii szturmowej i zajęły pozycję wyjściową 400 m od składnicy, obok uzbrojonego batalionu budowlanego, od jakiegoś czasu przygotowującego miejsce do ataku wraz z zapleczem sanitarnym. Z kolei pluton marynarzy ze „Schleswiga-Holsteina" z karabinami maszynowymi przeprawił się do Nowego Portu, gdzie ulokował się w wysokich budynkach dających wgląd na Westerplatte. W samym Nowym Porcie na nabrzeżu i w latarni morskiej stanowiska bojowe zajęły plutony policji gdańskiej i morskiej straży granicznej. Zgromadzone wówczas siły wojskowe na lądzie i okręcie oraz oddziały policji i paramilitarne liczyły około 1500 żołnierzy i marynarzy. Dowództwo nad operacją „Westerplatte" objął kmdr Gustaw Kleikamp.

Zaraz za żołnierzami podążyli filmowcy i fotoreporterzy. Specjalne miejsca otrzymała grupa ze „Schleswiga-Holsteina", którą ulokowano w wysokich domach w Nowym Porcie i tuż za kompanią szturmową oraz na okręcie. Ze swoich stanowisk mieli doskonały widok na pole walki. Gdańscy fotoreporterzy mieli natomiast fotografować to, co będzie się działo na zewnątrz Westerplatte i na Poczcie Polskiej oraz wydarzenia w mieście.

Powoli rozjaśniająca się noc i nadchodzący świt oraz światło wschodzącego słońca stwarzały dobrą widoczność. Atak na Westerplatte miał być akcją przeprowadzoną szybko i z sukcesem, z możliwością propagandowego wykorzystania. Zainteresowany tym był Hitler, a jego ulubieniec Forster, miejscowy gauleiter, już wczesnym rankiem chciał osobiście mu zameldować o rozwiązaniu problemu polskiego w niemieckim Gdańsku. Pewność zwycięstwa była tak duża, że w przygotowywanym jeszcze nocą wydaniu miejscowych głównych dzienników niemieckich, dostarczonych odbiorcom rano przed rozpoczęciem wojny, uderzał tytuł: „W ciągu 10 minut Westerplatte stało się kupą gruzów".

Autor jest historykiem i dziennikarzem, działaczem opozycji w okresie PRL, a w latach 1990–1994 rzecznikiem prasowym Prezydenta RP, Lecha Wałęsy. Przy pisaniu artykułu wykorzystał publikacje własne. A. Drzycimski, „Westerplatte", t. 2: „Reduta wojenna 1939", Gdańsk 2014; „Relacja niemieckiego oficera o walce na Westerplatte we wrześniu 1939 r.", Warszawa 1974; „Westerplatte", Warszawa 1989; „Zanim poddał się Hel", Łódź 2003

Drugą część tekstu „Westerplatte '39" opublikujemy za tydzień

"Rzeczpospolita"